wtorek, 26 październik 2010 18:39

Jan Engelgard: Od de Gaulle`a do Putina

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Jan Engelgard

Szczyt francusko-niemiecko-rosyjski w Deauville ożywił dyskusję na temat przyszłości Europy. O co w tej grze chodzi? Czy to tylko próba „przyciągnięcia” Rosji do współpracy z UE, czy też mamy do czynienia z czymś znacznie poważniejszym? Analiza komentarzy w prasie francuskiej pokazuje, że chodzi o zupełnie nową konstrukcję „zjednoczonej Europy”. Konstrukcja ta – trzeba powiedzieć sobie jasno – nie ma nic wspólnego z ponadnarodową ideą „zjednoczonej Europy” na czele z brukselską biurokracją. geopolityka

O ile politycy tych trzech państw wypowiadają się oględnie, publicyści piszą wprost o co chodzi. Chyba najbardziej dobitniej czyni to Marc Rousset, autor wydanej rok temu książki pt. „La nouvelle Europe: Paris-Berlin-Moscou”. Już sam tytuł jest polemiką ze słynnym stwierdzeniem Donalda Rumsfelda o „starej” i „nowej” Europie. Przypomnijmy, że w szczytowym okresie amerykańskiej polityki ekspansji Waszyngton pozyskał poparcie dla niej państw spoza twardego jądra Europy – m.in. Polski, Czech, Rumunii, państw bałtyckich oraz oczywiście Wielkiej Brytanii, a także (chwilowo) Hiszpanii i Włoch. Na „marginesie” znalazły się Francja i Niemcy. Teraz – wedle Rousseta – sytuacja się odmieniła – Francja i Niemcy, przy pomocy Rosji, konstruują zupełnie nową wizję zjednoczonej Europy. Ta Europa to „koncert” trzech potęg narodowych, a nie zatomizowana Europa Brukselska, niezdolna do jakikolwiek wielkiej polityki. Rousset nawiązuje do znanego pytania Henry Kissingera – na jaki numer telefonu będzie dzwonił przywódca USA w razie kryzysu? Odpowiedź jest jasna – są trzy najważniejsze telefony: w Paryżu, w Berlinie i w Moskwie.

Rousset rozpoczyna swoją wypowiedź dla radia „Yvelines” cytatem z Władimira Putina: „Jestem głęboko przekonany: jedna wielka Europa od Atlantyku do Uralu, a faktycznie do Oceanu Spokojnego, istnienie której oparte będzie na uznanych wzajemnie wartościach demokratycznych – to unikalna szansa dla wszystkich narodów kontynentu, w tym także dla narodu rosyjskiego”. A kończy swoją wypowiedź cytatem wystąpienia gen. Charlesa de Gaulle`a z 23 lipca 1964 r.: „Dla nas, Francuzów, gra idzie o to, żeby Europa się zjednoczyła, żeby stała się europejska. Europejska Europa oznacza, że może ona istnieć sama dla siebie, innymi słowy, na międzynarodowej arenie ma własną linię polityczną”.

Zbieżność obu wizji jest oczywista. Rousset ostro zaznacza, że Ameryce udało się po 1990 roku podzielić Europę na nowo, czego widomym znakiem było faworyzowanie nowych państw NATO (Polska), wojna z Serbią, czy zmontowanie koalicji przeciwko Irakowi. Co ciekawe Polskę wymienia kilka razy określając ją jako „wasal Ameryki”. Znamienne jest także to, że koncepcja lansowana przez Rousseta jest wyraźnie antyunijna (antybrukselska). Pisze on wprost, że wizja zjednoczonej Europy a la Bruksela de facto oznaczała koniec Europy jako wielkiego podmiotu polityki światowej i jej wegetację. Osłabianie państw narodowych było na rękę Ameryce, dlatego Ameryka popierała i popiera taką wizje zjednoczonej Europy. Ale dwa główne państwa kontynentu – Francja i Niemcy – zorientowały się w tej grze i nie dopuściły do realizacji tego zamysłu.

Rousset pisze: „W obliczu islamu, terroryzmu, zagrożeń płynących z Bliskiego Wschodu Europejczycy muszą wzorować się na Richelieu, Bismarcku i de Gaulle`u i w mniejszym stopniu na Chamberlainie i Daladier”. A więc nie Monet, Adenauer czy de Gasperi, tylko de Gaulle i Richelieu! To jest zasadnicza zmiana wektorów.

Oś Paryż-Berlin-Moskwa ma być – wedle autora – nowym motorem napędzającym Europę, ma być nadzieją na nową dynamikę. Francja ma dać ideę, Niemcy technologię, a Rosja siłę militarną. Czy to tylko marzenia publicysty? Jeśli zestawiamy wszystkie fakty, jakie miały miejsce do tej pory – to wniosek jest prosty: ten plan jest powoli wprowadzany w życie. Prezydent Sarkozy podczas ostatniego ostrego spięcia z Komisją Europejską na temat problemu romskiego dał jasno do zrozumienia, kto rządzi w Europie. Dał też jasny sygnał, że jakiekolwiek marzenia brukselskiej biurokracji o prowadzeniu „polityki europejskiej” są mrzonką. Rządzą państwa narodowe, i one będą wyznaczać przyszłość Europy. To chyba dobra wiadomość dla eurosceptyków, także w Polsce. Czas też, by przedyskutować problem kluczowy – jakie miejsce w tym układzie miałaby zająć Polska? Pewne propozycje, także ze strony Rosji, już padły. Czas, by także Polska wypracowała jakąś korzystną dla nas propozycję. Choć przyznać trzeba, że startujemy z pozycji nie najlepszej – z opinią „konia trojańskiego” Ameryki.

Czytany 6009 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04