sobota, 29 sierpień 2009 09:44

Maciej Motas: Pakt Piłsudski-Hitler?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Maciej Motas

Od dłuższego czasu dominuje w Polsce specyficzna tendencja, aby kolejne rocznice historyczne wykorzystywać jako pretekst do wzniecania konfliktów z Rosją. Tak było w przypadku niedawno obchodzonej rocznicy Powstania Warszawskiego (Rosjanie stali po drugiej stronie Wisły), stanu wojennego (weszliby czy nie?), cudu nad Wisłą (przy tej okazji ani słowa dzięki komu bolszewicy znaleźli się pod Warszawą) oraz nawet zamachu majowego (który miał rzekomo ocalić Polskę przed komunistycznym przewrotem). Nie inaczej stało się w przypadku 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej.

 

Powstał zatem realny dylemat, jak rocznicę wybuchu wojny z Niemcami przekuć w nowy konflikt z Rosją?

Rocznica wybuchu II w. św. wywołała falę dyskusji i komentarzy przede wszystkim w odniesieniu do okoliczności zawarcia niemiecko – radzieckiego paktu o nieagresji z 23 sierpnia 1939 r. Na temat owego porozumienia wypowiadają się zarówno Polacy, jak i Rosjanie. W wypowiedziach strony rosyjskiej spotkać się można z argumentacją uzasadniającą zawarcie paktu Ribbentrop-Mołotow, wcześniejszym polsko-niemieckim porozumieniem wymierzonym w Moskwę. Tłumaczenie takie wywołało falę oburzenia i krytyki ze strony polskiej. Czy słusznie? Czy Polska pod rządami sanacji faktycznie prowadziła politykę równowagi, polegającą na utrzymywaniu równej odległości zarówno od Niemiec, jak i od Rosji?

Ciekawe wnioski formułuje w tym względzie ostatnio dr Stanisław Żerko na łamach specjalnego wydania „Polityki” (nr 3/2009), pisząc: „Prowadzoną od 1934 r. przez Warszawę politykę nazywano czasem w polskim MSZ polityką równowagi (...) O równowadze czy zachowywaniu przez Warszawę równej odległości w stosunku do Berlina i Moskwy można było jednak mówić tylko w odniesieniu do strategicznych założeń polityki tego okresu. Określanie natomiast mianem równowagi realizowanej po 1934 r. przez Becka polityki wobec Niemiec i ZSRR jest nieuzasadnione i prowadzi do interpretacyjnych nieporozumień. Stosunki Polski ze Związkiem Radzieckim psuły się z roku na rok i osiągnęły dno w okresie kryzysu sudeckiego 1938 r., podczas gdy w relacjach polsko-niemieckich następowało coraz silniejsze zbliżenie”. Na marginesie warto podkreślić, że wspominany numer „Polityki” rozprawia się też z nośnymi, także w kręgach prawicowych i konserwatywnych, hasłami, że trzeba było iść razem z Niemcami na Rosję.

Polsko-niemiecka deklaracja o niestosowaniu przemocy z 26 stycznia 1934 r. wpłynęła w zasadniczy sposób na przerwanie izolacji Niemiec oraz w istotny sposób osłabiła francuski system sojuszy wschodnich. Deklaracja wywołała falę spekulacji nie tylko w Moskwie. Przekonanie o bliskiej współpraca Berlina i Warszawy było powszechne także w Czechosłowacji, państwach bałtyckich (nawet w utrzymującej przyjazne stosunki z Polską Łotwie) oraz, co najistotniejsze, w szerokich kołach dyplomacji francuskiej (Francja dowiedziała się o deklaracji od strony niemieckiej). Jak pisze w pracy „Polityka równowagi 1934-1939. Polska między Wschodem a Zachodem”, przywoływany często ostatnio jako znawca przedmiotu, Marek Kornat: „stronie polskiej niełatwo było wytłumaczyć się przed opinią zagraniczną, jak to możliwe, że Hitler «za darmo» zgodził się na porozumienie z Polską, z którą żaden rząd niemiecki wcześniej nie chciał zawrzeć podobnego w formie układu, żądając po prostu cesji terytorialnej Pomorza i Górnego Śląska jako minimum (...) To był najpoważniejszy argument przeciwników Polski (chyba raczej przeciwników porozumienia niemiecko-polskiego – przyp. M.M.). Ich przekonanie, że rząd polski swe kordialne (z pozoru) stosunki z elitą III Rzeszy okupił tajnymi zobowiązaniami – jawiło się jako więcej niż prawdopodobne”. Ceną za wolną rękę w Austrii i Czechosłowacji miały być wspólne plany podboju na wschodzie, połączone z powrotem do federacyjnych planów Piłsudskiego utworzenia Ukrainy. Taka ocena polityki i zamierzeń sanacji nie była czymś odosobnionym.

Przed wojną formułowali ją niektórzy przedstawiciele Narodowej Demokracji, wśród nich np. Marian Seyda. Symptomatyczne, że nawet w czasie II wojny, której przebieg sprzyjał ocenie przedwojennej polityki sanacji, formułowano podobne zarzuty. W artykule z 1942 r. „Armia sanacyjna czy armia narodowa”, powstałym w środowisku NOW, czytamy: „Piłsudski, osiągnąwszy pełnię władzy w Polsce, wrócił na swą starą drogę współpracy politycznej z Niemcami. Zawarł on mianowicie w roku 1934 polsko-niemiecki pakt nieagresji, mający obowiązywać 10 lat (...) Jeśli były jakie przygotowania wojenne, to skierowane były one przeciw Rosji i to Rosji ze wspomnień 1920 roku. Hitler natomiast wspaniale wyzyskał układ polsko-niemiecki. Po pierwsze przez ten układ wyszedł on z politycznej izolacji w Europie i przełamał pierścień otaczających go przeciwników (...) Nastąpił Anschluss Austrii. Sanacja, zamiast przejść z miejsca do obozu przeciwniemieckiego, wlokła dalej Polskę w ogonie niemieckiej polityki, nie zawahała się nawet dopomóc Niemcom do rozbioru Czechosłowacji, państwa, które w tych warunkach było niejako naturalnym sojusznikiem Polski w walce przeciwko Niemcom. Jest to może największa i najgłupsza zbrodnia polityczna sanacji”.

W tym samym tonie utrzymany był, pisany na parę miesięcy przed wybuchem Powstania Warszawskiego w 1944 r., tekst Czesława Buniewskiego, działacza zbliżonego do kręgów ONR-owskich, „Kulisy dwudziestolecia dziejów Polski wskrzeszonej” (pełny tekst publikowany był w latach 1992-1993 na łamach miesięcznika „Szczerbiec”). Nieprawdą są zatem stawiane często, także i przez historyków, zarzuty, że powyższa argumentacja pochodzi rodem z komunistycznej propagandy. Powojenny historyk marksistowski Karol Lapter, w swojej pracy „Pakt Piłsudski - Hitler” wydanej w 1962 r., zdaje się powtarzać jedynie niektóre tezy z narodowo- demokratycznego arsenału (nie pierwszy to i nie ostatni tego typu przypadek w Polsce Ludowej).

We współczesnej Rosji na pewno zauważalna jest tendencja do częściowej przynajmniej rehabilitacji polityki prowadzonej przez Stalina. Wielka wojna ojczyźniana stanowi zaś, obok powrotu do prawosławia i tradycji białej Rosji, jeden z mitów założycielskich nowej Rosji, w której nieprędko dojdzie do zrównania zbrodni Hitlera i Stalina. Strona polska, o ile powinna się zdecydowanie przeciwstawiać próbom rehabilitacji zbrodni komunistycznych, o tyle nie może pozostać ślepa na błędy popełnione przez polityków polskich. Lata 1934–1938 obfitowały w liczne dowody na ścisłą współpracę polskiego rządu z III Rzeszą, apogeum tej współpracy przypadło na wspólną akcję wymierzoną przeciwko Czechosłowacji i jej faktyczny rozbiór. Strona polska dała się zwieść wyrachowanej polityce niemieckiej, obliczonej na parę lat, „ocieplania stosunków z Polską” (wyciszenie antypolskich tendencji, wielu politykom wskazywało na odejście od polityki pruskiej dominującej w Republice Weimarskiej), pomagając Niemcom wyjść z międzynarodowej izolacji i walnie przyczyniając się do odbudowy ich potęgi i zajęcia najlepszych pozycji strategicznych do ataku na nią samą. Kosztem była nieufność, jaką wobec Polski nabrały przede wszystkim Moskwa, Paryż i Praga. Strona rosyjska, pisząc o współpracy polsko-niemieckiej, popełniła w całej sprawie jeden błąd, nie powinna powoływać się na tajne porozumienie niemiecko-polskie. Nieistnienie bowiem tego dokumentu zostało już dawno w nauce wykazane. Jak bowiem pisze wspominany już powyżej K. Lapter: „Nie oznaczało to oczywiście, że istniała formalna umowa dotycząca takiego współdziałania przeciwko ZSRR. Mówiono wprawdzie o istnieniu takiego tajnego układu, cytowano nawet jego tekst, ale o wiele ważniejszy od istnienia czy nieistnienia formalnej umowy polsko-niemieckiej był fakt, że Polska postępowała tak, jak gdyby umowa taka istniała”.

Oceniając na koniec postawę polskiego rządu, należy zauważyć, że prowadzi on słuszną politykę nie reagowania (zapewne gdyby premierem był J. Kaczyński rozdawano by już karty mobilizacyjne, a na obecność Putina nie byłoby co liczyć) na szum medialny i prasowe publikacje płynące z Rosji (ciekawe, co by było, gdyby Rosjanie za każdym razem oficjalnie reagowali, gdy w polskiej prasie pisze się o „wspólnej defiladzie Rydza-Śmigłego z Hitlerem odbieranej w Moskwie”, a tekstów takich przecież nie brakuje), na których tle planowane na 1 września wystąpienie premiera Rosji może wielu zaskoczyć. I jeszcze jedna refleksja. Pomimo wszystko pierwsza (faktycznie) osoba w Rosji na uroczystościach na Westerplatte się pojawi, podczas, gdy „nasz strategiczny” amerykański sojusznik, wysyłając do Polski urzędnika niższej rangi, po raz kolejny pokazał miejsce Polski hierarchii ważności swoich sojuszy.

 

Artykuł ukazał się na portalu alt

Czytany 9305 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 14:15