środa, 19 grudzień 2012 08:10

Konrad Rękas: Ukraina między uniami

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Ros_Ukr_Ue  Konrad Rękas

Ostatnie bójki w Radzie Najwyższej Ukrainy, a także spór o język prac parlamentarnych, przesłoniły nieco aktywność międzynarodową prezydenta Wiktora Janukowycza. Tymczasem jej efekty mogą okazać się kluczowe dla przyszłości tego państwa.

Najbliższe dni i tygodnie przyniosą wzrost zaangażowania tak rządu, jak i prezydenta w politykę zagraniczną. Już w swoim wystąpieniu przekazanym nowej Radzie Najwyższej – W. Janukowycz zapewnił o wadze, jaką przykłada zwłaszcza do sfinalizowania rozmów z Unią Europejską o stowarzyszeniu. Jeszcze niedawno Komisja Europejska odkładała podpisanie układu w tej sprawie na okres co najmniej kilku, kilkunastu miesięcy, a de facto na „święte nigdy”. Władze w Brukseli uzależniały ratyfikację od spełnienia szeregu warunków wstępnych, tyleż mało realnych, co ogólnych i ideologicznych. Chodziło o zapewnienie zgodności wyborów z międzynarodowymi standardami, odejście od zjawiska określonego jako „selektywna sprawiedliwość”, wdrożenie reform systemowych prawa wyborczego, sądownictwa szeregu kwestii ustrojowych, wreszcie aktywniejszą walkę z korupcją oraz „reforma finansów publicznych”, czyli zapewne o większe dostosowanie się do związanej ze stowarzyszeniem ekspansji ekonomicznej Unii.

Jak łatwo zauważyć – takie sformułowanie warunków to nie tylko ultimatum Brukseli wobec Kijowa, ale także doskonały pretekst, by w nieskończoność trzymać Ukrainę w przedpokoju negocjacyjnym, choć przecież dotychczasowe doświadczenia z układami stowarzyszeniowymi (np. z Polską) wskazują, iż ustanawiają one relacje jednostronnie korzystne dla Wspólnoty, czyniąc z zainteresowanego kraju łatwy rynek zbytu. Nie jest też tajemnicą, że właśnie w tej roli Komisja Europejska widzi Ukrainę. Stawiając wymogi trudne do spełnienia (bo jak np. zmieniać standardy wyborcze, skoro elekcja już się odbyła, a do najbliższej, prezydenckiej, pozostały jeszcze prawie trzy lata?) Unia stawia Ukrainę na pozycji petenta, co pozwoli na dalsze piętrzenie trudności i zmiękczanie ukraińskich negocjatorów, dla których „europejski wybór” dyplomatyczny wciąż oznacza przede wszystkim deklarację ideologiczną.

Nagle jednak, w kontaktach Brukseli z Kijowem coś drgnęło. Najpierw w ubiegłym tygodniu prezydent W. Janukowycz, na spotkaniu z przedstawicielami dyplomatycznymi, zadeklarował przyspieszenie w rozmowach z Unią. Następnie zaś służba prasowa prezydenta poinformowała o jego telefonicznej rozmowie z Jose Manuelem Barroso, zapowiadając zarazem szczyt Ukraina-UE już na  25 lutego 2013 r. Janukowycz niedwuznacznie zasugerował, że już podczas niego może dojść do sfinalizowania rozmów na temat stowarzyszenia.

Oczywiście jednak nie w deklaracjach sprawa – ale w umiejętnym lawirowaniu przez administrację prezydencką. Szefowi ukraińskiego państwa zależało bowiem na czytelnym sygnale prozachodnim w sytuacji, gdy 18 grudnia miał udać się do Moskwy na rozmowy z Władimirem Putinem w sprawie zacieśnienia współpracy Ukrainy z Unią Celną Białorusi, Kazachstanu i Rosji oraz dostosowania naddnieprzańskiej gospodarki do standardów UC. Oficjalnie dążenie do UE i UC stoją ze sobą w sprzeczności. Jednak Ukraina nie bardzo ma wyjście – W. Janukowycz zapewne będzie też rozmawiać o obniżce cen gazu z Rosji. To konieczność, bo gospodarka ukraińska odnotowuje pogłębiający się deficyt i kryzys systemu emerytalnego. Prezydent W. Janukowycz stara się więc czynić wrażenie, że można naraz patrzeć i na Wschód, i na Zachód, a Moskwą wręcz szachować Brukselę. I odwrotnie zresztą – gdy Rosjanie za bardzo ucieszyli się, że niepokorny partner już, już wpada im w objęcia – ukraiński przywódca postanowił znowu dokonać zwrotu i znienacka wstrzymał swą moskiewską wizytę.

W podobne tony uderza też jednak nowy/stary premier Mykoła Azarow, który swą ponownie powierzoną misję rozpoczął od deklaracji: „nasz kraj jest pomiędzy tymi dwoma podmiotami [UE i UC] i musimy znaleźć możliwości współpracy zarówno z jednym jak i z drugim”. W slangu politycznym nad Dnieprem taki balans dyplomatyczny nazywa się „pragmatyczną, ukrainocentryczną polityką zagraniczną”. W praktyce ma to jednak sprowadzać się przede wszystkim do zacieśniania więzi z gospodarką postradziecką, nie tylko ze względu na dostawy energii, ale także fakt, że rynki rosyjski, białoruski i kazachski pozostają jedynym możliwym kierunkiem eksportu ukraińskiego rolnictwa i produkcji przemysłowej. Co więcej – doświadczenia krajów środkowoeuropejskich pokazują, że efektywniejsza jest także współpraca technologiczna, naukowa i innowacyjna organizmów podobnych, opartych o kompatybilne know-how, a nie jednostronne otwarcie na drenaż intelektualny płynący z ośrodków zupełnie obcych i konkurencyjnych.

Co ważne, politykę W. Janukowycza w tym zakresie popierają w pewnym zakresie nawet ośrodki sceptyczne wobec raczej zachowawczej dotąd międzynarodowo linii władz w Kijowie. Jak podkreślił choćby lider „Ukraińskiego Wyboru” (skupiającego twardych zwolenników federalizacji), a niegdyś jeden z przywódców „klanu kijowskiego”, Wiktor Medwedczuk – rola struktur unijnych będzie powoli malała, a rosnąć – pozycja „tradycyjnych” centrów gospodarczych Europy, jak Paryż, czy Berlin. Kijów winien więc dalej lawirować, ale i budować własną pozycję w oparciu o coraz bliższe kontakty ze Wschodem.

Ze stawki w grze o Ukrainę zdają sobie sprawę także eurokraci, na co wskazuje rezolucja Parlamentu Europejskiego, przyjęta na wniosek Europejskiej Partii Ludowej, wzywająca do szybkiej finalizacji umowy stowarzyszeniowej. Charakterystyczne jednak, że chadeccy deputowani z Polski (z PO i PSL, na czele z Pawłem Zalewskim, uchodzącym z bliżej nieznanych przyczyn za eksperta w sprawach ukraińskich), którzy wspólnie z CDU przeforsowali deklarację – jednocześnie wstrzymali się od głosu przy poprawce potępiającej szowinistyczne ekscesy neo-banderowskiej SWOBODY. Jak rozbrajająco przyznał poseł PO – wprawdzie działania dziarskich chłopców O. Tiahyboka trzeba monitorować, ale przecież właśnie SWOBODA ma w swym programie zdecydowane żądanie wcielenia Ukrainy do UE...

Na szczęście jednak oprócz takich fałszywych przyjaciół – Ukraina ma w Polsce także środowiska autentycznie życzliwe, których nie może nie cieszyć prowschodni manewr prezydenta W. Janukowycza nawet, jeśli jest on tylko zwrotem taktycznym. Kurs prounijny (podobnie jak i zarzucony na razie flirt z atlantyzmem) oznaczałby wzmocnienie neobanderowców, choć z drugiej strony mógłby przyspieszyć dekompozycję państwowości ukraińskiej. Zresztą – wiecznie na dwóch stołkach siedzieć nie można, a ewentualne zawarcie w końcu układu stowarzyszeniowego – może mieć dla ukraińskiej gospodarki skutki równie tragiczne, jak niegdyś dla polskiej. Jak jednak trafnie zauważa szereg ukraińskich analityków (jak choćby Konstanty Bondarenko, czy Aleksander Suszko) – sytuacja UE jest dynamiczna, los Unii niepewny, a ustalenia i kontakty wypracowane między Kijowem i Moskwą – powinny okazać się znacznie trwalsze.

We właściwy sobie sposób rozmowy Janukowycz-Putin skomentował już jeden z liderów rosyjskiej zapadnickiej opozycji, Borys Niemcow, oskarżając prezydenta Ukrainy, że... upodabnia się do swego rosyjskiego odpowiednika. Trzeba przyznać, że dla Ukrainy to zupełnie optymistyczna perspektywa...

Ukraina wiecznie lawirować między Rosją i UE oczywiście nie może, jednak ostrożność W. Janukowycza (wynikająca także ze złożonej sytuacji wewnętrznej) świadczy o tym, że do ostatniej chwili będzie on starał się wykorzystywać centralne położenie swego państwa i zmaksymalizować korzyści, z jakimi może wiązać się jego współpraca z dwoma wielkimi blokami gospodarczymi. Pozostaje jedynie smutna refleksja, że jeszcze 20, a nawet 10 lat temu – podobną rolę w regionie, z korzyścią dla siebie – mogła odegrać i Polska.

Czytany 4357 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04