środa, 09 wrzesień 2009 08:10

Michał Soska: Upadku na kolana nie było...

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Michał Soska

...bo i być nie mogło. Jeśli ktokolwiek w Polsce myślał, że premier Rosji Władimir Putin zrobi podczas obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte coś na kształt upadku na kolana (Kniefall), jaki rozentuzjazmowanej opinii światowej zafundował w 1970 roku kanclerz Niemiec Willy Brandt pod Pomnikiem Bohaterów Getta w Warszawie (gdyby z okazji podpisania umowy między Polską a Niemcami uklęknął pod jakimś pomnikiem polskich ofiar okupacji, zapewne świat z radości by się aż tak nie zachłysnął), to mógł być albo niespełna rozumu, albo politycznym awanturnikiem, któremu zależało wyłącznie na jak największym rozgłosie.

Fakt, że z uroczystych obchodów 1 września, z rocznicy niemieckiego ataku na Polskę i rozpętania przez Hitlera II wojny światowej, która pochłonęła życie około 6-ciu milionów obywateli polskich, medialno-polityczny szum uczynił wyłącznie oczekiwanie na kajanie się Rosji i bicie w pierś przez byłego prezydenta, obecnego premiera i faktycznego władcę Rosji, ukazuje wyraźnie, jak daleko jesteśmy od zrozumienia współczesnej Rosji, a tym samym - od jakiegokolwiek rzeczywistego porozumienia z nią.

Chichot Berlina

Na fakt, że nie oni byli głównym tematem towarzyszących rocznicy 1 września dyskusji w Polsce. Zwrócili uwagę przede wszystkim sami Niemcy. Niewątpliwie domaganie się przez polskich polityków „równouprawnienia" w obarczeniu winą za wybuch II wojny światowej zarówno Niemiec, jak i ZSRR i jego spadkobierczyni, Rosji, jest im bardzo na rękę.

Podkreślanie symbolicznej zbieżności dat 1939-1989-2009 i sugerowanie w ten sposób, że wojna skończyła się dopiero wraz z upadkiem socjalizmu oraz że obchodzimy 20 rocznicę „niepodległości" (co w przypadku Polski, która w przeciwieństwie na przykład do Litwy, Łotwy i Estonii, siłą wcielonych do Związku Radzieckiego, była krajem choć nie w pełni suwerennym, to jednak niepodległym, jest tyleż idiotyczne, co po prostu smutne), odsuwa wręcz w cień odpowiedzialność Niemiec za wszystkie zbrodnie dokonane podczas okupacji. To, że Putin w ogóle w takiej atmosferze pojawił się w Gdańsku, już jest sporym sukcesem w relacjach polsko-rosyjskich.

Westerplatte, Katyń, Auschwitz...

Natomiast oczekiwanie i publiczne domaganie się jakichkolwiek przeprosin za Katyń czy za agresję sowiecką z 17 września było naiwne i szkodliwe, bo mogło tylko jeszcze bardziej zrazić Rosję i utwardzić jej stanowisko wobec wymachujących ciągle - z punktu widzenia Kremla - szabelką Polaków. Pojawiające się wciąż w Rosji głosy, że jesteśmy współodpowiedzialni za wojnę oraz że II Rzeczpospolita chciała sojuszu z Hitlerem, choć dla nas skrajnie krzywdzące i niesprawiedliwe, są w pewnym sensie właśnie skutkiem polskich pretensji i przejawem utwardzania się stanowiska Moskwy - trudno bowiem sobie wyobrazić, by wysocy rangą generałowie i przedstawiciele ministerstwa obrony na własną rękę pisali książki i wygłaszali przemówienia. Rosja jest krajem, w którym myślenie w kategoriach „imperialnych" jest rzeczą naturalną. Rosjanie kraj swój postrzegają jako mocarstwo, przynajmniej regionalne.

Darzą wielkim szacunkiem swoich bohaterów wojennych, którzy bądź co bądź wzięli na siebie główny ciężar pokonania wojsk niemieckich. I w żadnym stopniu nie zaakceptowaliby kajania się, przepraszania wszystkich dokoła za winy - nawet te rzeczywiste - takiego, jakie miejsce miało chociażby w Polsce. Można się z tym zgadzać lub nie, może się to podobać lub nie, ale jeśli chce się uprawiać politykę realną, a nie romantycznych mrzonek, to trzeba zaakceptować, że współczesna Rosja taka właśnie jest. I nic nie zapowiada, by w najbliższym czasie coś się pod tym względem zmieniło.

Czy oznacza to, że należy zrezygnować z dążenia do prawdy? Bynajmniej, tylko prawda może stać się podstawą dobrych wzajemnych stosunków. Ale dążenie do uznania prawdy a domaganie się publicznego padania na kolana to dwie różne rzeczy. O agresji ZSRR na Polskę na Westerplatte mówiono dużo, i to słusznie, bo o prawdzie mówić trzeba. I prezydent Kaczyński, i premier Tusk, choć każdy na swój sposób, przypominali światu (wśród gości byli bowiem przedstawiciele najważniejszych państw Europy oraz USA), że we wrześniu 1939 na Polskę napadały najpierw hitlerowskie Niemcy, a potem - gdy Wojsko Polskie stawiało jeszcze opór przeważającym wielokrotnie siłom niemieckim nad Bzurą, pod Modlinem i Warszawą - ze wschodu na terytorium Rzeczypospolitej wkroczyli sowieci. Przypomnieli o pakcie Ribbentrop-Mołotow, będącym de facto czwartym rozbiorem Polski, podziałem łupów między dwoma współpracującymi ze sobą wrogimi potęgami. Ale już porównanie przez prezydenta Kaczyńskiego Katynia do Holokaustu może budzić co najmniej zastrzeżenia. I to z oczywistych, wydawałoby się, względów. Trudno bowiem porównywać, przy pełnej świadomości barbarzyństwa bolszewickiego i tragedii dla polskiego narodu, jaką było wymordowanie elit intelektualnych, politycznych, kulturowych i wojskowych w rosyjskich i ukraińskich lasach, zagładę 19 tysięcy Polaków przez NKWD do ponad miliona ofiar samego obozu Auschwitz-Birkenau (a obozów, podobozów i filii obozów koncentracyjnych i obozów zagłady w całej okupowanej Europie było prawie 12 tysięcy).


Niemcy za cel stawiali sobie fizyczną eksterminację całego polskiego narodu (Generalplan Ost) - począwszy od wymordowania elit, poprzez przekształcenia pozostałej części społeczeństwa w prymitywną warstwę niewolników, pracujących na korzyść Rzeszy aż do zupełnego wyczerpania fizycznego i germanizację dzieci spełniających wymogi rasowe, aż po zupełną, systematyczną i przeprowadzaną z niemiecką precyzją, na skalę przemysłową, likwidację Polaków i Słowian w ogóle. Do takiej zbrodni nawet najwięksi bolszewiccy barbarzyńcy nie dążyli nigdy. I choć trudne jest porównywanie liczby ofiar - i tu, i tu mordowani byli Polacy - to prawda jest taka, że Niemcy chcieli wymordować Polaków jako naród, wymazać go absolutnie z mapy Europy, natomiast ZSRR likwidował „jedynie" pewną jego część - choć była to część najbardziej znacząca, był to kwiat polskiej inteligencji, przez co zbrodnie radzieckie są dla nas, Polaków, tym bardziej bolesne.

Dwie strony medalu

Co tymczasem powiedział Putin? Przemówienie rosyjskiego premiera miało dwie strony. Po pierwsze, i to należy podkreślić, stwierdził on wyraźnie, że Rosja „przyznaje się do błędów oraz pomyłek przeszłości", że potępia pakt Ribbentrop-Mołotow. Podkreślił on także, że potępienie faktu współpracy, porozumienia z nazistami w latach 1934-1939 miało miejsce przez władze państwowe, w tym przez parlament, Federacji Rosyjskiej. A więc - Rosja przyznaje się do winy, nie zaprzecza bynajmniej faktom, którym zaprzeczyć się przecież nie da. Putin wyraził też nadzieję na poprawę stosunków między Warszawą i Moskwą w przyszłości, a dobre relacje między Polską i Rosją są jego zdaniem możliwe tylko wtedy, jeśli będą one „uwolnione od problemów przeszłości".

Z drugiej strony Władimir Putin podkreślił liczbę radzieckich żołnierzy, Rosjan i innych nacji, poległych na ziemiach polskich w walce z Niemcami (600 tysięcy), w tym ilość zabitych w samym wyzwoleniu Gdańska - a było ich aż 53 tysiące. Do tego miejsca wszystko wydaje się być w porządku i zgodnie z prawdą. Kontrowersje budzi jednak dalszy ciąg wypowiedzi rosyjskiego premiera - o spiskach i intrygach. Putin potępił „porozumienia i pakty", zawarte z nazistami. Chodziło tu o akty rzekomej współpracy z nazistowskimi Niemcami przez różne kraje europejskie, w tym i Polskę, mające na celu uspokojenie Hitlera i utrzymanie pokoju za wszelką cenę. Władimir Putin powiedział, że Rosja, która sama potępiła pakt z Hitlerem, oczekuje tego samego od innych krajów, które zawierały porozumienia z III Rzeszą. Na myśli miał tu polską „współpracę" z nazistami przy rozbiorze Czechosłowacji w 1938 roku. Fakt ten, choć dla Polski z dzisiejszego punktu widzenia przykry i mało chwalebny, należy jednak postrzegać w historycznym kontekście. Zaolzie, odzyskane w 1938 roku, było w przeważającej części zamieszkane przez Polaków, a zostało zajęte przez Czechosłowację w sytuacji, kiedy wszystkie polskie siły zajęte były walką o niepodległość z bolszewickim najazdem roku 1920.

Porównywanie odzyskania utraconych wcześniej, przy pogwałceniu zawartych z Czechami porozumień, ziem - które, co trzeba wyraźnie przyznać, nastąpiło w mało odpowiednim momencie i przy wykorzystaniu niemieckiego rozbioru państwa Czechów i Słowaków - z paktem Ribbentrop-Mołotow, jest więc co najmniej nie na miejscu. I nie trzeba tu się dalej zagłębiać w oczywiste szczegóły, że żadnych masowych deportacji ani zbrodni na ludności czeskiej Polacy w 1938 roku się nie dopuścili. Ale trzeba też jasno powiedzieć, że nie na miejscu było też porównanie Katynia do Oświęcimia przez polskiego prezydenta. I można chyba postawić ostrożne pytanie, czy przemówienie Putina nie byłoby inne, gdyby nie wcześniejsze przemówienie Kaczyńskiego.

„Korzenie wojny tkwią w niedoskonałościach traktatu wersalskiego" - stwierdził dalej Putin. I to właśnie zdanie powinno wzbudzić największe zaniepokojenie. Jego sensem bowiem jest relatywizacja historii, próba zamazania odpowiedzialności. Taką samą próbę podejmowali Niemcy, którzy agresję na Polskę tłumaczyli niesprawiedliwymi granicami, narzuconymi po przegranej w 1918, rzekomym dyskryminowaniem niemieckiej mniejszości w II Rzeczypospolitej. Mamy tu do czynienia z pewną „współpracą historyczna" kręgów niemieckich i rosyjskich, dążących do zniekształcenia historii, wybielenia oprawców i obarczenia współodpowiedzialnością ofiary. A że taka współpraca między Moskwą a Berlinem jest dla Polski niebezpieczna, nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Za wzór pozytywnych, współczesnych relacji Putin podał przykład współpracy właśnie rosyjsko-niemieckiej - współpracy „ponad historycznymi podziałami oraz wyrównywaniem rachunków". Celem polskiej polityki powinno być niedopuszczanie do takiej współpracy ponad naszymi głowami.

Ale celu tego nie osiągnie się, wysuwając nierealne żądania, godzące w dumę partnera, który - co tu dużo ukrywać - posiada dużo większe od Polski możliwości. Nie osiągnie się go, witając rosyjskiego premiera oskarżeniami o zbrodnie wojenne w Czeczenii, jak uczyniły to pewne niszowe organizacje, albo absurdalnymi tezami, że II wojna światowa dla Polski skończyła się w 1989 roku. Najwyraźniej komuś - i po jednej, i po drugiej stronie granicy - zależy na tym, by zamiast wreszcie zacząć budować poprawne relacje między Polską a Rosją, wciąż oskarżać się nawzajem o historyczne zbrodnie i żądać przeprosin, niczym obrażony dzieciak w piaskownicy. A korzystają na tym Niemcy i te rzeczywiście antypolsko nastawione środowiska rosyjskie, dla których pakt Ribbentrop-Mołotow był właśnie przejawem „poprawnej" współpracy między Moskwą a Berlinem.

Artykuł ukazał się na portalu alt

Czytany 7933 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04