sobota, 15 wrzesień 2012 18:20

Konrad Rękas: Przystanek Benghazi

Oceń ten artykuł
(1 głos)

busstop

Konrad Rękas

Jeszcze parę dni temu najsłynniejszym Chrisem Stevensem świata był jeden z bohaterów „Przystanku Alaska”. Atak w Benghazi wywołał zamieszanie w internetowych przeglądarkach. Zamordowany w ataku terrorystycznym dyplomata momentalnie awansował na „bohatera dwóch narodów”, człowieka, który poświęcił życie „walce o lepszą Libię” oraz miłości do Libii i Ameryki.

Opinia publiczna w Stanach Zjednoczonych, jak bodaj żadna inna na świecie – wykazuje ogromną predylekcję do jednoczesnego odczuwania szowinistycznej dumy z bycia elementem największej światowej potęgi – przy jednoczesnym łzawo-heroicznym przeżywaniu wszystkich przeciwności z tym związanych. W tym kontekście śmierć Ch. Stevensa stanowi przedłużenie przygasłej nieco żałoby 11.09. Zgodnie negatywne opinie głównych publikatorów na próbę zdyskontowania zamachu w Benghazi w kampanii prezydenckiej Mitta Romneya pokazują, że w USA nieodmiennie panuje consensus PR-owsko-polityczny wokół obu kwestii: tzw. „wojny z terroryzmem” oraz tzw. „demokratyzacji” krajów arabskich basenu Morza Śródziemnego. Wypowiedź M. Romneya, wskazująca na oczywistą słabość tej polityki, polegającą na wzmocnieniu w regionie sił islamskich, antyamerykańskich i antyizraelskich – została zgodnie uznana za błąd i wyłamanie się z obowiązującej linii narracji tak przez demokratów, jak i przez republikańskie jastrzębie. Dowodzi to raczej niuansowych różnic w podejściu do polityce zagranicznej obu głównych obozów, pozostających w głównych założeniach doktrynom neokonskim.

Podstawa tej narracji w wymiarze wewnątrzamerykańskim, ale i międzynarodowym – jest banalnie prosta. Opiera się bowiem na założeniu, że tzw. opinia publiczna i tak nie jest w stanie rozróżnić tych wszystkich grup, nazw, środowisk, a nawet nacji – zwłaszcza jeśli odziane są w turbany pod wymyślnymi flagami, a ich przedstawiciele mówią niezrozumiałym językiem. Na potrzeby PR tych samych przedstawicieli można wszak odziać w garnitury i kazać mówić w językach cywilizowanych, co od razu w oczach społeczeństw Zachodu czyni z nich szczerych demokratów. Oczywistym więc jest, że zawsze strzelają ci pierwsi! Zwalnia to Waszyngton od jakiejkolwiek odpowiedzialności za działania niedawnych sojuszników niezależnie od tego czy oni sami zwracają się z czasem przeciw Ameryce, czy też są wskazywani bez swej winy jako kolejny wróg (jedna z tych opcji przydarzyła się np. Osamie bin-Ladenowi). 

Stąd też na przykładzie Benghazi widać, że po pierwszych nerwowych próbach przerzucenia odpowiedzialności za zamach na zwolenników płk. M. Kaddafiego – amerykańska propaganda ustabilizowała się na obciążaniu ogólnie wskazanych „fundamentalistów islamskich”. I rozwiązuje to w zasadzie problem, bowiem wg obowiązującej w USA definicji – kto jest fundamentalistą islamskim nie może być sojusznikiem Amerykanów, a kto jest sojusznikiem Amerykanów – nie jest fundamentalistą islamskim. W ten sposób dyskusja o wpływie działań amerykańskich na sytuację w Libii, której elementem jest wszak zamach w Benghazi – zostaje ucięta w zarodku. Z punktu widzenia podsuniętego „przeciętnemu Amerykaninowi” – i tak każdy islamista jest członkiem al-Kaidy. Skoro zaś takie spostrzeżenie jest dobre dla Johna Smitha – to staje się też obowiązujące dla amerykańskich kolonii na świecie i ich „dyplomacji”. 

Nie trzeba było zresztą długo czekać, by teza o winie mitycznej al-Kaidy została wyrażona wprost. Podniosła ją niezawodna w takich kwestiach grupa FoxNews. Za pośrednictwem tej tuby neokonów przewodniczący Stałej Komisji Wywiadu Izby Reprezentantów, republikański kongresmen Mike Rogers już nazwał atak na Benghazi „dobrze zaplanowaną i zorganizowaną akcją wojskową”. Jeszcze dalej posunął się były przewodniczący Komisji, Pete Hoekstra jednoznacznie nazywając zamach elementem kampanii prowadzonej w związku z rocznicą 11.09 przez al-Kaidę. Zamach już więc służy podtrzymywaniu anty-terrorystycznej histerii i kontynuowaniu amerykańskiej wojny ze światem (tzn. tą „złą” jego częścią...).

Amerykańska dyplomacja kanonierek potrzebuje stałego paliwa propagandowego. Zdaniem jednych – dla podtrzymania społecznego poparcia umiejętnie wykorzystuje nawet wydarzenia na pierwszy rzut oka zaprzeczające słuszności czy skuteczności polityki Waszyngtonu. Zdaniem drugich – wręcz je kreuje. Wydaje się więc, że jest tylko kwestią czasu pojawienie się teorii spiskowych obciążających „kompleks wojenno-przemysłowy” USA odpowiedzialnością za „prowokację w Benghazi”, mającą podtrzymać zaangażowanie Amerykanów w basenie Morza Śródziemnego, a także być może wpłynąć na wynik wyborów prezydenckich. 

Tak czy siak, ambasador Ch. Stevens – podobnie jak jego serialowy imiennik – przeszedł już do sfery mitów i fikcji, a jak wiadomo jest to obszar, na którym amerykańska propaganda czuje się wyjątkowo mocna. Nic bowiem nie służy jej tak dobrze, jak martwi Amerykanie.

Przeczytaj również komentarz Kornela Sawińskiego: Echo klątwy Kaddafiego

Czytany 4083 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04