środa, 08 wrzesień 2010 07:55

Jan Wojciech Piekarski: Kolejna próba rozwiązania konfliktu izraelsko-palestyńskiego

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

alt Jan Wojciech Piekarski

 

 

Z ust polityków padają deklaracje pełne zarazem zaangażowania, jak i ostrożnego optymizmu. Z komentarzy analityków politycznych wieje wicher sceptycyzmu i pesymizmu. Ci pierwsi potrzebują sukcesu. Ci drudzy już widzieli wielokrotnie powroty do stołu negocjacyjnego i pamiętają, jak się za każdym razem kończył proces pokojowy. geopolityka

 
Obecnym rozmowom już towarzyszą i będą towarzyszyć w ich trakcie różnorodne działania przeciwników porozumienia i pokoju na Bliskim Wschodzie. Nie brakuje takich zarówno wśród Palestyńczyków i wspierających ich sił zewnętrznych, jak i wewnątrz samego Izraela, wśród skrajnie antypalestyńskich środowisk ortodoksyjno-nacjonalistycznych osadników. Tego typu incydenty powodują wewnętrzne napięcia i nie ułatwiają podjętych rozmów i negocjacji. Rozmowy prowadzą jednak doświadczeni negocjatorzy świadomi możliwych pułapek i prowokacji. Nie powinni oni im ulegać. Wręcz przeciwnie należy traktować je jako bodziec do jak najszybszego znalezienia rozwiązań, które w przyszłości, w maksymalnym stopniu, wyeliminują ich źródła.

Są pewne czynniki skłaniające do umiarkowanego optymizmu. Zaliczam do nich silną polityczną pozycję Beniamina Netanyahu, który nie jest w Izraelu postrzegany jako gołąb. W przeszłości najśmielsze kroki w załatwieniu konfliktów z Arabami na Bliskim Wschodzie podejmowali politycy prawicy o postawie jastrzębi. Ich droga życiowa i pozycja polityczna sprawiała, że nikt im nie mógł zarzucić wyprzedaży interesu narodowego czy narażania na szwank bezpieczeństwa Izraela. Obustronne i bolesne koncesje, o których Netanyahu mówił w Waszyngtonie, mogą być nie do zaakceptowania przez obecnych nacjonalistycznych partnerów koalicyjnych i mogą zmusić go do poszukiwania układu koalicyjnego z opozycyjną obecnie partią Khadima.

Zachęcająca jest także postawa krajów arabskich. Nie tylko najbardziej zainteresowanych: Egiptu i Jordanii, ale także większości członków Ligi Państw Arabskich. I wreszcie, determinacja administracji Baracka Obamy, wsparcie całego Kwartetu (USA, Rosja, ONZ, UE) i negocjacyjne zdolności senatora George’a Mitchella sprawiają, że nie można z góry wykluczyć, że tym razem możliwy będzie bliskowschodni cud.

Rozmowy, zgodnie z życzeniem stron, mają charakter dwustronny, bezpośredni. Jednakże dyplomaci amerykańscy będą je na bieżąco monitorować i w momencie, gdy będą one wpadać w impas, będą włączać się z propozycjami „budowania mostów” dla wypracowania kompromisów. Hillary Clinton zastrzegała jednak wyraźnie: „Nie możemy i nie będziemy narzucać rozwiązań”.

Strony ostrożnie, ale zgodnie, deklarują możliwość zakończenia rozmów w ciągu jednego roku. Większość spraw spornych nie jest nowa, były one negocjowane wielokrotnie, narysowano setki map, analizowano infrastrukturę osiedli pojedynczych, rozrzuconych i tych w zwartych blokach miejskich, wytyczano na mapach przebieg możliwych granic i terytoriów do wymiany. W negocjacjach bardziej potrzebna jest obecnie polityczna determinacja niż praca kartografów i ekspertów od infrastruktury.

Jak każde negocjacje tak i te wymagać będą nie tylko walki o swoje interesy, ale również zrozumienia potrzeby gwarancji bezpiecznego bytu jednej strony i aspiracji do niepodległości oraz potrzeby suwerennego rozwoju drugiej. Musi to zatem oznaczać zrozumienie dla pewnych ograniczeń i kontroli, w tym granic zewnętrznych Palestyny nie tylko z Izraelem, ale także z Jordanią i Egiptem.

Barackowi Obamie potrzebny jest sukces. Zakończenie misji bojowej w Iraku (choć nie oznacza ono zakończenia amerykańskiej obecności wojskowej w tym kraju), zapowiedź stopniowego wycofywania z Afganistanu od połowy przyszłego roku i sukces w rozwiązaniu konfliktu izraelsko-palestyńskiego mogą zdecydowanie poprawić wizerunek prezydenta jako silnego przywódcy. Zarzuty proislamskiej postawy Obamy, wspierane przez krytyczne wobec niego środowiska neokonserwatywne, republikańskie i prawicowe kręgi żydowskie w Izraelu i USA, niewątpliwie osłabiają jego wizerunek. Prezydentowi Stanów Zjednoczonych potrzebny jest tym samym sukces akceptowany przez obie strony negocjacji.

Istnieją jednak bardzo istotne czynniki, które mogą utrudnić lub wręcz uniemożliwić proces pokojowy.

Najważniejsze z nich to materia kwestii spornych, takich jak na przykład likwidacja osiedli na Zachodnim Brzegu i we Wschodniej Jerozolimie. Mieszka tam 430 tysięcy osadników i zajmują oni wraz z infrastrukturą prawie 40% tego palestyńskiego terytorium. Nawet jeżeli uda się wynegocjować porozumienie w tej sprawie, to jego realizacja może natrafić na tragiczny w skutkach opór żydowskich osadników. Należy bowiem pamiętać jakie trudności miały siły izraelskie z wymuszeniem opuszczenia przez osadników kilku osiedli w Gazie. Tych trudnych problemów jest więcej: granice niepodległego państwa palestyńskiego; status Jerozolimy i miejsc świętych, los uchodźców palestyńskich i gwarancje bezpieczeństwa Izraela.

Powodzenie negocjacji zależy także od ich stylu. Już po pierwszym dniu zarysowała się pewna niekonsekwencja. Z jednej strony specjalny wysłannik Prezydenta USA, senator George Mitchell, mówi o konieczności prowadzenia negocjacji poufnie i delikatnie („They agreed that for these negotiations to succeed, [the talks] must be kept private and treated with sensitivity.”), z drugiej sam, choć z dyskrecją, przejmuje rolę rzecznika negocjatorów. Bezpośredniości i dwustronnemu charakterowi rozmów nie pomaga także zapowiedziana formuła udziału w mediacjach przedstawicieli Kwartetu. Planowana już w połowie września kolejna runda rozmów w egipskim kurorcie Sharm el-Sheikh odbędzie się z udziałem H. Clinton, G. Mitchella oraz przedstawicieli Kwartetu. Przewidziana jest na pewno także jakaś rola dla gospodarzy. To poszerzenie formuły może być traktowane jako wzmożenie nacisku na strony konfliktu, ale jednocześnie może odwracać uwagę od odpowiedzialności głównych negocjatorów. Przyjęcie założenia, że najpierw zostanie wypracowane porozumienie ramowe, a potem na jego podstawie traktat, również jest obarczone ryzykiem, że skończy się na tym pierwszym, czyli na niczym. Historia współczesna pokazuje bowiem ile konfliktów, czasowo wygaszonych porozumieniami ramowymi lub rezolucjami międzynarodowymi, oczekuje do dziś na pokojowe traktaty.

Obserwując podjęte negocjacje warto jeszcze pamiętać o czynniku irańskim. Gdyby zaszła militarna konieczność powstrzymania irańskiego programu nuklearnego, to sytuacja uregulowanego problemu izraelsko-palestyńskiego dawałaby Amerykanom (i ewentualnie Izraelczykom) większe pole manewru we współdziałaniu z krajami islamskimi regionu przyszłego konfliktu (Zatoki Perskiej, Pakistanu i Afganistanu).

Tekst jest stanowiskiem Fundacji im. Kazimierza Pułaskiego altz dnia 7 września 2010 r.

Czytany 5929 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 19:12