czwartek, 16 wrzesień 2010 09:35

Łukasz Reszczyński: Dryfujące Sarajewo

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

alt Łukasz Reszczyński

Bośnia i Hercegowina pozostanie na długie lata czarną dziurą Europy. Ogólny sens politycznego sporu w Bośni i Hercegowinie zamyka się w kwestii dalszej obecności wspólnoty międzynarodowej w tym kraju, jak również stopnia jej wpływu na kształt państwa.

Mające się odbyć trzeciego października wybory w Bośni i Hercegowinie to w regionie wydarzenie polityczne z najwyższej półki. Kraj opanowywany przez coraz rozleglejszy polityczny paraliż, ponownie rozbrzmi nawoływaniami dla wsparcia politycznych przywódców, którzy tchnięci „wyborczym duchem” obiecywać będą dobrobyt. Co ciekawe, za jednym zamachem pojawia się szansa na odświeżenie stęchłej przez ostatnie lata bośniackiej sceny politycznej. Październikowe wybory składać się będą z trzech części: wyborów do trójosobowego prezydium kraju, wyborów parlamentarnych Federacji oraz wyborów parlamentarnych w obydwu częściach składowych Bośni i Hercegowiny. Jeśli dodać, że w wyścigu o stołki uczestniczyć będzie prawie osiem tysięcy kandydatów, 39 partii politycznych i jedenaście koalicji to pozostaje już tylko współczuć tamtejszym wyborcom. Poziom trudności podniesiony został także rywalizującym politykom. Przewodnicząca Komisji Wyborczej Bośni i Hercegowiny - Irena Hadziabdić zapowiedziała, że politycy używający w swojej kampanii haseł nacjonalistycznych i antyfedercyjnych pozbawiani będą szans na udział w wyborach. Biorąc pod uwagę specyfikę politycznej sceny w Bośni, zadanie to dla niektórych polityków może okazać się nieosiągalne. Pytanie brzmi jednak: czy wymiana pojedynczych trybów mechanizmu państwowego sprawi, że konstrukcja zacznie w końcu działać na miarę oczekiwań?

Komplikacja najwyższych lotów

System polityczny Bośni i Hercegowiny jest jednym z najbardziej skomplikowanych na świecie. Trudno się temu dziwić – zinstytucjonalizowanie trzech niechętnych wobec siebie narodów w jednym państwie to zadanie z zakresu „political fiction”. Mimo to europejskim i amerykańskim planistom udało się to uczynić, a samo spojrzenie na graficzny schemat systemu politycznego tego kraju robi wrażenie.

Ład ustalony w Dayton, kończący jeden z najkrwawszych konfliktów powojennej Europy i tworzący jednocześnie jedno z najbardziej eksperymentalnych państw świata, paradoksalnie stanowi największą zmorę Bośni i Hercegowiny. Również ambicje i optymizm zachodnich decydentów dość boleśnie zderzyły się z ponadwymiarową specyfiką regionu. Poziom komplikacji bośniackiego systemu politycznego jest podstawową przyczyną postępującego już od kilku dobrych lat paraliżu, który skutecznie blokuje rozwój tego państwa. Złośliwi twierdzą, że największym sukcesem układu z Dayton było jedynie zatrzymanie walk, system zaś, którym obdarzono Sarajewo – mimo usilnych starań UE i Stanów Zjednoczonych – pod względem gospodarczym i politycznym, zatrzymał kraj w miejscu. To oczywiście duże uproszczenie, gdyż mimo wewnętrznych sporów i tarć bośniackie władze (co prawda przy dość dużej ingerencji Zachodu) zdołały przeprowadzić szereg reform. Dwa lata temu, w wielkich bólach, udało się dzięki temu podpisać umowę o stabilizacji i stowarzyszeniu z Unią Europejską.. W kwietniu tego roku Sarajewo zostało z kolei zaproszone do udziału w Planie na Rzecz Członkostwa NATO (Membership Action Plan), który jest jednym z najważniejszych kroków do członkostwa w sojuszu.

Osiągnięte reformy to jedynie kropla w morzu potrzeb a najważniejsze jest zadanie często przewyższające nie tylko tamtejszych polityków, ale również Unię Europejską. Wraz z wstąpieniem kraju do Rady Europy, kraje unijne rozpoczęły rozmowy z Sarajewem na temat zmian konstytucyjnych – według Zachodu – niezbędnych do dalszej demokratyzacji i rozwoju państwa. Jak to przy okazji wszelkich reform w Bośni i Hercegowinie bywa, również wtedy kwestia ta skutecznie zmąciła wewnętrzną scenę polityczną. Brak zdecydowania ze strony Unii Europejskiej zaowocował z kolei tym, że sprawa ewentualnych zmian ciągnęła się kilka lat. Dopiero w październiku ubiegłego roku, przedstawiciele władz bośniackich, unijnych oraz Stanów Zjednoczonych postanowili ostatecznie rozwiązać problem. Październikowe negocjacje prowadzone w bazie wojskowej Butmir (tzw. proces butmirski), które koordynowali: szwedzki szef dyplomacji Carl Bildt (Szwecja sprawowała w tym okresie półroczną prezydencję w UE) oraz zastępca amerykańskiego Sekretarza Stanu – Jim Steinberg, nie przyniosły jednak żadnych rezultatów. Ogólny sens politycznego sporu w Bośni i Hercegowinie zamyka się w kwestii dalszej obecności wspólnoty międzynarodowej w tym kraju, jak również stopnia jej wpływu na kształt państwa. Szczególnie nieprzychylni dalszej ingerencji przedstawicieli międzynarodowych w wewnętrzne sprawy Bośni i Hercegowiny są politycy z Republiki Serbskiej – jednej z dwóch części składowej Federacji. Tamtejszy premier – Milorad Dodik konsekwentnie obstaje przy sukcesywnym ograniczaniu wpływów unijnych decydentów. Tym samym wszelkie polityczne inicjatywy związane z kwestią roli wspólnoty międzynarodowej w państwie są blokowane.

Niechęć wobec wszelkiej inicjatywy potęguje narastający konflikt pomiędzy władzami Republiki Serbskiej a urzędem Specjalnego Przedstawiciela UE w Bośni i Hercegowinie, który sprawuje Valentin Inzko. Wszechwładność unijnego przedstawiciela złości Serbów, którzy w jego szerokich kompetencjach dostrzegają zagrożenie dla własnej suwerenności. Konflikt ten został spotęgowany po decyzji Inzka przedłużającej mandat międzynarodowych sędziów i prokuratorów zasiadających w Wysokiej Radzie Sędziów i Prokuratorów Bośni i Hercegowiny (organ ten prowadzi m.in. sprawę przeciwko premierowi Dodikowi w sprawie korupcji i defraudacji środków publicznych). Z kolei decyzja Unii Europejskiej przedłużająca mandat samego Inzka, do sierpnia 2011 roku totalnie przekreśliła szanse na jakiekolwiek porozumienie z Serbami.

Zbliżające się wybory w Bośnie i Hercegowinie raczej nie przyniosą poprawy sytuacji politycznej w tym kraju. Wobec braku zmian konstytucyjnych, struktura polityczna po wyborach będzie taka sama jak obecnie, z zapewne niewielką tylko korektą poszczególnych nazwisk. Warto dodać, że skład narodowościowy poszczególnych organów bośniackiej administracji państwowej jest ściśle ustalony, co uniemożliwiać ma zdominowanie któregoś z nich przez jedną z grup etnicznych. Dodatkowo wielu komentatorów prognozuje, że niezachwiana wydaje się być również pozycja Milorada Dodika, który zdecydowanie góruje nad swoimi ewentualnymi rywalami wyborczymi. Obawy o dalszą stagnację wyraziła zresztą również Rada Europy, w jednym z oficjalnych dokumentów stwierdzając powyższą tezę. Wobec tego obawy o to, że Bośnia i Hercegowina na długie lata pozostanie czarną dziurą Europy wydają się jak najbardziej zasadne.

Efekt jojo

Główna uwaga światowych mediów jak i Unii Europejskie skupia się obecnie na rozwiązaniu problemu Kosowa. Nie mniej jednak kwestia niepodległości kosowskich Albańczyków skutecznie podgrzewa atmosferę w niedalekiej Bośni i Hercegowinie. Unia Europejska z kolei konsekwentnie trzyma się swojego eurooptymistycznego scenariusza, chcąc jak najszybciej wcielić kraje byłej Jugosławii w swoje struktury. W przekonaniu Brukseli zachwyt perspektywą stania się członkiem Unii jest najskuteczniejszym narzędziem „europeizacji” niepokornych ludów bałkańskich. Historia już nie raz pokazywała jednak, że traktowanie tego regionu jako spójnej całości jest błędem. Nie bez przyczyny również Bośnię i Hercegowinę określa się mianem „mini Jugosławii”, która obecnie jest kwintesencją wszystkich negatywnych czynników charakteryzujących państwa federacyjne. Październikowe wybory prawdopodobnie ponownie wyniosą bośniacki problem na forum międzynarodowe. Jednak perspektywy rozwiązania bośniackiego węzła wydają się wątpliwe. Mediacja Unii Europejskie i Stanów Zjednoczonych to obecnie już zbyt mało, aby skutecznie wystudzać bałkański kocioł. Szansą może być chociażby zwiększenie roli pozostałych mocarstw, posiadających znaczne interesy w regionie. Pokazała to ostatnia wizyta tureckiego prezydenta Güla w Sarajewie, podczas której wyraził on zainteresowanie swojego kraju uczestnictwem w rozwiązywaniu politycznego impasu w Bośni. Turcja, która pragnie być postrzegana w świecie jako skuteczny mediator, organizowała już spotkania polityków bośniackich, serbskich i chorwackich, których celem było obniżanie napięć pomiędzy bałkańskimi narodami i zachęcanie ich do efektywnej współpracy. Dodają do tego fakt, że Ankara jest przychylna unijnemu scenariuszowi wobec regionu, szanse tę warto wykorzystać. Jednak Unia Europejska, która w przypadku zaangażowania w Bośni i Hercegowinie czy Kosowie, aż nadto kieruje się troską o własny prestiż zdaje się tych szans nie dostrzegać. Aby zbilansować sytuację należałoby również zaangażować w tę kwestię Rosję, której głos z pewnością entuzjastycznie zostałby przyjęty przez bośniackich Serbów. Takie działanie szłoby w parze z nową strategią polityki zagranicznej Kremla, który wyraźnie poszukuje perspektyw poprawy swojej pozycji na międzynarodowym forum. Jeśli chodzi z kolei o graczy regionalnych, o ile Chorwacja wydaje się być w pełni wpływowa na sugestie Brukseli, o tyle języczkiem u wagi powinny stać się relacje Wspólnoty z Serbią. Co prawda rząd w Belgradzie wciąż zapewnia o respektowaniu integralności terytorialnej Bośni i Hercegowiny, to jednak obecny spór o Kosowo może skutecznie zmienić podejście Serbii do kwestii ewentualnej secesji republiki Serbskiej. W tym kontekście należy pamiętać o precedensie związanym z oświadczeniem Międzynarodowego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie Kosowa.

Czarne chmury

Nad Bośnią i Hercegowiną ponownie zbierają się czarne chmury, których nie da się odgonić za pomocą zbliżających się wyborów. Największym problemem jest niewątpliwie postawa władz Republiki Serbskiej, które otwarcie stwierdziły, że ich kraj nie czuję się dobrze w bośniackiej Federacji. Z drugiej strony ewentualna secesja Banja Luki nie jest mile widziana zarówno przez wspólnotę międzynarodową jak i kraje sąsiednie (Serbię i Chorwację), co obniża ryzyko takiego scenariusza. Bośniacki pat wydaje się zatem nie mieć optymistycznych perspektyw. Jedyną furtką jest zatem skuteczne przekonywanie bośniackich Serbów o tym, że funkcjonowanie ich państwa w ramach federacji ma sens. Jednak działania Zachodu w regionie skutecznie przekonują, że życie w pojedynkę może być ciekawsze. Pozostaje mieć nadzieję, że decyzja Komisji Wyborczej Bośni i Hercegowiny zmusi tamtejszych polityków do opracowania konstruktywnych programów poprawy sytuacji politycznej w kraju. Biorąc jednak pod uwagę duży poziom asekuracji tamtejszych elit, wynikający z nadzorczej i koordynującej roli wspólnoty międzynarodowej, nadzieje te mogą okazać się płonne.

W przypadku Bośni i Hercegowiny potrzebne są działania zdecydowane i nowatorskie, ale każde z nich niesie za sobą spore ryzyko. Warto je jednak podjąć i rozważyć wszelkie rozwiązania – włącznie z podziałem „daytońskiego tworu”. Głaskanie po głowach z jednoczesny podsuwaniem kolejnych lizaków w przypadku Bośni i Hercegowiny nie zdaje egzaminu.

Artykuł ukazał się w nr 37(559) tygodnika alt

Czytany 6168 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04