środa, 23 luty 2011 06:35

Marek Pielach: Droga do ekstraklasy

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

brasilgeopolityka                  Marek Pielach

Przed nową prezydent Brazylii wielkie wyzwanie, czyli przekształcenie mocarstwa regionalnego w globalne. Nikt nie ma dziś wątpliwości, że Brazylia jest państwem numer jeden w Ameryce Południowej.

Nikt nie ma dziś wątpliwości, że Brazylia jest państwem numer jeden w Ameryce Południowej. Nie tylko pod względem powierzchni (8,5 miliona kilometrów kwadratowych), liczby ludności (201 milionów) czy sprawności armii, lecz także wpływów gospodarczych i politycznych. Ponadregionalną politykę prowadzą co prawda także Wenezuela i Kuba, ale – nie ukrywajmy – szczytem osiągnięć międzynarodowych Hugo Cháveza i Fidela Castro są zdjęcia z Aleksandrem Łukaszenką.

Jedynym południowoamerykańskim przywódcą, o którym mówiło się bez pobłażania, był prezydent Brazylii – Luiz Inácio Lula da Silva. Sprawował on urząd przez dwie kadencje, począwszy od 2003 roku. Nie ubiegał się o trzecią, bo jak wyjaśnił: „kiedy jakiś przywódca zaczyna się uważać za niezbędnego i niezastąpionego, rodzi się mały dyktator”. I tak 1 stycznia 2011 roku urząd objęła pierwsza kobieta na tym stanowisku, namaszczona przez niego przed wyborami Dilma Rousseff. Jeśli uda jej się rządzić także dwie kadencje, będzie prowadzić kraj do 2019 roku. Lata 2010–2020 będą zaś decydującą dekadą w historii Brazylii. W optymistycznym scenariuszu państwo zwalczy w tym czasie ogromną przestępczość, zorganizuje spektakularne mistrzostwa świata w piłce nożnej i olimpiadę, zostanie eksporterem ropy naftowej, a nawet stałym członkiem Rady Bezpieczeństwa ONZ i jednym z nowych rozgrywających w świecie.

OSTRY BLEF

Dylemat, który stoi dziś przed Brazylią, to nie robiąc wiele, zostać mocarstwem regionalnym albo wykorzystując wszelkie szanse i ostro blefując, wedrzeć się do światowej ekstraklasy. Różnica jest zasadnicza: w pierwszym przypadku trzeba realizować plany innych, w drugim – można je narzucać innym. Nowa pani prezydent pewnie podejmie to ambitniejsze za- Brazylia jest tym klockiem, który idealnie pasuje do nowej światowej układanki. Wspólnie z USA jest w stanie zapewniać bezpieczeństwo w obu Amerykach i części Afryki, zaś z Chinami może podzielić się strefą wpływów. danie, bo kapitał polityczny zgromadzony przez jej poprzednika wciąż jest świeży. W czasie urzędowania Lula odwiedził ponad 80 krajów świata. Po ramieniu poklepywali go pozostali liderzy państw tak zwanej grupy BRIC (Brazylia, Rosja, Indie, Chiny) – Manmohan Singh, Dmitrij Miedwiediew i Hu Jintao. Serdecznie witali go również Barack Obama i Mahmud Ahmadineżad.

To w czasie rządów Luli otworzono 35 nowych ambasad w Afryce i Azji. Anglojęzyczna prasa poświęciła mu wiele okładek. Był idealnym wykonawcą sformułowanej na drugiej półkuli zasady: kraj nie ma przyjaciół, tylko interesy. Umiał tę pragmatyczną politykę ubrać w odpowiednie dyplomatyczne frazesy. Można je było dostrzec także podczas zaprzysiężenia nowej pani prezydent. Rousseff mówiła o multilateralizmie, poszanowaniu praw człowieka i walce z ubóstwem na świecie. Zwróciła też uwagę na kraje rozwijające się i na międzynarodową stabilność finansową. Za każdym z tych sformułowań kryje się polityka zwiększająca rolę Brazylii.

Duży kraj mianujący się rzecznikiem państw gorzej rozwiniętych i chcący zmieniać oparty na dolarze porządek ekonomiczny musi zostać wysłuchany przez Stany Zjednoczone (zwłaszcza gdy jest demokratyczny). Musi być także wysłuchany przez Chiny, szczególnie jeśli dużą część dochodu narodowego redystrybuuje, żeby uniknąć niepokojów społecznych. Brazylia jest po prostu tym klockiem, który idealnie pasuje do nowej światowej układanki. Wspólnie ze Stanami Zjednoczonymi jest w stanie zapewniać bezpieczeństwo w obu Amerykach i części Afryki (choćby w Angoli i Mozambiku). Z Chinami może zaś podzielić się strefą wpływów – w zamian za niemieszanie się Pekinu w sprawy Ameryki Południowej zachowa obojętność w innej części Afryki oraz zaoferuje dobre ceny na swoje surowce. Jedno jest pewne: dzięki takiemu położeniu ma największe szanse na stałe członkostwo w Radzie Bezpieczeństwa ONZ. Ani Niemcy, ani Japonia, ani nawet Indie nie będą miały w przyszłości takiego potencjału.

Brazylia to także potęga militarna, a co ciekawe – podpisująca kontrakty głównie na europejski sprzęt. Kraj leżący w pobliżu Stanów Zjednoczonych będzie miał 250 nowych niemieckich czołgów Leopard, 36 francuskich samolotów wielozadaniowych typu Rafale oraz kilkadziesiąt śmigłowców Eurocopter. Do tego należy dodać francuskie okręty podwodne. Te zakupy służą także pozyskaniu technologii dla własnej zbrojeniówki, której wizytówką stał się Embraer. Samoloty bojowe tego producenta sprzedano niemal we wszystkich krajach regionu.

Rolę lokalnej potęgi Brazylia ma zapewnioną także dzięki surowcom. Odkryte niedawno podmorskie złoża ropy naftowej (tak zwana Pré-Sal) pozwalają ze spokojem myśleć o przyszłości. Nawet jeśli teraz kraj zmaga się ze skutkami ogromnej powodzi, to szybko wróci na należne mu pierwsze miejsce w Ameryce Południowej. Potem pójdzie dalej. Oczywiście od krajów o globalnych ambicjach wymaga się więcej niż od mocarstw regionalnych. Brazylia jednak doskonale o tym wie i od dawna angażuje się w sprawy wykraczające poza jej bezpośrednie interesy. Co prawda próba zaangażowania się w mediacje w konflikcie bliskowschodnim okazała się dla Luli zbyt wymagająca, ale pod flagami ONZ jego kraj był bardzo aktywny. Wysłał żołnierzy na Bliski Wschód, do DR Konga, na Cypr, do Mozambiku, Angoli, a ostatnio do Timoru Wschodniego i na Haiti.

Jeśli jednak Brazylia myśli o światowej potędze, nie może tak jawnie flirtować z dyktatorami. Za to właśnie Lula był krytykowany najbardziej. Rutynowo ściska się z Hugo Chávezem, nawet gdy wenezuelski przywódca ucisza media i nęka przeciwników. Brazylijscy dyplomaci wstrzymali się od głosu nad „szerzącymi się i systematycznymi nadużyciami praw człowieka” w Korei Północnej. Lula odwołał wizytę w grobowcu ojca syjonizmu Theodora Herzla, ale znalazł czas, by odwiedzić grób Jasera Arafata. W lutym 2010 roku pozował zaś do zdjęcia z Fidelem Castro, podczas gdy kilka kilometrów dalej opłakiwano śmierć Orlando Zapaty Tamayo, dysydenta, który umarł po 85-dniowym strajku głodowym w więzieniu w Hawanie – taką listę zarzutów wobec brazylijskiego prezydenta przedstawił w maju 2010 roku amerykański „Newsweek”.

Oczywiście był to tylko wstęp do krytyki najpoważniejszej – popierania prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada. Po sfałszowanych wyborach w Iranie Lula pogratulował mu „demokratycznego” zwycięstwa, a opozycyjny ruch Zielonych porównał do kibiców, których drużyna przegrała mecz piłkarski. Lula próbował też wystąpić jako poważny mediator w sprawie irańskiego programu atomowego, ale spotkał się ze zdecydowaną krytyką ONZ, Międzynarodowej Agencji Energii Atomowej, Stanów Zjednoczonych i Unii Europejskiej. Nic dziwnego: nie był w tej sprawie obiektywny, a Brazylia wciąż nie gra jeszcze w światowej ekstraklasie.

ZBLIŻENIE DO EUROPY

Krytycy często zapominają, na jakim kontynencie leży ten kraj. Stałymi elementami polityki w Ameryce Południowej były przecież zamachy stanu, silne i radykalne ruchy lewicowe oraz podejrzliwość wobec zaangażowania w regionie Stanów Zjednoczonych. Dzisiejsza Brazylia jest demokratyczna, spokojna, ale aby zyskać poklask u sąsiadów, nie może być jawnie proamerykańska. Dlatego nowa pani prezydent podczas uroczystej inauguracji zapowiedziała jeszcze aktywniejsze działanie w dwóch organizacjach, w których nie uczestniczą Stany Zjednoczone. Chodzi o MERCOSUR (po hiszpańsku Mercado Comun del Sur, Wspólny Rynek Południa) oraz UNASUR (Unión de Naciones Suramericanas, Unię Narodów Południowoamerykańskich). Nie było natomiast mowy o Organizacji Państw Amerykańskich (OPA), do której należą kraje obu Ameryk, ze Stanami Zjednoczonymi na czele.

Aby w przyszłości Brazylia mogła współpracować z USA i Chinami, najpierw musi ograniczyć ich ekspansję w Ameryce Południowej. Drogą do tego celu może być współpraca z Unią Europejską. To partner niemal stworzony dla tego kraju – potężny gospodarczo, ale bez globalnych ambicji politycznych, więc ambicje Brazylii będą mogły rozwijać się bez przeszkód. Oczywiście, aby osiągnąć sukces, pani Rousseff musi wykorzystać wszelkie szanse i wykazać się niemałymi umiejętnościami. Czas pokaże, czy trzeba być Lulą, aby dokończyć politykę Luli.

Artykuł ukazał się w numerze 6/2011 (732) tygodnika alt

fot. sxc.hu/Benjamin Earwicker

Czytany 5011 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:21