czwartek, 17 kwiecień 2014 08:20

Michał Radzikowski: Mysz, która ryknęła

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

polishpower  Michał Radzikowski

Polska chce na swoim terenie stałych baz NATO oraz żołnierzy Sojuszu – poinformował niedawno minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski, biorący udział w rozmowach szefów dyplomacji państw NATO w Brukseli. Krytyczną reakcję władz Rosji na powyższą propozycję skomentował natomiast prezydent Bronisław Komorowski stwierdzając, że „nie po to pozbywaliśmy się armii rosyjskiej z terytoriów państwa polskiego, nie po to wstępowaliśmy do NATO, żeby teraz słuchać tego, czy Rosji się coś podoba, czy nie w zakresie polskiego bezpieczeństwa”.

Czy te i wiele innych wypowiedzi polskich polityków zwiększają bezpieczeństwo naszego kraju? Czy umacniają pozycję Polski na arenie międzynarodowej? Czy poprawiają nasze relacje z sąsiadami? Śmiem twierdzić, że nie.

Zastanówmy się jednak, dlaczego w retoryce antyrosyjskiej „wychodzimy przed szereg” i to w sytuacji, gdy kraje Europy Zachodniej zachowują znacznie większą powściągliwość w ocenie konfliktu rosyjsko-ukraińskiego. Należy również postawić pytanie, w czyim interesie jest eskalowanie napięcia między Polską i Rosją i komu zależy na dalszym pogorszeniu wzajemnych stosunków między tymi państwami? O tym, że „antyrosyjskość” ma w Polsce długą i bogatą tradycję nie trzeba nikomu przypominać. Konflikty z Rosją wpisane są w polską historię, a ograniczone zaufanie w stosunku do tego kraju jest poniekąd zjawiskiem naturalnym. Czy jednak w interesie Polski leży pogłębianie tych tendencji i umacnianie postaw wrogości wobec Rosji? Czy trudna historia musi w sposób negatywny determinować nasze obecne relacje?

Niemal od początku przemian ustrojowych po 1989 r. relacje polsko-rosyjskie nie układały się poprawnie. Sprzyjało temu przyjęcie przez Polskę jednoznacznie prozachodniego i proatlantyckiego kursu w polityce zagranicznej. Jednak nie o akcesję do Unii Europejskiej i NATO tutaj chodzi, lecz o przyjętą przez Polskę koncepcję polityki wschodniej, opartą na tradycji prometeizmu i myśli geopolitycznej Jerzego Giedroycia. Najkrócej rzecz ujmując jest to koncepcja wspierania tendencji antyrosyjskich w byłych republikach radzieckich, a zwłaszcza na terenie państw ościennych. Było to szczególnie widoczne przy okazji wspierania „Pomarańczowej rewolucji” na Ukrainie, jak również w polityce udzielania poparcia prozachodniej opozycji białoruskiej. Symbolem polityki prometejskiej był też słynny przylot Lecha Kaczyńskiego do Gruzji w czasie konfliktu rosyjsko-gruzińskiego i demonstracyjne popieranie przez stronę polską antyrosyjskich władz w Tbilisi. Nie inaczej jest przy okazji obecnego konfliktu Rosji z Ukrainą. Bezwarunkowe poparcie opozycji w czasie wydarzeń na Majdanie, czy jednoznaczne stanowisko Warszawy w odniesieniu do referendum na Krymie całkowicie wpisuje się w powyższą tendencję.

Decyzjom politycznym towarzyszy agresywna retoryka antyrosyjska w środkach masowego przekazu, eskalująca napięcie w obustronnych stosunkach i wzmagająca poczucie zagrożenia ze strony Rosji. Do złudzenia przypomina to czasy PRL, kiedy to również straszono nas imperializmem i rewizjonizmem, tyle tylko, że z innej strony. Działania te są o tyle irracjonalne, że pomiędzy Polską, a Rosją nie ma żadnych konfliktów terytorialnych, czy też etnicznych, w odróżnieniu chociażby od relacji polsko-ukraińskich. Symboliczny wymiar dla wzajemnych stosunków mają też cyklicznie ponawiane postulaty likwidacji pomników polsko-radzieckiego braterstwa broni (m.in. pomnik „czterech śpiących”), czy dewastacje cmentarzy żołnierzy radzieckich.

Należy zatem postawić pytanie, czy demonstracyjnie antyrosyjska polityka w jakikolwiek sposób służy Polsce? W świetle doświadczeń ostatnich lat – odpowiedź wydaje się oczywista. Szkodliwość prowadzonej przez Polskę polityki wschodniej odczuwalna jest najbardziej na płaszczyźnie ekonomicznej, co dotyczy wzajemnej współpracy gospodarczej, wymiany towarowej, czy polityki energetycznej. Odczuwają to boleśnie polscy obywatele, a w szczególności podmioty gospodarcze – zwłaszcza przy okazji takich działań, jak podwyższenie cen gazu, czy też wprowadzenie embarga na eksport towarów do Rosji.

Ponadto podnoszony problem posiada również inny wymiar. Polityka prowadzona w stosunku do Rosji, całkowicie kontrastuje z pozycją międzynarodową Polski. Jest to polityka, na którą mógłby sobie pozwolić kraj o zbliżonym potencjale, a nie średniej wielkości państwo europejskie, nie potrafiące rozwiązać swoich problemów wewnętrznych. Innymi słowy buńczuczne wypowiedzi polskich polityków przypominają „ujadanie ratlerka”, który usiłuje „zagnać do narożnika” słonia. Takie „wymachiwanie szabelką” już nie raz w naszej historii kończyło się tragicznie. Mieliśmy nie oddać nawet „guzika od munduru”, a gen. Władysław Anders miał wjechać na białym koniu do Warszawy. Na podstawie całkowicie oderwanych od rzeczywistości kalkulacji politycznych podjęto również tragiczną w skutkach decyzję o wybuchu Powstania Warszawskiego. Powyższe przykłady dobitnie wskazują, że podejmowanie decyzji politycznych na podstawie emocji, fobii i nieracjonalnych przesłanek nie prowadzi do niczego dobrego.

Istnieje jeszcze inna strona medalu – „mocarstwowe zadęcie” jakie prezentujemy w polityce wschodniej, całkowicie kontrastuje z serwilizmem Polski w relacjach ze Stanami Zjednoczonymi. W tym przypadku bezwarunkowo godzimy się na udział w operacjach wojskowych USA oraz stacjonowanie wojsk amerykańskich na terenie naszego kraju. Czy wymaga tego polska racja stanu, związana z obecnością Polski w strukturach NATO?

Z całą pewnością nie! Polityka takich krajów jak Niemcy, Francja, czy ostatnio Węgry potwierdza, że będąc członkiem Paktu Północnoatlantyckiego można utrzymywać poprawne stosunki z Rosją, nawet w przypadku zadrażnień w relacjach amerykańsko-rosyjskich. Potrzeba jednak do tego więcej zdrowego rozsądku i mniej megalomanii, czego niestety często polskim politykom brakuje.

Fot. www.cafepress.com

Czytany 2997 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04