poniedziałek, 28 czerwiec 2010 03:57

Łukasz Smalec: Koreańska beczka prochu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

alt

geopolityka Łukasz Smalec

Począwszy od zakończenia drugiej wojny światowej Półwysep Koreański pozostaje jednym z najbardziej newralgicznych punktów na naszym globie. Wzdłuż linii demarkacyjnej równoleżnika 38o N dochodziło do niezliczonych incydentów zbrojnych. W chwili obecnej niebezpieczeństwo wybuchu konfliktu zbrojnego staje się bardzo prawdopodobne za sprawą niedawnych wydarzeń.

 

 

Ostatnie wydarzenia, które miały miejsce na wodach oblewających Półwysep Koreański sprawiły, że po raz kolejny oczy całego świata nerwowo zaczęły spoglądać na Seul i Phenian. Zagrożenie dla bezpieczeństwa regionu zostało wywołane przez zatonięcie południowokoreańskiej korwety PCC-772 „Cheonan” 26 marca 2010 roku na Morzu Żółtym.

Okręt wojenny zatonął na skutek tajemniczej eksplozji, z dużą dozą prawdopodobieństwa można było stwierdzić, że został on trafiony torpedą. Oczywiście fala podejrzeń niemal od razu została skierowana na reżim północnokoreański, jak pokazał dalszy rozwój wypadków ten trop okazał się słuszny. Nie bez znaczenia był fakt, że incydent ten zdarzył się zaledwie kilkanaście mil od morskiej linii demarkacyjnej pomiędzy dwoma państwami, co czyniło udział KRLD tym bardziej prawdopodobnym. Sytuacja uległa dalszemu zaognieniu gdy Seul jednoznacznie obarczył winą za zatopienie korwety sąsiada z Północy. W rezultacie tego wydarzenia podjęto decyzję o zerwaniu stosunków ekonomicznych z Phenianem. Na odpowiedź KRLD nie trzeba była długo czekać, jej władze zapowiedziały zerwanie wszelkich stosunków z Republiką Korei oraz wydalenie Koreańczyków z Południa, którzy pracowali w specjalnej strefie inwestycyjnej w Kesungu na terenie KRLD. Ponadto Korea Północna zagroziła również możliwością przeprowadzenia akcji wojskowej oraz postawiła armię w stan gotowości bojowej. Na rozwój wydarzeń gorączkowo zareagowały giełdy azjatyckie, indeksy osiągnęły poziom najniższy od niemal roku. Pomimo tego prawdopodobieństwo gorącego konfliktu wbrew pozorom nie jest wcale aż tak duże.

Północnokoreańskie deja vu

Marcowy incydent niemal na pewno można przypisać działaniom dywersyjnym ze strony KRLD. Pomimo faktu, że wszystkie dowody świadczą przeciwko niemu Phenian w dalszym ciągu zaprzecza, że ma cokolwiek wspólnego z tym incydentem. W KRLD odbywają się masowe wiece protestu przeciwko polityce USA i Korei Południowej, podczas tych spotkań nie brakuje oskarżeń pod Waszyngtonu i Seulu m.in. o „rozpętanie kłamliwej kampanii propagandowej przeciwko Phenianowi. Wymienione państwa są obwiniane o wzrost napięcia na Płw. Koreańskim. W przemówieniach podkreślano gotowość armii i narodu KRLD do „zapewnienia obrony socjalizmu, odpowiedzi w wypadku agresji ze strony USA i Korei Południowej". Trudno w tym kontekście nie wspomnieć o tym, że tego typu praktyki ze strony KRLD nie są niczym nowym. Można by nawet zaryzykować stwierdzenie, że reżim w Phenianie po prostu powrócił do swoich dawnych zwyczajów. Warto pamiętać, że jeszcze za życia swego ojca Kim Jong Il „wsławił się” przeprowadzeniem wielu ataków terrorystycznych, w których śmierć poniosło wielu obywateli Republiki Korei oraz USA. Działalność terrorystyczna, próby wywoływania incydentów zbrojnych w pewnym okresie stały się nawet znakiem rozpoznawczym reżimu w Phenianie, wywołując nawet niepokój wśród jego największego sojusznika ChRL. Wówczas KRLD chciała zapewnić sobie miano państwa, które aktywnie walczy z „amerykańskim imperializmem”. O ile w ostatnim czasie mniej popularne były tego typu akcje Phenianu, o tyle różnego rodzaju prowokacje stanowią element politycznej gry Kim Jong Ila. Reżim co jakiś czas wykonuje kroki, które mają uniemożliwić światu zapomnienie o kraju Orwella. Polityka szantażu stała się chlebem powszednim KRLD dzięki której zapewnia sobie ona środki pozwalające na przetrwanie reżimu i dostarczenie chociaż minimalnej ilości żywności dla głodujących obywateli. Tym razem prawdopodobny wydaje się scenariusz wydarzeń zgodnie, z którym za atakiem na południowokoreańską korwetę stoi sam Kim Jong Il, który poprzez prowokacyjną postawę stara się zapewnić sobie poparcie dla swoich planów sukcesyjnych ze strony armii. W zeszłym roku „Ukochany Przywódca” przedstawił swojego następcę, którym ma zostać jego syn- 26-letni Kim Jong Un. Inna, równie interesująca koncepcja wiąże incydent z nieudanymi reformami gospodarczymi w „raju robotników”, które po raz kolejny doprowadziły to państwo na skraj bankructwa.

Kruche zawieszenie broni

W przeszłości rozsądek decydentów wielokrotnie sprawiał, że oba narody mimo wielu okazji zaledwie jeden raz stanęły naprzeciw siebie jako strony w otwartym konflikcie zbrojnym. Miało to miejsce w czasie wojny koreańskiej, którą rozpoczął atak wojsk Koreańskiej Armii Ludowej na sąsiada z Południa. Mimo pomocy tzw. ochotników chińskich (w rzeczywistości były to doborowe oddziały armii Chińskiej Republiki Ludowej) nie udało się „wyzwolić braci” z Południa. Oczywiście decydująca dla obrony niepodległości przez Republikę Korei był udział w tym konflikcie Amerykanów, okraszony nader szczodrą „daniną krwi” amerykańskich żołnierzy (USA straciły ich w tym konflikcie więcej aniżeli w wyniku II wojny światowej). Oprócz zbliżenia na linii Pekin-Phenian wojna koreańska (1950-3) nie spełniła więc pokładanej w niej nadziei na jedność Półwyspu. Postulaty wyzwolenia sąsiada z Południa wracały jeszcze niejednokrotnie, aczkolwiek niesprzyjające okoliczności sprawiały, że rezygnowano z ich realizacji. W tym kontekście należy przypomnieć, że wojnę koreańską zakończyło zawieszenie broni a nie traktat pokojowy (do dzisiaj nie został zawarty), co oznacza, że strony formalnie znajdują się w dalszym ciągu w stanie wojny. Minione sześćdziesięciolecie upłynęło pod znakiem napięć, niemniej jednak do wojny nie doszło, z całą pewnością decydujący jest fakt, że reżim w Phenianie zdaje sobie sprawę, że oznaczałaby ona koniec jego egzystencji. Pomimo faktu, że KRLD posiada kilka głowic nuklearnych to z całą pewnością nie wystarczyłyby one aby odnieść zwycięstwo nad doskonale wyposażoną armią Republiki Korei, dodatkowo wspieraną przez żołnierzy amerykańskich stacjonujących w tym państwie.

USA i Chiny -główni mediatorzy

Społeczność międzynarodowa na czele z USA od lat czyni zabiegi aby zapobiec poważnemu kryzysowi na Płw. Koreańskim, w ostatnim czasie jednak na pierwszym planie znajdował się raczej północnokoreański program atomowy a nie konflikt pomiędzy zwaśnionymi państwami koreańskimi. Prym w staraniach o rozwiązanie tego problemu wiodą USA i Chiny, oba te państwa jawią się jako dwaj najpoważniejsi gracze w regionalnym systemie bezpieczeństwa. Odgrywają rolę sui generis opiekunów państw koreańskich- odpowiednio ChRL dla KRLD, natomiast USA dla Republiki Korei. Bez wątpienia trafne jest stwierdzenie, że relacje pomiędzy KRLD i USA mają kluczowe znaczenie dla bezpieczeństwa regionu Azji Północno-wschodniej. Tym bardziej niepokojący jest więc fakt, że obecnie mamy do czynienia z sytuacją  patową. Odwołując się do tradycyjnego dylematu amerykańskiej polityki zagranicznej wobec tego typu państw można stwierdzić, że w przypadku KRLD nie sprawdziła się zarówno polityka „marchewki”(ten sposób prowadzenia polityki zagranicznej niewątpliwie przypisać administracji demokratycznej Billa Clintona) jak i polityka „kija” (administracja republikańska George’a W. Busha). Sytuacja jest tym bardziej złożona, że ze względu na fakt posiadania broni nuklearnej przez kraj Orwella a co za tym idzie zagrożenie dla Republiki Korei, która jest tradycyjnym sojusznikiem USA, muszą one raczej wykluczyć możliwość zastosowania rozwiązań siłowych. Groźby amerykańskie pod adresem Phenianu od dawna nie przynoszą zamierzonych rezultatów, pomimo tego w dalszym ciągu są stosowane, również w czasie obecnego kryzysu. Waszyngton groził Phenianowi, deklarując jednocześnie wsparcie dla swojego sojusznika- Republiki Korei. USA podjęły również bardziej radykalne kroki w postaci nałożenia na Phenian sankcji gospodarczych. Prawdopodobnym, szczególnie w kontekście ostatnich wydarzeń jest ponowne umieszczenie KRLD na liście państw „sponsorujących terroryzm”. Na drugim biegunie znajduje się Pekin, który stara się uspokoić sytuację. Nawołuje do zachowania spokoju, określając zatopienie Cheonan mianem nazywa niefortunnego incydentu.

Należy zwrócić uwagę, że postawa Republiki Korei wobec kryzysu była stonowana, dopóki Seul nie miał pewności, nie oskarżał swojego sąsiada o ten incydent, niemniej jednak wynik śledztwa nie pozostawiał wątpliwości- Phenian jest winny zatopienia okrętu Cheonan. W tej sytuacji podjęto decyzję o odesłaniu sprawy zatopionego okrętu do RB ONZ, nasuwa się pytanie czy organizacja będzie zdolna do wypracowania jakiegoś konstruktywnego rozwiązania. Jest ono tym bardziej uzasadnione gdy uwzględnimy fakt, że ChRL podchodzące z rezerwą do incydentu dysponują prawem veta w RB NZ, tym samym nałożenie kolejnych sankcji na Pheniann wcale nie jest aż takie oczywiste. Waszyngton lobbuje w Pekinie, aby przychylił się on do nałożenia sankcji wobec kraj Orwella.

U progu wojny?

Nie negując faktu, że stosunki na linii Phenian-Seul są bardzo napięte należy stwierdzić, że mimo to groźba konfliktu nie wydaje się być nazbyt poważna. Jak już wspomniałem w ponad 60-letniej historii istnienia obydwu państw niejednokrotnie znajdowały się one na krawędzi wojny. Zazwyczaj jednak podejście do problemu z opanowaniem pozwalało na wyjście nawet z największej opresji. Reasumując, bardziej rozsądne wydaje się zadanie sobie pytania- jak długo jeszcze będziemy mieli do czynienia z podziałem Płw. niż zastanawianie się czy wybuchnie konflikt pomiędzy „braćmi”. Badacze są zgodni- bohaterska walka reżimu Kim Jong Ila z problemami, które są obce większości „normalnych” państw nie potrwa długo, pytanie tylko kiedy nastąpi zjednoczenie. Odpowiedź na nie jest zadaniem łatwym, wymaga przeanalizowania kilku aspektów, po pierwsze wydaje się mało prawdopodobne że „klika w Phenianie” odda władzę bez walki. Być może pierwszą okazją, a może raczej szansą na zjednoczenie może być śmierć schorowanego północnokoreańskiego wodza. Kolejnym aspektem, na który warto zwrócić uwagę jest fakt, że zjednoczenie Korei jest nie na rękę mocarstwom, na czele z ChRL. Status quo pozwala Państwu Środka na odgrywanie roli sui generis protektora Phenianu, po zjednoczeniu Seul z całą pewnościa nie zaakceptowałby takiej roli Pekinu dla zjednoczonego państwa koreańskiego. Niewątpliwie zburzenie delikatnej równowagi sił w regionie jest poważnym problemem ale nie można zapomnieć o innym nie mniej istotnym, chodzi mianowicie o aspekt finansowy. W przypadku zjednoczenia państw tak bardzo różniących się pod względem poziomu rozwoju ekonomicznego strona silniejsza musiałaby ponieść niebotyczne koszty aby zniwelować ogromną przepaść dzielącą oba kraje. Krótko mówiąc, pozwolę sobie zaryzykować stwierdzenie, że w najbliższym czasie mało prawdopodobna wydaje się zasadnicza zmiana sytuacji na Płw. Koreańskim.

Czytany 5269 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 20:27