środa, 02 marzec 2011 05:12

Maciej Tomecki: O demokracji w islamie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

moskgeopolityka  Maciej Tomecki

Wolty i niepokoje społeczne, które od stycznia wybuchają z różnym nasileniem na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej, nasiliły debatę (obecną już w czasie interwencji USA w Iraku) o możliwości połączenia islamu z ideałami cywilizacji zachodniej.


Wielu muzułmańskich myślicieli, takich chociażby, jak Muhammad Iqbal, Ali Shariati czy Abdul al-Mawdudi, optymistycznie twierdzili, że świat zachodni niesłusznie zmonopolizował pojęcie demokracji, która ich zdaniem może przybierać różne formy - zależne od lokalnych uwarunkowań. Co więcej, główne założenia demokracji można pogodzić z islamem. Jako przykład, podaje się chociażby koncepcję shury – rady, która pełni w wielu krajach symboliczną rolę doradczą, cieszącą się sporym autorytetem. Próbuje się koncepcję owej shury zrelatywizować do roli ciała quasi-legislacyjnego. Jednak łatwo zauważyć, że proces legislacyjny jest najczęściej ściśle uzależniony od woli władcy. Natomiast ideę suwerenności narodu próbuje się zastąpić tradycją myślenia klanowo-plemiennego. Widać wyraźnie, że proces dyskursu, czy konsensu, nie może w tej tradycji objąć całego społeczeństwa (co jest fundamentem demokracji), lecz ogranicza się do starszyzny religijno-plemiennej i establishmentu. Jednak wiele innych nurtów w islamie posiada zgoła inną koncepcję. Pomijając już radykalny nurt wahhabistyczny, także cieszące się sporym uznaniem Bractwo Muzułmańskie odrzuca możliwość demokratyzacji islamu.

 

Świat zachodni upatruje swoje nadzieje przede wszystkim w spontanicznym zachowaniu mas, które wyszyły na ulice, domagając się demokratycznych zmian, a przynajmniej obalenia dyktatur i większych swobód. Jednak można odnieść wrażenie, że są to nadzieje płonne. Nie widać w obecnej sytuacji żadnych górnolotnych ideologii ani perspektywicznych postulatów, jak chociażby wystąpienia z czasów rewolucji w Iranie z 1979. Obecnie masy domagają się tylko zmiany skorumpowanych urzędników i dyktatur, a także poprawy warunków ekonomicznych. Za protestami nie stoi żadna rzeczywista siła polityczna, która mogłaby entuzjazm mas przekuć w realny ruch polityczny. Protestujący negują obecny stan, lecz nie proponują nic w zamian. To nie dążenie do wolności wyprowadza ludzi na ulice (mogliby równie dobrze walczyć o nią 20 lat temu), lecz katastrofalna sytuacja ekonomiczna, poprzedzona sierpniową suszą. To głód i biedna są katalizatorami. Pusty żołądek mobilizuje bardziej niż traktat filozoficzny.

Od dłuższego czasu największymi i najlepiej zorganizowanymi siłami przeciwko dyktaturom były ugrupowania islamskie. W związku z tym, rodzi się powszechna obawa, że zanim odrodzą się i okrzepną umiarkowane stronnictwa, świat arabski pójdzie drogą rewolucji irańskiej. Oczywiście, obecne rozruchy, tak samo, jak rewolucja w Iranie, są wielonurtowe. W Iranie, obok islamistów (wśród których zwolennicy Chomeiniego byli tylko jedną z licznych i początkowo mniej popularnych frakcji), przeciw szachowi walczyli również lewicowcy i świeccy nacjonaliści. Jednak w końcu wszystkie te grupy zostały zdominowane, a potem wykluczone przez frakcję Chomeiniego. Także scenariusz dojścia do władzy Hamasu w Gazie czy Hezbollahu w Libanie jest znany. Dowodem na to może być istnienie silnego Bractwa Muzułmańskiego w Egipcie i powrót tunezyjskiego przywódcy islamskiego Raszida Ghannouchi z emigracji. Natomiast ajatollahowie irańscy zdążyli już zaoferować patronat nad arabskimi rewoltami. W ostatnich dniach dokonali nawet prowokacyjnego manewru, przesyłając dwa okręty wojenne do portów syryjskich. Zamanifestowali w ten sposób zarówno Arabom, jak i cywilizacji zachodniej, że są gotowi do poważnej rozgrywki o hegemonię w tym regionie. Arabska rewolta, wbrew nadziejom, może zatem zostać wykorzystana przez siły niedemokratyczne i antyzachodnie. Pewnym pocieszeniem może być fakt, że demonstrujące masy nie kierują się hasłami religijnymi. Historia zna jednak przypadki w których wybitne jednostki manipulowały masami do własnych, niekoniecznie zgodnych z oczekiwaniami tych mas, celów.

Dlatego tak bardzo może zastanawiać bierność europejskiego korpusu dyplomatycznego, który po raz kolejny okazał się niewydolny i niezdolny do szybkich działań. Europa powinna być żywo zainteresowana tymi wydarzeniami, gdyż objęcie władzy w tych krajach przez radykalnych islamistów może stworzyć realne zagrożenie dla naszej cywilizacji. Pewne nadzieje mógł budzić proces barceloński i Unia na rzecz Regionu Morza Śródziemnego. Jednak obecnie Europy zwyczajnie nie stać na te działania, które spotkały się zresztą z umiarkowanym entuzjazmem państw objętych pomocą. Wspomnienia kolonialne są niestety nadal żywe.

Biorąc pod uwagę nadchodzącą polską prezydencję w UE, pozbycie się realnych środków oddziaływania politycznego w tych regionach, chociażby w postaci wycofania polskich wojsk z Iraku (gdzie 60% kosztów porywali Amerykanie), zakończenie udziału Polski w misjach pokojowych ONZ w Libanie, czy na wzgórzach Golan, jest sporym błędem. Nieskoordynowane działania, a także brak wyznaczenia długofalowej polityki zagranicznej Unii Europejskiej, będzie skutkowało w efekcie zapewne kolejną serią chaotycznych i sprzecznych ruchów poszczególnych państw.

Kluczowy w tej układance wydaje się być Egipt. Ze względu na swoją historię, położenie geopolityczne czy uniwersytet Al-Azhar (swego rodzaju sunnicki "Watykan"), to właśnie ten kraj mógłby być ośrodkiem zachodniego (bliskowchodnio-europejskiego) skrzydła Islamu.

Sytuacja w Egipcie jest niezwykle dynamiczna, jednak najbardziej prawdopodobnym wydaje się być scenariusz, w którym następuje kontrolowane przekazanie władzy politykowi nieskompromitowanemu, ale dającemu gwarancję utrzymania poprawnych stosunków z Zachodem i z Izraelem. Stany Zjednoczone dysponują w tej grze olbrzymim atutem jakim jest potencjał ekonomiczny i pomoc gospodarcza dla Egiptu. Zarówno Europie, USA jak i Izraelowi zależy na jak najszybszym ustabilizowaniu sytuacji, bo przedłużanie się konfliktu tworzy szansę dla rozwoju tendencji radykalnych. Innym rozwiązaniem może być scenariusz algierski, czyli wprowadzenie dyktatury wojskowej. Ten jednak rozwój wypadków przeradza się łatwo w stan zagrożenia wojną domową. Władzę mogą również przejąć w wyniku wyborów rewolucji radykalni islamiści. W sytuacji coraz większych, niemożliwych do zaspokojenia oczekiwań zbuntowanych mas wobec nowego ładu, trudno będzie szybko i skutecznie ugasić istniejący pożar i zapobiec się jego rozprzestrzenianiu.

Możemy być pewni, że „nowy Egipt” zmieni swoją politykę zagraniczną, bowiem najczęstszym zarzutem wobec Hosni Mubaraka była jego proizraelska orientacja. Pytanie, jak bardzo zmiana polityki Egiptu wpłynie na sytuację w świecie muzułmańskim?

W razie przejęcie władzy przez radykalnych islamistów lub nacjonalistów, Egipt może wejść w sojusz Turcją Recepa Erdogana i Iranem Mahmuda Ahmadinażada. Byłaby to totalna klęska systemu budowanego przez USA na Bliskim Wschodzie od 1977 roku. Izolacja Izraela i osłabienie wpływów USA w tym regionie wcale nie byłyby najgorszymi dla Zachodu skutkami. Powstały w ten sposób trójkąt Kair-Ankara-Teheran stałby się nowym ośrodkiem geopolitycznym, który byłby w stanie dokonać klaryfikacji świata islamu. Wpisałoby się to oczywiście w proces budowania ładu opartego na wielobiegunowości. Ciekawe tylko, czy rzeczywiście byłby to ład...?

foto: sxc.hu

Czytany 4646 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04