wtorek, 22 wrzesień 2009 19:25

Marcin Domagała: Bliskowschodnia przemoc "szkolna"

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Marcin Domagała

Gdyby tak spojrzeć na świat, jak na szkolną klasę, szybko zorientowalibyśmy się, że mamy do czynienia niezłą bandą łobuzów. Począwszy od tylnej ściany mamy do czynienia z najbiedniejszymi i najbardziej wykorzystywanymi pociechami, czyli krajami afrykańskimi. Po środku klasy, miejsca zajmują skośnookie dzieci azjatyckie, którym przewodzi gruby chiński chłopak.

Pierwsze ławki godnie okupują nadąsane i bogate europejskie prymuski. Wśród klasowych rozrabiaków prym wiedzie, wyraźnie cierpiący na ADHD, chuligan, który wrzaskiem i pięściami próbuje rozstawiać wszystkich po kątach - USA. Ma wielu konkurentów, jednak bardziej nieruchliwych i ospałych, jak np. Rosję, czy wspomniane Chiny. Dopiero gdzieś w kącie snuje się opuszczony przez wszystkich, wciąż poobijany Iran, którego nikt nie lubi i każdy kto może sprzedaje mu kuksańca. Największy zaś raban powstaje wtedy, gdy ten chłopaczyna próbuje się bronić. Wówczas niemalże cała klasa zgodnie staje przeciwko niemu. Nawet ONZ-owski samorząd krzywo na niego patrzy...

Skąd ta metafora?

Ponieważ wszyscy, w dyskusji na temat tarczy antyrakietowej, roli Iranu oraz destrukcyjnej pozycji USA na Bliskim Wschodzie zachowują się, jak bezrozumne dzieci. Nikt, powtarzam NIKT, nie dał realnej, logicznej odpowiedzi na podstawowe pytanie: dlaczego Iran jest zagrożeniem?

Dotąd padały tylko chóralne, przesycone propagandą odpowiedzi - Iran zaraz będzie miał rakiety, bombę atomową, lub Bóg wie jeszcze coś gorszego, i będzie tym wszystkim do wszystkich strzelał...

Pół biedy, gdyby taką odpowiedź, rodem z kabaretu, wygłaszali mało odpowiedzialni politycy lub fantaści z Korei Północnej. Te słowa padają jednak z ust wszystkich możnych i ważnych tego świata. Nie należę do zwolenników irańskiego prezydenta Mahmuda Achmadineżada, a tym bardziej jego retoryki. Nie wielbię także irańskiej teokracji. Jednego jednak nie mogę rządzącym tym krajem odmówić patriotyzmu. Należy podkreślić z całą mocą, że ta „irańska orkiestra", rzekomo grożąca całemu światu nuklearną apokalipsą, nie wzięła się z nikąd. Jest ubocznym efektem działań właśnie USA, które w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat bądź samemu, bądź wspierając aktywnie innych, z Iranu uczyniło sobie pole wojennych rozgrywek. Nie były to bynajmniej ataki retoryczne. Co gorsza, kopanie Iranu wcale się nie skończyło...

Igrzysko zaczęło się w sierpniu 1953 r., kiedy to na kanwie nacjonalizacji irańskiego przemysłu naftowego (próba odzyskania kontroli nad własnymi złożami), CIA obaliła demokratycznie wybranego premiera Mohammeda Mossadeka. W jego miejsce został osadzony proamerykański szach Mohammed Reza Pahlawi. W ciągu 26 lat jego krwawych rządów ten proamerykański sojusznik zabił blisko 15 tys. Irańczyków - oponentów „amerykańskiej demokracji". To jego obalenie, w styczniu 1979 r., zaowocowało irańską rewolucją, której najgłośniejszych pierwszym krokiem na arenie międzynarodowej była 444-dniowa okupacją ambasady amerykańskiej w Teheranie od listopada 1979 r. Okupujący budynek irańscy studenci, wspierani przez antyamerykańsko nastawionych mułłów, postawili Amerykanom twarde warunki zakończenia tego konfliktu: oficjalne przeprosiny Irańczyków za wspieranie rządów szacha i ekstradycję do Iranu obalonego władcy. Odpowiedź Amerykanów była żenująca i zaowocowała klęską Jimmego Cartera w wyborach prezydenckich w styczniu 1981 r.

Takiej obrazy majestatu dumny Waszyngton nie mógł puścić płazem. Kiedy we wrześniu 1980 roku Saddam Husajn uderzył na Iran, USA udzieliły mu znacznego wsparcia nie tylko wywiadowczego, ale i wojskowego oraz finansowego. W efekcie wojna tylko po stronie irańskiej pochłonęła blisko 1 mln ofiar.

Kolejnym aktem agresji było zestrzelenie w lipcu 1988 r. irańskiego samolotu pasażerskiego z 290 osobami na pokładzie przez rakietę, wystrzeloną z amerykańskiego krążownika USS Vincennes.

Kolejne powojenne lata to groźby, sankcje i prowokacje ze strony USA, jego sojusznika Izraela i innych amerykańskich popleczników. Nic dziwnego, że Iran rozpoczął na masową skalę wspieranie wrogów Ameryki. Ten kraj po prostu się broni. Ma do tego święte prawo, jak każde inne państwo. Przy czym w ramach obrony koniecznej nie tylko nikogo nie zaatakował, ale stara się znaleźć skuteczne środki odstraszania, tak by nikt więcej nie odważył się przekroczyć jego granic.

Tymczasem reszta „ogłupionych dzieciaków" przyklaskuje USA w dalszym okładaniu delikwenta. Na tej fali próbuje się nam wmówić, że tarcza antyrakietowa jest bronią przeciwko Iranowi, który rzekomo już puka do naszych bram. Nikt nie zadaje sobie pytania, kogo tym razem armia amerykańska znów zamierza zaatakować...

Na temat irańskiego programu atomowego czytaj: Nuklearna polisa


Czytany 5546 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04