sobota, 22 luty 2014 07:53

Konrad Rękas: Wstępny bilans Euromajdanu

Oceń ten artykuł
(1 głos)

matrioszkigeopolityka  Konrad Rękas

Bilans zdarzeń ostatnich dni, tygodni i miesięcy na Ukrainie jest faktycznie nader ciekawy i źle się dzieje, gdy zamiast na faktach – w analizach autorzy skupiają się na emocjach, czy swoich indywidualnych sympatiach. 

Co było, a nie jest...

Dla rzeczowej analizy zdarzeń kluczowym pozostaje ustalenie, w jakim położeniu znajdowała się polityka ukraińska przed rozpoczęciem protestów na Euromajdanie, jak sytuacja władzy, opozycji wygląda obecnie oraz jaka jest perspektywa rozwoju zdarzeń? Zbyt łatwo bowiem o tym chyba się zapomina, ale na przełomie listopada i grudnia, po fiasku szczytu wileńskiego – administracja prezydenta Wiktora Janukowycza stanęła wobec zjednoczonego frontu opozycji, umiejętnie podsycającej prozachodnie aspiracje, rozbudzone w części aktywnego politycznie społeczeństwa, głównie na gruncie ekonomicznym. Blok opozycyjny wyposażony był w proste hasła: powrotu do rozmów stowarzyszeniowych z Unią Europejską oraz wypuszczenia Julii Tymoszenko, która miałaby pogodzić ambicję trójki liderów i pokonać W. Janukowycza w wyborach prezydenckich w lutym 2015 r. Naprzeciw opozycji stał podzielony obóz prezydencki, o wewnętrznie nadwątlonym zaufaniu, z wysuniętymi na czoło „liberałami”, mniej lub bardziej szczerymi zwolennikami opcji prozachodniej i z wyraźnym wpływem części klanu donieckiego, wprost kierowanej przez Rinata Achmetowa. O równorzędność konfrontacji obu stron barykady, nawet w perspektywie kilkunastu miesięcy, a zwłaszcza o rezultat tej walki – nie można było w żaden sposób być spokojnym, zwłaszcza biorąc pod uwagę stabilizację państwa i trwałość jego bardziej wschodniego kursu.

A z jaką sytuacją mamy do czynienia dzisiaj?

Podzielona jest przede wszystkim opozycja. W ciągu kilku miesięcy zaszedł proces skokowego wyalienowania "trzech muszkieterów" – Jaceniuka-Kliczki-Tiahnyboka – nie tylko z szerszych kręgów społecznych poza Zachodnią Ukrainą, ale także z zaplecza protestu. Pojawiły się nowe środowiska polityczne, a także wzajemne oskarżenia o zdradę, a przede wszystkim ambicje. Warto pamiętać, że dokładnie taki sam manewr W. Janukowycz wykonał w swoim czasie wobec Batkiwszczyny (w skład której wchodziły najgłośniejsze niegdyś ugrupowania banderowskie, jak UNA-UNSO), lansując na przekór „nowe zagrożenie neonazistowskie” w postaci Swobody. Obecnie Swoboda już może bać się Prawego Sektora... Dalej – co zostało z dawnych haseł?

Kwestia wyjścia J. Tymoszenko na wolność nie znalazła się nawet w porozumieniu, zawartym pod patronatem zachodnich ministrów. Hasła uwolnienia „pięknej Julii” od dawna już nie wznoszono na Majdanie. Tymczasem ekspremier może jednak niespodziewanie wyjść z więzienia i zamiast pogodzić opozycję – dodatkowo ją skłócić. Nie tylko dlatego, że w szeregach opozycji wyrośli nowi liderzy pozbawieni sentymentów wobec aferzystki. Jej dotychczasowi przedstawiciele ukraińskiej opozycji przyzwyczaili się bowiem do roli depozytariuszy dalekiej legendy J. Tymoszenko, a nie do roli podwładnych pani polityk z żelazną ręką. Problemem będzie także, że J. Tymoszenko nie ufa działającym pod swą nieobecność. Już chce się od nich odróżnić i już dezawuuje zawierane kompromisy. Paradoks zaś polega na tym, że elastyczność pani ekspremier pozwoliłaby jej zapewne ogłosić się nagle „ostatnią nadzieją” na ułożenie stosunków z Moskwą – jak się to już zresztą zdarzyło pod rządami Wiktora Juszczenki.

Spójrzmy z kolei na postulat integracji europejskiej. Ostatnie trzy miesiące zaprezentowały Ukrainę jako kraj wewnętrznie niestabilny, podzielony znacznie głębiej, niż to prezentowano społeczeństwom czy nawet decydentom  Zachodu, na każdym niemal polu „niegotowy do UE”, jak trafnie wypunktował w jednym z wywiadów Leszek Miller. Czy krew na Majdanie została przelana świadomie, by oddzielić Ukrainę od Unii, by przerazić Zachód, ale tylko w takim zakresie, by z drugiej strony nie spisał on całkowicie Kijowa na straty? Znowu, nie wiadomo, ale zapewne zaszły ku temu ważne powody.

Ściśnięte twarze Berkutowców

Przejedźmy z kolei do położenia obozu władzy. Z jednej strony prezydent W. Janukowycz poniósł ogromne koszty, których najlepszym chyba symbolem pozostawały w kolejnych tygodniach napięte nerwowo twarze "chłopców z Berkutu", którym zabraniano reagować na lecące kamienie i koktajle Mołotowa, a w ciągu kilku ostatnich nocy – ukradziono zwycięstwo, jakie ostatecznie odnieśli „w polu” nad bojówkarzami. Było to jednak konieczne – bo dzięki "hodowaniu Majdanu", prezydent dokonywał stopniowej wymiany kadrowej swojego zaplecza – z premierem i szefem administracji oraz niektórymi wyższymi dowódcami włącznie. Dokonano też weryfikacji czołowych regionałów. Ujawnić bowiem musieli się ci, wprost zależni od R. Achmetowa i preferujący opcję technokratyczno-zapadofilską. Efekt ten uzyskano jednak na jedynie możliwej chyba drodze „ostrego eksperymentu”, a więc równocześnego osłabiania autorytetu władzy jako takiej i podważania zaufania ze strony ścisłego, a heterodoksyjnego zaplecza, nie tyle obawiającego się utraty atrybutów władzy, co autentycznie niechętnego wobec Zachodu, liberalizacji i ulicznych awantur.

Nasuwa się jednak pytanie – czy „twardzi regionaliści”, jak Wadim Kolesniczenko, czy takie jastrzębie, jak Witalij Zacharchenko i Wiktor Pszonka, mogą sobie dzisiaj pozwolić na coś więcej, niż werbalne niezadowolenie z niewykorzystania technicznej możliwości siłowego rozprawienia się z Majdanem?

W. Janukowycz uczynił wiele, by nie dać się obejść także od tej strony przez kogoś, np. Moskwę, która przecież nie zapomniała mu lawirowania wokół umowy stowarzyszeniowej – nie wygenerowała w końcu na Ukrainie jakieś bardziej uległej czy kooperatywnej dla siebie siły. Wbrew temu bowiem, co głosi w Polsce główny nurt medialny – Partia Regionów nie jest bynajmniej formacją jednoznacznie prorosyjską. Ponadto Kreml zaniedbywał dotąd na odcinku ukraińskim inicjatywy inne, niż stricte kulturalne i językowe. Teraz pewnie tego się w Moskwie żałuje. Jednak zarówno tam, jak i w Doniecku, Ługańsku, Charkowie, Odessie, czy Sewastopolu trudno byłoby wskazać na innego niż W. Janukowycz gwaranta utrzymania kursu przyjętego w Kijowie po Wilnie. Znowu więc – prezydent i od tej strony miał widać swoje ważne powody.

Kogo przekonywali ministrowie?

Technicznie znajdujemy się zatem w punkcie wyjścia. Wszystkie propozycje, jakie znalazły się ostatecznie w porozumieniu z opozycją – W. Janukowycz zgłaszał co najmniej od stycznia. Pytanie więc brzmi – kogo przyjechali do Kijowa przekonywać ministrowie Radosław Sikorski i Frank-Walter-Steinmeier – prezydenta, opozycję, czy Majdan?

Dalej – nie można zapisów porozumienia odbierać rozdzielnie. Jeśli powstać ma rząd z udziałem, czy nawet pod kierunkiem opozycji, a równocześnie przywrócona została konstytucja z 2004 r. – to oznacza to po pierwsze: podwójne związanie gabinetu rządowego odpowiedzialnością tak parlamentarną, jak i przed prezydentem. Po drugie – rygorystyczne zapisy, dotyczące zasad budowania większości, a nawet działania frakcji parlamentarnych – zapowiadają paraliż Rady Najwyższej i uzależnienie jej działań od stanowiska koalicji regionałów i komunistów – nawet po odejściu deputowanych związanych z R. Achmetowem. Niebezpieczeństwa te widziała zresztą część radykalnej opozycji z Majdanu, odrzucając postulat rewizji ustawy zasadniczej, słusznie wskazując na pułapkę zastawianą w ten sposób przez prezydenta.

Powtórka, ale czy na pewno?

Wszystkie te elementy razem każą wątpić, czy rzeczywiście na Ukrainie zaszedł jakiś szczególnie czarny scenariusz geopolityczny. W podpisanym porozumieniu nie istnieje zapis o gwałtownym podporządkowaniu Ukrainy UE. W Kijowie były już rządy zapadnicko-banderowskie – po Pomarańczowej rewolucji. Tymczasem, w ciągu ostatniej dekady, postulaty silniejszego związania państwa nad Dnieprem z integracją obszarów poradzieckich uległy wzmocnieniu, a nie osłabieniu. Co jednak jeszcze się zmieniło? Indywidualna pozycja Wiktora Janukowycza.

Oto 10 lat temu polityk ów odchodził pobity, po wygranych wyborach prezydenckich, które musiał oddać, patrząc bezsilnie, jak na rzecz pomarańczowych przechodzą oligarchowie, utrzymujący dotychczasowy układ władzy z jego udziałem. Lekcja nie poszła w las. Po swym powrocie do władzy w 2010 r. W. Janukowycz sam postarał się o to, by zostać oligarchą, a w jego ślady poszła wierchuszka Partii Regionów. W ten sposób doszło do zakwestionowania dotychczasowego ładu ekonomiczno-ustrojowego nad Dnieprem, w którym to systemie sektor gospodarczy dotąd miał bezwzględną przewagę nad politycznym. Jednak politykom znudziło się być „chłopcami na posyłki” ekonomocznych dominatorów – i sami wzięli się za rządzenie, co tym razem oligarchom musiało wydać się zjawiskiem z gatunku powstania „gadających mebli”. Jasne, że W. Janukowycz i regionałowie nie mogą jeszcze nawiązać wyrównanej rywalizacji z takimi potentatami, jak R. Achmetow, Dmytro Firtasz, Oleg Kołomojski czy Wiktor Pinczuk. Jednak sam fakt podjęcia próby świadczy, jak głęboko niesłuszne jest porównywanie obecnej sytuacji na Ukrainie z tą w Rosji, czy na Białorusi. O ile Mińsk w ogóle nie dopuścił do powstania grupy oligarchicznej, o tyle przecież znowu za łatwo zapominamy, że o swą obecną pozycję Władimir Putin musiał stoczyć zaciętą walkę z familią Borysa Jelcyna i innymi panami rosyjskiej gospodarki. W wojnie tej wcale nie był "skazany na sukces". Również i W. Janukowycz może ponieść ostateczną klęskę, może nawet i prędką – ale działania jakie podejmował i podejmuje wynikają jednak przecież zapewne z pogłębionej analizy ważnych powodów.

Hrywna, Polska, kwestia celów

Rzecz jasna bilans Majdanu na tym etapie musi pozostawać mocno niepełny. Nie tylko dlatego, że nie wiemy, co wydarzy się rano, co stanie się w grudniu, przy kolejnych wyborach, ani co ostatecznie zaszło w politycznych gabinetach, dla których Majdan był przecież tylko zasłoną dymną, a krew zabitych – atramentem zawieranych ugód. Na odrębne potraktowanie zasługuje sytuacja ekonomiczna Ukrainy, tak związana z obniżeniem jej ratingów (a więc również skutkami np. dla emisji obligacji, bilansowaniem budżetu, płynnością finansową państwa), jak i np. skokową dewaluacją hrywny, sprzyjającą eksporterom, a więc m.in. niektórym oligarchom (w tym nowym).

Szczególnie ważny jest oczywiście bilans dla Polski. Po kilku tygodniach histerycznego bombardowania mediów tzw. zwykli ludzie współczują Ukraińcom. Nie tylko w wyniku nachalnej propagandy, ale w zwykłym odruchu – „o, biją, strzelają, jakieś Ruskie niedobre!”. Jak zwykle polskie widzenie polityki jest po prostu infantylne. Niby słusznie zwracamy uwagę na to, kto bije lub za co ktoś jest bity (a nie, że władza zawsze „lać” powinna – albo, że zawsze ma nie oddawać, jak głoszą w Polsce doktrynerzy z obu stron). Niestety zupełnie na opak rozkładamy akcenty. Liczą się intencje oraz podejście, że za wolność w sumie to szlachetniej jest być bitym... Ciekawsze jednak jest, ile z tej życzliwości zostanie, jeśli media i politycy nie skończą z „wysokim C” – ściąganiem samolotami do szpitali, poza kolejkami polskich oczekujących, z opowieściami o tłumach uchodźców z dużymi ułatwieniami wizowymi, zasiłkami, wiktem, opierunkiem i zakwaterowaniem. Ciekawe tylko, czy sentymentalne „nachalstwo” III RP, w połączeniu z banderowskim huczkiem, dobywającym się z Majdanu, nie wyrządzi per saldo pewnej przysługi Polakom, choć trochę ich trzeźwiąc?

Istnieje więc szereg ważnych powodów, by wydarzeń ukraińskich nie postrzegać jednowymiarowo. Nie powielać "infantylno-prawoczłowieczej" narracji mediów głównonurtowych, ale i nie popadać w napawanie się własnym brutalizmem, który każe najpierw strzelać, a potem zastanawiać nad celem i uwarunkowaniami bieżącymi oddawanych salw. Cele na odcinku ukraińskim należy też przede wszystkim stawiać polityce polskiej – na co, jak dotąd, w stopniu całościowym, nikt się jeszcze nie pokusił. Gra nad Dnieprem wcale bowiem nie jest skończona – tak dla uczestników z Ukrainy, jak i mniej czy bardziej zaangażowanych obserwatorów zewnętrznych.

Czytany 4074 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04