czwartek, 25 listopad 2010 10:21

Maciej Tomecki: Czas postamerykanizmu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

alt Maciej Tomecki

 


Następne 100 lat
będzie warunkował proces skutkujący końcem hegemonii Stanów Zjednoczonych Ameryki, czy jak określał Henry Kissinger – koniec jednobiegunowości w polityce międzynarodowej. Jego oznaki są aż nadto widoczne.

 

Nie od dziś wiadomo, że historia jest najlepszą nauczycielką życia. To właśnie w dziejach rozwoju i upadku wielkich mocarstw można dostrzec wiele analogii odnośnie USA. Szczególnie pouczającym przykładem może być upadek Imperium Brytyjskiego, a dokładnie początek końca jej globalnej dominacji, który przypadł w okresie wojen burskich. Przenieśmy się na chwilę do przełomu XIX i XX wieku. Anglicy byli przekonani że wygrają ten konflikt bez trudu. Przecież jeszcze kilka lat wcześniej, w zaledwie pięciogodzinnej bitwie pod Omdurmanem rozgromili 48 tys. derwiszów, tracąc przy tym tylko 48 własnych żołnierzy. Tym samym rozwiązali sudański problem. Kolejna wojna z Burami rozpoczęła się w 1899 roku. Od początku żołnierze Jej Królewskie Mości, mimo posiadania przewagi technologiczną, liczebnej i militarnej – odnosili porażki. Burowie wybrali taktykę wojny partyzanckiej. Ponadto dysponowali wsparciem ludności, która traktowała Brytyjczyków jako obcych najeźdźców, wykorzystujących, jako pretekst do wojny, obronę wolności ludu. W rzeczywistości chodziło o zdobycie kontroli nad nowo odkrytymi złożami złota i diamentów na terenie dzisiejszego RPA. Z biegiem czasu Anglicy zaczęli stosować coraz brutalniejsze środki – palono całe wsie, mordowano ludność cywilną w obozach koncentracyjnych (obozy koncentracyjne to wynalazek m.in. Anglików). W ostatnim stadium wojny, przeciw 45 tys. burskich farmerów walczyło ponad 400 tysięcy brytyjskich żołnierzy. W roku 1902 Burowie wreszcie poddali się. Było to jednak pyrrusowe zwycięstwo. Wojna pochłonęła 60 tys. żołnierzy brytyjskich i kosztowała imperialny budżet ponad pół miliarda funtów. Najbardziej ucierpiał jednak prestiż korony angielskiej w świecie. Brutalna taktyka wojenna, eksterminacja ludności cywilnej, a także bezceremonialny imperializm, doprowadziły do tego, że wszystkie liczące się wtedy mocarstwa rozpoczęły bezpardonową krytykę brytyjskiego imperium.

Wróćmy ponownie do naszych czasów. Amerykanie, wykorzystując swoją hegemonię militarną, zaatakowały Afganistan. Początkowo odniosły łatwe zwycięstwo. Następnie, Amerykanie ufni w swoją siłę i poparcie dla dalszej walki z terroryzmem, dokonali inwazji na Irak. Rezultat – szybkie zwycięstwo militarne, następnie długie i trudne działania okupacyjne po obaleniu Saddam Husajna. Wtedy następuje seria wpadek i politycznych błędów Białego Domu, które prowadzą do zdecydowanego sprzeciwu na arenie międzynarodowej wobec wojny w Zatoce Perskiej i wzrostu nastrojów antyamerykańskich. Do tego należy doliczyć olbrzymie koszty wojny. Analogia jest prosta: wojna w Iraku dla USA jest tym, czym wojna burska dla Wielkiej Brytanii w pod koniec XIX w. Jednak okoliczności nie są identyczne, tak samo jak nie były identyczne przyczyny hegemonii obu państw.

Jak dobrze to ujął w 1905 roku Leo Amery, brytyjski mąż stanu: „ Jakim sposobem te niewielkie wyspy mogą na dłuższą metę dotrzymać kroku tak wielkim i potężnym imperiom, jakimi szybko stają się Stany Zjednoczone i Niemcy? Jak z czterdziestoma milionami mieszkańców możemy rywalizować gospodarczo z krajami których ludność liczy niemal trzykrotnie więcej ?” Zapewne te same pytania zadają sobie Amerykanie porównując swój kraj choćby do rozwijających się Chin, Indii czy Brazylii.

Wielu komentatorów, a szczególnie Benjamin Barber twierdzi, że przewaga Ameryki topnieje, ponieważ kraj traci swą bazę naukową i technologiczną. Schyłek nauki ma być symbolem degrengolady kulturalnej na większą skalę. Zdaniem Barbera, Ameryka, z kraju który hołdował purytanizmowi, etyce pracy, tezauryzacji kapitału, stał się krajem hedonistów, którzy dążą tylko do jak najszybszego zaspokojenia swoich zachcianek. Amerykańskie społeczeństwo przestało interesować się matematyką, ciężką pracą, nauką i oszczędzaniem. Zamiast tego wybrało drogę społeczeństwa postindustrialnego, które specjalizuje się w konsumpcji i rozrywce (słynny „McŚwiat”). Przykładem może być raport ONZ z 2005, który wskazuje że Amerykanie mogą stracić pozycję światowego lidera w dziedzinie nauki – na 600 tys. chińskich i 350 tys. hinduskich absolwentów szkół technicznych przypada tylko 70 tys. absolwentów amerykańskich. Biorąc pod uwagę zasoby demograficzne argument nie jest do końca trafny, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że w pierwszej dwudziestce najlepszych szkół wyższych na świecie, aż 17 to uczelnie amerykańskie. Jednakowoż sygnalizuje to pewien nowy trend.

Paradoksalnie również globalizacja i kapitalizm (pojmowane, jako towary eksportowe USA) są zagrożeniem dla samej Ameryki. Od zakończenia II wojny światowej rynek amerykański wytwarzał 53% całego światowego PKB. W 2009 r. tylko 23%. Każdy inny kraj, nie znając nawet pojęcia wolnego rynku, musiał dołożyć wszelkich starań, aby zrozumieć idee zarówno rynku jak i kultury amerykańskiej, dla których kapitalistyczne realia nie były żadnym zaskoczeniem. Świetnie ilustruje to przykład języka angielskiego – amerykańskie firmy są zachwycone, ponieważ cały świat uczy się amerykańskiej kultury i języka, dlatego firmy te nie muszą się do niczego przystosowywać, żeby robić interesy za granicą. Z drugiej jednak strony cudzoziemcy mają dzięki temu dostęp do amerykańskiego kapitału i technologii, ale również mogą być aktywnymi graczami w swoich krajach. Amerykanie znają tylko swoją kulturę i język angielski, reszta świata zna zarówno kulturę amerykańską i język angielski, jak i takie języki, jak mandaryński, hiszpański czy portugalski. Biorąc pod uwagę fakt, że większość rynków Ameryki Łacińskiej czy chińskich nie operuje językiem angielskim, oczywistą przewagę mają tutaj firmy nieamerykańskie, ponieważ zasięg ich ekonomicznych działań nie jest uzależniony od zasięgu danej kultury. Bierze się to z faktu że Amerykanie nigdy nie musieli uczyć się przenikania do innych cywilizacji i kultur. Reszta świata – tak.

Niemniej jednak nie ulega wątpliwości, że USA nadal jest supermocarstwem, lecz czas jednobiegunowości mija. Przemianie uległa bez wyjątków cały glob. Ameryka przeżywa problemy gospodarcze, waluta jest coraz słabsza, stopa oszczędności jest niska, rośnie jej zadłużenie zagraniczne. Bezpowrotnie mija okres beztroskiej konsumpcji na kredyt. Dochodzą do tego silne nastoje antyamerykańskie. Doskonale ujął to Jorge Castaneda, minister spraw zagranicznych Meksyku: „Co może obchodzić Meksyk lub Chile kto rządzi w Bagdadzie? Idzie o to, w jaki sposób supermocarstwo dysponuje swoją potęgą, a to akurat wzbudza nasze wielkie zainteresowanie”. Choć Niccolo Machiavelli mawiał: „Lepiej, aby się Ciebie bali, niż Cię kochali, bo łatwiej wzbudzać strach niż miłość”.

Równocześnie inne kraje zaczęły rosnąć w siłę. Jeszcze kilkanaście lat temu kraje azjatyckie żebrały o pomoc w Banku Światowym i Międzynarodowym Funduszu Walutowym. Były uzależnione od dotacji i amerykańskich subwencji. Dziś dysponują ogromnymi rezerwami walutowymi i paradoksalnie teraz to właśnie one finansują amerykańskie zadłużenie.

Cała ta sytuacja jest niewątpliwie bardzo zajmująca. Amerykanie będą musieli ustalić swoje priorytety w polityce zagranicznej. Przedtem nie było takiej potrzeby, z racji zajmowania pozycji hegemona. Tym samym w praktyce Amerykanie będą musieli m.in. zdecydować, czy chcą zmiany reżimu w Korei Północnej lub Iranie, czy chcą tylko rezygnacji a ambicji nuklearnych przez te państwa.

Podobnie ma się sytuacja odnośnie polityki USA wobec Rosji. Amerykanie będą musieli wybrać, czy chcą wywierać wpływ na zmianę polityki Rosji, jeśli chodzi o politykę energetyczną. A może uznają, że lepiej jest walczyć o prawa człowieka i demokrację w tym kraju? Może jeszcze lepiej byłoby pozyskać Rosję, jako  sojusznika i wzmacniać jej pozycję przeciwko Chinom i Iranowi? Podobnie Unia Europejska. Czy USA będzie traktować UE jako partnera, czy jako rywala w wymianie ekonomicznej?

Drugim problemem, nad którym Stany Zjednoczone będą musiały się pochylić, jest decyzja odnośnie promocji zasad wolności słowa, kapitalizmu, wolnego rynku w wymiarze ogólnoświatowym, czy dbać wyłącznie o swoje interesy, nawet kosztem tych zasad. Z punktu widzenia Zachodu korzystniejsze wydaje się to pierwsze rozwiązanie. Lepiej, aby kraje, które za kilka lat staną się mocarstwami, funkcjonowały na arenie międzynarodowej w oparciu o zasady już obowiązujące, tzn. zachodnie, a nie starały narzucić innym państwom swoje zasady.

Świat wyłaniający się z kryzysu ekonomicznego będzie na pewno dalej światem zdominowanym przez Amerykę. Jednak musimy oswoić się z myślą, że kres jednobiegunowości w polityce międzynarodowej odchodzi do lamusa, a do głosu dochodzą takie kraje jak Indie, Chiny, Brazylia. Napoleon Bonaparte twierdził, że lepiej będzie, aby Chiny spały jak najdłużej, bo kiedy się obudzą, wstrząsną światem.

Jak już wspomnieliśmy na wstępie – historia jest najlepszą nauczycielką życia. Również w tej kwestii pokazuje nam dobre rozwiązanie, wywodzące się z Imperium Rzymskiego. W czasach nowożytnych zasadę tą stosował Otto von Bismarck. Żelazny kanclerz nawiązywał bliskie relacje ze wszystkimi liczącymi się wtedy mocarstwami. Celem jego działań było uzyskanie lepszych relacji z nimi wszystkimi, niż którekolwiek z nich miało z jakimkolwiek innym. Na skutek takich działań II Rzesza stała się osią polityki międzynarodowej w II połowie XIX wieku. Piękna analogia, prawda?

Czytany 4700 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04