poniedziałek, 23 styczeń 2012 08:40

Łukasz Reszczyński: Kosowska beczka prochu

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

dynamit  Łukasz Reszczyński

Od ponad dziesięciu lat problem kosowski stanowi najbardziej destrukcyjny czynnik w serbskiej polityce. Wszystko wskazuje na to, że obecnie ponownie stanie się on głównym determinantem poczynań władz w Belgradzie.

Relacje serbsko-kosowskie kolejny raz wracają do punktu wyjścia, ponownie również duży udział w tym procesie ma Unia Europejska i jej nieodpowiedzialna polityka „rozbudzanych nadziei”. Jeszcze kilka miesięcy temu wydawało się, że zachodni plan „europeizacji” Serbii (cokolwiek by to znaczyło) ma szansę dojść do skutku. Rząd w Belgradzie najpierw przeredagował słynny projekt rezolucji ONZ dotyczącej Kosowa, później zaś posłusznie zasiadł z przedstawicielami kosowskich Albańczyków do wspólnego stołu aby omówić najbardziej istotne kwestie obustronnych relacji. W międzyczasie wydano Trybunałowi w Hadze generała Ratko Mladicia, oraz Gorana Hadżicia. Wszystko to w imię lepszej, „europejskiej” przyszłości Serbii.

 

Serbia to jednak nie Chorwacja, która mimo podobnych problemów z korupcją, przestępczością i gospodarką, już praktycznie jest wymieniana jako członek Unii Europejskiej, choć formalnie akcesja jeszcze nie nastąpiła. W tym przypadku możemy mówić o swego rodzaju dopełnieniu się procesu dziejowego, wszak Zagrzeb od wieków w większym stopniu identyfikował się z kultura zachodnią.

Mimo tych wszystkich „sukcesów”, które serbski rząd „odnosił” w jednym konkretnym celu, kwestia akcesji tego kraju do Unii Europejskiej wydaje się dziś sprawą przyszłości - a obserwując obecny unijny kryzys - przyszłości raczej dalekiej. Jeszcze do niedawna rządząca koalicja „Za europejską Serbię” zarzekała się, że najważniejszym celem dla przyszłości kraju (w domyśle – dobrego wyniku wyborczego w tegorocznych wyborach) będzie uzyskanie przez Serbię statusu oficjalnego kandydata do UE jeszcze przed końcem 2011 roku. Bruksela wypowiedziała się w tej kwestii dość jednoznacznie, dając raczej płonne nadzieje na przyszłość. Prezydent Tadić mocno spuścił z tonu, a jego wypowiedzi zapewniające o niezmiennych priorytetach w polityce zagranicznej, pozbawione są już kipiącego jeszcze o niedawna „euroentuzjazmu”. Jego Partia Demokratyczna (główna partia rządzącej koalicji) również zaczyna pękać w szwach. Jednym z najbardziej jaskrawych tego przejawów są ostatnie spekulacje wokół obecnego ministra spraw zagranicznych Vuka Jeremicia. Wielu komentatorów serbskiej sceny politycznej twierdzi, że Jeremić nawet gdyby partia prezydenta Tadicia odniosła ponowny sukces wyborczy, raczej nie będzie dłużej piastował funkcji szefa serbskiej dyplomacji. Co więcej, coraz częściej pojawiają się pogłoski o możliwości zmiany obozu przez Jeremicia, na ten bardziej radykalny. Świadczyć o tym mogą chociażby ostatnie wypowiedzi samego zainteresowanego, który coraz głośniej mówi o tym, że podstawowym warunkiem stawianym przez Brukselę na drodze akcesji do UE będzie uznanie przez Belgrad Kosowa.

Nie ulega wszelkim wątpliwościom, że od pewnego już czasu głównym czynnikiem determinującym procesy na serbskiej scenie politycznej ponownie zaczyna być sprawa Kosowa. Wobec, być może chwilowej, porażki „unijnego wektora”, to właśnie relacje z Prisztiną staną się przysłowiowym „języczkiem u wagi” podczas zbliżających się wyborów parlamentarnych w Serbii. Wpływ na taki stan rzeczy ma również znaczna radykalizacja postawy samych kosowskich Albańczyków w odpowiedzi na ciągnącą się już od kilku miesięcy „wojnę celną” z Serbią. Protesty i barykadowanie dróg przez Serbów w północy byłej serbskiej prowincji skutecznie rozjudza albański nacjonalizm, z którego skwapliwie korzysta trzecia obecnie siła kosowskiego parlamentu, ruch Vetevendosje (samostanowienie) pod wodzą, skąd inąd coraz bardziej znaczącej postaci w kosowskich życiu polityczno – społecznym – Albina Kurtiego.

W ostatnich dnia Vetevendosje zorganizowało nawet własne blokady przejść granicznych z Serbią, protestując przeciwko embargu na kosowskie produkty stosowanemu przez Belgrad, a także przeciw zachowaniu prezydenta Tadicia, który odwiedził północne enklawy Serbów w dniu prawosławnych Świąt Bożego Narodzenia. Siła nacjonalizmu na Bałkanach jest ogromna, o czym doskonale wiedzą zarówno Serbowie jak i Albańczycy. Obecna władza w Prisztinie w tym względzie ma jednak związane ręce, gdyż jest w pełni uzależniona od woli instytucji międzynarodowych, w tym przede wszystkim UE i NATO. Dlatego też należy spodziewać się dalszego wzrostu popularności Vetevendosje oraz samego Kurtiego, który poza agresywną retoryką wobec Belgradu, nawołuje do wycofania zwierzchnictwa UE i pozostałych organizacji międzynarodowych z terenu Kosowa.

Dla Belgradu oznacza to nic innego jak dalsze kłopoty, gdyż dotychczasowa polityka wobec byłej południowej prowincji będzie musiała ulec pewnemu przewartościowaniu, które zostanie odczytane jako sprzeniewierzenie albo przez Brukselę, albo przez własny naród. Obecny rząd w Serbii zapewne zdaje sobie już sprawę z faktu, że dalsze prowadzenie polityki „pro unijnej” i dbanie o swój dotychczasowy interes względem Kosowa to dwa wykluczające się czynniki. Swoją drogą, przymuszanie przez Brukselę Belgradu i Prisztiny do wspólnych rozmów przy jednoczesnym ignorowaniu wydarzeń na północy Kosowa, mając tutaj na uwadze zarówno działania kosowskich Serbów, jak i aktywizację zwolenników Vetevendosje można porównać do szukania wyjścia ze składnicy prochu przy pomocy zapalonej zapałki. Na horyzoncie mamy ponadto bardzo możliwy scenariusz powrotu sił radykalno – narodowych na piedestał serbskiej sceny politycznej (abstrahując już od możliwości koalicyjnych, a więc siły ewentualnego rządu z Serbską Partią Postępu Tomislava Nikolicia). Nie będzie oznaczać to, jak ochoczo do tej pory wieściły zachodnie media, kresu „prawidłowego” (w domyśle – „prozachodniego") kierunku polityki obranej przez Belgrad. Wręcz przeciwnie. Problem jednak w tym, że geopolityczny potencjał, który w tym kontekście ma szansę zostać wykorzystany, stoi w dużej sprzeczności z geopolitycznymi wyznacznikami Albańczyków, zarówno tych w Kosowie, Albanii jak i Macedonii.

Wobec chwilowego osłabienia tematyki unijnej wśród serbskich środowisk politycznych, naturalną reakcją będzie powrót do kwestii Kosowa. Tym bardziej, że problematyka ta jest ochoczo podgrzewana przez mającą wciąż swoje interesy w regionie Moskwę, czego jednym z ostatnich przejawów było wysłanie transportu z pomocą materialną dla Serbów z północy Kosowa. Bruksela zdaje się nie być zainteresowana zmianą dotychczasowego charakteru swojej obecności w rejonie, mając obecnie na głowie dużo poważniejsze, wydawałoby się problemy. Sęk w tym, że wciąż zapomina się o rosnącym w regionie potencjale Turcji, która chociażby ze względów kulturowo – religijnych jest naturalnym sprzymierzeńcem Albańczyków. Historia raz już pokazała w jaki sposób brak silnego „wału” na obszarze Tracji Zachodniej może destrukcyjnie wpłynąć na losy całej Europy.

Fot. dreamstime.com

Czytany 4499 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04