czwartek, 13 maj 2010 08:31

Jan Engelgard: Porządek panuje w Kijowie

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

alt  Jan Engelgard

Wiktor Janukowycz działa szybko i zdecydowanie, ale nie w tym kierunku, jakiego w Warszawie oczekiwano. Nasi rodzimi „ukrainolodzy” wieszczyli, że będzie ostrożny, będzie lawirował między Rosją a Zachodem.
Pierwszą wizytę złożył w Brukseli, co wzbudziło nadzieję opcji prometejskiej, że da się coś jeszcze uratować. Ale następne tygodnie były piorunujące – unieważniono dekrety o nadaniu Banderze i Szuchewyczowi tytułów Bohatera Ukrainy, przedłużono umowę o stacjonowaniu rosyjskiej Floty Czarnomorskiej w Sewastopolu o następne 25 lat (do 2042 r.), zawarto nową umowę gazową. Mówi się o następnych umowach, o przejęciu przez Rosję kontroli nad systemem rurociągów na Ukrainie, przejęciu zakładów Antonowa (produkcja największych samolotów transportowych na świecie), o połączeniu Gazpromu i Naftohazu itp. Niejako na deser Janukowycz obwieścił w Brukseli, że Wielki Głód w latach 30. to nie było ludobójstwo na narodzie ukraińskim, tylko „wspólna tragedia wielu narodów”. W ten sposób podważył jedną z głównych tez „polityki historycznej” Juszczenki.

Tak więc, spokój panuje w Kijowie? Na razie tak, bo kabaretowe protesty w Radzie Najwyższej Ukrainy przy ratyfikowaniu umowy o Flocie Czarnomorskiej to nie jest nawet namiastka nowej „pomarańczowej rewolucji”. Janukowycz wiedział jedno, że kontrowersyjne decyzje trzeba podejmować zaraz po wyborach, nie można niczego odkładać. I miał rację, bo sytuacja gospodarcza państwa jest tragiczna. Zachód i USA już nie raz pokazały, że nie mają zamiaru płacić na „demokratyczną Ukrainę”. Za Ukrainę gotowa jest płacić tylko Rosja, bo przyszłość tego kraju jest ściśle związana z jej przyszłością. Janukowycz wie, że dla Zachodu Ukraina była potrzebna tylko jako narzędzie walki z Rosją, inwestowano, ale tylko w podsycanie wrogości do Moskwy, a z tego chleba dla zwykłego Ukraińca nie było. Jeśli teraz Ukraina złapie chociaż niewielki oddech, to nowy prezydent wygra i następne partie.
 
Zastanawia całkowity spokój, jaki panuje na Zachodzie po tych spektakularnych wydarzeniach. Ba, można nawet zauważyć swego rodzaju poczucie ulgi – nareszcie nie musimy zawracać sobie głowy tym krajem – zdają się mówić politycy zachodni. Wszystko wróciło do normy. A Polska? U nas też zaskakująco gładko przełknięto faktyczną „utratę Ukrainy”. Tylko nieliczni wyznawcy „wiary ukraińskiej” leją krokodyle łzy.
 
Ich głosy brzmią jednak dosyć kuriozalnie. Np. Jerzy Pomianowski, sierotka po Giedroyciu, snuje dalej nieprawdopodobne teorie. W wywiadzie dla „Rzeczypospolitej” pociesza się, że  „Kozacy” jeszcze pokażą, na co ich stać: „Po prostu znam Kozaków. W ukraińskich żyłach płynie kozacka krew i nie pozwolą sobie na takie rzeczy. O tym, że z Kozakami trzeba się liczyć, przekonała się Pierwsza Rzeczpospolita”. Jacy „Kozacy”? – można spytać. Chyba banderowcy. I tu coś zdumiewającego. Pomianowski, członek liberalnego salonu, wróg ideowy wszelkich nacjonalizmów jest oburzony, że my, w Polsce, „zraziliśmy ukraińskich narodowców”!  Mówi: „Te 3 procent, o które wyborców Janukowycza było więcej niż wyborców prozachodniej pani Tymoszenko, to byli ludzie, którzy dowiedzieli się o kampanii szczucia przeciwko ukraińskim narodowcom. Od rocznicy rzezi wołyńskiej w 2003 roku prowadzą ją nasi rodzimi szowiniści. Niestety, w efekcie wielu Ukraińców straciło wiarę w Polskę jako sojusznika. Charakterystyczne i godne pożałowania jest zwłaszcza to, że kampania ta podcinała nogi prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu i jego proukraińskiej polityce. A to właśnie jego zwolennicy w prasie i telewizji byli prowodyrami tej akcji godzącej w najważniejszy polski interes narodowy”.
 
Tak więc, wedle pana Pomianowskiego, „polscy szowiniści” zrazili „ukraińskich narodowców” (co za misterny niuans terminologiczny), no i wypromowali Janukowycza. Oczywiście, są to bzdury, ale gdyby to była prawda, to jest to „błogosławiona wina”. Jakoś dziwnie wolę Janukowycza niż Juszczenkę, jakoś dziwnie ta „nowa Ukraina” jest mi bliższa niż ta „banderowska”, jakoś dziwnie patrzę na tej kraj z większą sympatią niż przedtem. Myślę, że nie tylko ja. A Pomianowski i jego zwolennicy wypatrują na horyzoncie Kozaków. Obawiam się, że się ich nie doczekają.
Artykuł ukazała się na stronach alt
 
Czytany 6043 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04