poniedziałek, 24 luty 2014 06:05

Konrad Rękas: Ile Polska traci na kryzysie ukraińskim?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

hrywnia3  Konrad Rękas

– Jeszcze na początku roku byłem spokojny o 3-procentowy wzrost polskiego PKB. Teraz, w związku z sytuacją na Ukrainie, załamaniem tamtejszej gospodarki, a co za tym idzie także wymiany handlowej naszymi krajami, uważam, że tempo to nie jest możliwe do uzyskania – przyznał wicepremier i minister gospodarki Janusz Piechociński.

Drugim czynnikiem, który będzie mieć wpływ na pogorszenie wyników ekonomicznych, w tym polskiego bilansu handlowego – jest epidemia afrykańskiego pomoru świń. W związku z wykrytymi w Polsce przypadkami ASF – tracimy poradzieckie i azjatyckie rynki zbytu. Nasi producenci eksportowali dotąd m.in. 51 tys. ton mięsa wieprzowego do Chin, 26 tys. ton do Rosji, 20 tys. ton do Korei i Japonii, 16 tys. ton na Ukrainę. – Nie ma obecnie możliwości szybkiej dywersyfikacji handlu, ani wchłonięcia tych ilości przez rynek krajowy czy wewnątrzunijny, dlatego wspólnie z ministerstwem rolnictwa staramy się o uruchomienie systemu rekompensat dla producentów i eksporterów – zapewnia wicepremier J. Piechociński, dotychczasowe rozmowy z Komisją Europejską uważa jednak za mało optymistyczne.

Jeszcze gorzej jest z całokształtem polsko-ukraińskich relacji gospodarczych. – Ukraina jest, czy raczej była dotąd naszym 8. partnerem w eksporcie i 18. w imporcie. Obroty handlowe sięgały 5 mld USD przy 2 miliardach USD nadwyżki dla Polski. Na tamtejszy rynek pracuje 15 tys. firm. Tymczasem tylko w styczniu odnotowaliśmy 6-procentowy spadek eksportu, w pierwszych dwóch tygodniach lutego – 15%, a łącznie spodziewamy redukcji aż o 30% – wylicza prezes PSL. Ekonomika Ukrainy jest w stanie całkowitego kolapsu. Od grudnia od naszych sąsiadów zwinęło się 10% inwestycji zewnętrznych poczynionych w ciągu ostatnich 20 lat. Ucieka m.in. PKO BP, podobnie jak i BGŻ nie widzący możliwości tak obsługiwać, jak i gwarantować transakcji dokonywanych na Ukrainie. Skokowa dewaluacja hrywny dodatkowo uderza w polskich eksporterów, a nawet spodziewane przejście na rozliczenia dewizowe nie musi zrekompensować już poniesionych strat. – Śmieciowy rating Ukrainy oznacza, że zachodnie agencje uznają to państwo za upadłe, a jego papiery dłużne za praktycznie bezwartościowe, co stawia pod znakiem zapytania nawet pomoc rosyjską – uważa J. Piechociński, a dopowiedzieć można, że ta jest przecież warunkowana także sytuacją polityczną na Ukrainie.

Jeszcze w listopadzie wprawdzie blisko 20% ukraińskiego długu (wówczas o wartości 5 mld USD) wykupił amerykański fundusz inwestycyjny Franklin Templeton, co zapewne nie pozostało bez wpływu na decyzje o metodach rozwiązania kryzysu, podejmowanych przez poprzednie władze w Kijowie – dziś jednak trudno wskazać źródło finansowania „porewolucyjnej” gospodarki ukraińskiej. Wicepremier J. Piechociński potrzeby pomocowe Ukrainy szacuje na co najmniej 40 mld euro od ręki – a takich środków przynajmniej Unia Europejska na tym etapie wyasygnować nie jest w stanie.

Załamanie gospodarcze Ukrainy wydaje się nie mniejszym zagrożeniem dla Polski, niż dalsze perturbacje polityczne za Bugiem. Choć to polityka pozostaje na Ukrainie funkcją stosunków ekonomicznych, to można również założyć, że zmiana układu władzy, choć zapewne zrealizowana pod dyktando i wskutek interesów poszczególnych oligarchów – może także w pierwszym rzędzie skupić się na przesunięciach wewnętrznych. Czyjeś „akcje” (tak w znaczeniu przenośnym, jak i dosłownym) pójdą w górę, ktoś majątek i wpływy utraci, względnie będzie musiał ograniczyć się do „skromnego” konsumowania posiadanych zasobów. Całościowa stabilizacja ekonomiki może w tym procesie zejść na plan dalszy, dopóki nie ustali się którzy to właściwi nowi panowie (panie?) i za czyje pieniądze przejmą władzę polityczną na Ukrainie. Niewiadomą pozostaje też, czy czynnikiem stabilizacji, czy raczej wprost przeciwnie okaże się największy surowcowo-energetyczny partner Ukrainy – czyli Rosja. Z punktu widzenia Moskwy utrata przez Ukrainę płynności finansowej i zdolności płatniczych, w połączeniu z destabilizacją polityczną, każe sobie postawić pytanie: czy użyć gospodarczego pistoletu do zabezpieczenia interesów politycznych, czy też poświęcać dalej politykę w nadziei odzyskania choć części nakładów poniesionych np. w dotowanych dostawach gazu i ropy.

Kończą się powoli na polskich ulicach „wiece solidarności” z Ukrainą (czytaj – z Euromajdanem). Najwyższy czas postawić pytanie kto z organizujących ten „sino-żowtyj festiwal”, będzie się teraz solidaryzował z polskimi przedsiębiorcami, którzy na kijowskich awanturach ponieśli wymierne straty?

Właściwie poza wspomnianym J. Piechocińskim i Leszkiem Millerem żaden polski głównonurtowy polityk nie ośmielił się w ostatnich tygodniach odnosić do ekonomicznych – i stricte polskich! – aspektów zagadnienia ukraińskiego. Niestety, nasze zapatrzenie na Zachód przynosi nam kolejną falę kryzysu, nadchodzącą z „uzachodnianego” Wschodu. Czas więc zmodyfikować hasło wznoszone często na imprezach popierających podporządkowanie Kijowa Brukseli. Teraz wszyscy możemy już, jak ostatnie barany, wiwatować „za naszą i waszą... biedę”!

Czytany 3807 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04