sobota, 03 marzec 2012 07:44

Jakub Bizoń: Zawodna gospodarka rynkowa

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

despair


  Jakub Bizoń

Wiele osób podchodzi do tematu gospodarki wolnorynkowej wzorem innego stwierdzenia: „system demokratyczny jest zły, ale nikt nie wymyślił lepszego”. Analogicznie, wielu uważa, że nie ma nic lepszego od gospodarki wolnorynkowej, nawet jeśli obecny jej model spowodował pogłębiające się różnice społeczne i doprowadził do obecnego kryzysu. Czy jednak nie czas by poszukać innej drogi?

Cechy wolnego rynku

W gospodarce opartej na „niewidzialnej ręce rynku” istotną rolę odgrywa kapitał prywatny. Tzw. „niewidzialna ręka rynku” decyduje w zasadzie o wszystkim. To ona określa. na które produkty jest zapotrzebowanie, które opłaca się wytwarzać lub sprzedawać (dla dobra firmy), a które nie są rentowne. Rynek zatem w naturalny sposób ustala ceny poszczególnych produktów, regulując popyt i podaż i pozostawiając w tym zakresie wolną rękę nabywcą i producentom. Zagrożeniem jednak w takim układzie często jest możliwość wystąpienia niekontrolowanej dysproporcji pomiędzy popytem a podażą, co może doprowadzić do inflacji lub deflacji, połączonej wtedy z zagrożeniem likwidacji wielu firm prywatnych. A zatem w modelu gospodarki wolnorynkowej popyt i podaż powinny wynikać z zapotrzebowania konsumentów na dany towar i w ten sposób regulować także jego cenę i ilość na rynku.

Jednak obecnie można zauważyć nienaturalną tendencję sztucznego kreowania popytu, który nie wynika z potrzeby konsumenta, ale raczej z potrzeby producenta, by dany towar sprzedać. Producenci coraz częściej najpierw wymyślają i wprowadzają na rynek towar, a dopiero później tak manipulują świadomością odbiorców, by wywołać w nich potrzebę jego nabycia. Oznacza to, że nie wolny rynek, w sensie zapotrzebowania na towar, jest dziś wyznacznikiem produkcji, ale produkcja jest kreatorem sztucznie wywołanego zapotrzebowania na ten towar. Jednym słowem –  podaż kreuje popyt.

Wszystkie obecnie podmioty gospodarcze starają się stosować właśnie taki model działania. Banki nie pozostają w tej kwestii bierne. Kredyt jest dziś tak tworzony, aby zachęcił do jego zaciągnięcia. Tym samym bank nie bada stopnia zapotrzebowania na kredyt, ale tworzy jego formę w taki sposób, aby wywołać chęć podjęcia go przez osobę, która nie miała dotąd ani celu ani potrzeby, aby stać się dłużnikiem. Podobnie działają producenci elektroniki. Przeciętny człowiek raczej nie odczuwa naturalnej potrzeby zmiany działającego telewizora na nowy tylko dlatego, że ten ma inny ekran lub lepszą jakość dźwięku. To producent telewizora, przez reklamę, kreuje w odbiorcach taką chęć zamiany. Nie oznacza to, że należy wyrzec się nauki i innowacyjności. Jednak należy przy tym pamiętać zarówno o celu takiej innowacyjności, jak i o skutkach chociażby dla środowiska. Ekonomista i wykładowca London School of Economics Edward J. Mishan pisał m.in.: „Nowe procesy produkcji, czy to wprowadzone w celu zmniejszenia kosztów produkcji, czy to wprowadzone w celu zmniejszenia kosztów uzyskania surowców w większości przypadków będą się wiązać ze szkodliwymi efektami ubocznymi wywieranymi na środowisko.”[1] Widać, zatem, że obecnie wolny rynek wyraża się raczej w wolności działania i manipulowania, niż w samej idei wolnego rynku.

Kształtowanie się gospodarki centralnie planowanej

Tak jak napisano powyżej, obecnie mamy do czynienia z wypatrzeniem idei wolnorynkowej, w której to popyt wpływał na to, co jest wytwarzane. Można pokusić się o stwierdzenie, że działania producentów nie mają nic wspólnego z założeniami wolnego rynku i jako takie nie powinny być tolerowane. Wręcz przeciwnie – zwalczane.

W gospodarce planowej korzyści miał generować ogół mieszkańców, a obecnie korzyści z takiego działania trafiają do wąskiej grupy kapitalistów i bankierów, wspomaganych w swych manipulacjach finansowych przez potentatów medialnych. Dlatego warto przyjrzeć się, na czym polega etatyzm i gospodarka centralnie planowana.

Gospodarka centralnie planowana miała stanowić przeciwieństwo gospodarki kapitalistycznej, w której produkcja miała być dostosowana do potrzeb społeczeństwa. To nie wolny rynek miał głównie decydować o tym, co i w jakiej ilości będzie produkowane, ale założenia te miały być podejmowane na szczeblu centralnym państwa.

Tak jak w gospodarce wolnorynkowej dominuje kapitał prywatny, tak w gospodarce centralnie planowanej przeważa kapitał państwowy. Państwowa własność produkcji dominowała niemal we wszystkich gałęziach gospodarki.

W sensie formalnym właścicielami środków produkcji było państwo. Z tej też przyczyny powstało określenie „własności niczyjej”, które w dużym stopniu wpływało destrukcyjnie na całą gospodarkę, gdyż przyczyniało się do działań przypominających sabotaż. Pracownik zakładu, zapewniony, co do zatrudnienia i stałej pracy, nie przywiązywał wagi do rozwoju firmy. Niejednokrotnie działał wręcz na jej szkodę. To postępowanie wynikało właśnie z przeświadczenia, że okradanie przedsiębiorstwa państwowego nie powoduje okradania tak naprawdę kogokolwiek. Jako członek państwa taki pracownik jest przecież jednocześnie współwłaścicielem zakładu, a przecież samego siebie nie można okraść. Działanie te często nie tylko zyskiwały pełną aprobatę społeczną. Także w późniejszym okresie PRL uchodziły, wśród niektórych, za przejaw celowego i słusznego osłabiania systemu, z którym wielu podejmowało walkę.

Centralne planowanie w minionej praktyce

Centralne planowanie nie mogłoby istnieć bez politycznego charakteru nakazowo-rozdzielczego. Najważniejszymi cechami tego mechanizmu były:

- centralizacja decyzji gospodarczych. Wszystkie decyzje kluczowe dotyczące gospodarki narodowej były opracowywane i zatwierdzane na szczeblu centralnym;

- nakazowy sposób przekazywania decyzji. Decyzje podjęte na szczeblu centralnym miały być obligatoryjnie przyjmowane i wykonywane;

- rozmycie funkcji przedsiębiorcy. Brak odpowiedzialności i rzeczywistego kierowania zakładem pracy wynikały z ubezwłasnowolnienia przedsiębiorstw do podejmowania suwerennych decyzji.

Niedoskonałości tego mechanizmu były bardzo duże. Przede wszystkim system ten nie przyjmował za priorytet racjonalizacji kosztów, często doprowadzając do marnotrawstwa zarówno finansowego, jak i kapitału ludzkiego. Na obronę niejako takiego postępowania można uznać główną dewizę przyświecającą systemowi, który zakładał, że w danym przedsiębiorstwie najważniejszy jest pracownik i zapewnienie mu stanowiska pracy – nawet kosztem strat finansowych. Takie jednak postępowanie napotykało na duży opór ze strony ówczesnych ekonomistów, którzy wykazywali potrzebę zmian w podejściu do wykorzystywania zasobów finansowych firmy.

Aby usprawnić funkcjonowanie zakładu specjaliści wskazywali na potrzebę scedowania funkcji decyzyjnych ze szczebla centralnego na szczeble niższe. Oczywiście możliwość decyzyjna na niższych szczeblach obejmować miała tylko decyzje mniej istotne z punktu widzenia interesu ogólnospołecznego. Zasadniczych przekształceń domagali się także w podejściu do roli i funkcji planowania centralnego, aby doprowadzić do współzależności pomiędzy tym planowaniem, a działalnością innych podmiotów. Jeden z nich, Krzysztof Porwik, wykazywał najważniejsze cele, które powinny zostać wprowadzone, a do których zaliczał:

- wprowadzenie kompleksowej rachunkowości w przedsiębiorstwie w celu analizy kosztów i racjonalizacji wydatków;

- plonowanie centralne nie powinno pozbawiać możliwości podejmowanie decyzji w skali mikro;

- przestrzeganie reżimu finansowego i dopuszczenie groźby bankructwa w przypadku zaniedbań w tym zakresie [2].

Konieczności szybkich zmian wynikały z ujawnienia słabości systemu nakazowego. Krytycy uważali, że podstawowym zadaniem reformy powinno być wprowadzenie w życie takich zasad i takiego mechanizmu funkcjonowania gospodarki, które zapewnią społeczną efektywność gospodarowania. Po raz kolejny postulowano możliwość samodzielnych decyzji, podejmowanych w przedsiębiorstwach i większej elastyczności w polityce zakładowej.

Polityka gospodarcza i interwencjonizm państwowy

Uniezależnianie się od szczebla centralnego nie może jednak być zbyt duże. Obecnie, interwencjonizm państwowy w gospodarkę wydaję się jedyną drogą, wiodącą w kierunku reformy i pokonania kryzysów ogarniających USA i kraje strefy euro. We wszystkich krajach świata taka ingerencja jest bardzo ważna. Jednym z przykładów nakazowości jest ustalanie minimalnego wynagrodzenia.

Minimalna kwota wynagrodzenia i jej wysokość mają olbrzymi wpływ ekonomiczny i społeczny. Przykładowo we Francji, gdzie płaca minimalna znajduje się obecnie na wysokim poziomie, nie występują w tak drastycznym stopniu symptomy kryzysu, do których dochodzi w innych państwach. Wysoka płaca minimalna ma podstawowe znaczenie dla całej gospodarki kraju. Zamożne i dobrze zarabiające społeczeństwo chętnie wydaje pieniądze nie tylko na cele wegetacyjne, ale i na towary luksusowe, tworząc popyt, a więc i pośrednio podnosząc podaż, przyczyniając się tym samym do wzrostu rentowności zakładów produkcyjnych.

Kolejną sferą centralnych wydatków jest chociażby edukacja, służba zdrowia czy infrastruktura. Jedną z trudności realizacji tych wydatków jest ich finansowanie ze środków budżetowych. Dobrym rozwiązaniem byłaby tutaj częściowa nacjonalizacja przemysłu i etatystyczne podejście do gospodarki. Tworzenie przedsiębiorstw o kapitale mieszanym (prywatno-państwowym) oraz pozostawienie większości udziałów akcyjnych po stronie państwa wydaje się w chwili obecnej alternatywą dla wysprzedaży majątku publicznego.

Gospodarka wolnorynkowa przyczyniła się do największego kryzysu ekonomicznego w wielu krajach. Jego skutki, w zdecydowanej większości są niwelowane właśnie poprzez interwencjonizm państwowy. Jednak środki na ten cel nie mogą pochodzić z pożyczek, nieraz wysoko oprocentowanych i przyznawanych w ramach „pomocy” przez Europejski Bank Centralny. Powinny raczej pochodzić z zysków, wypracowanych w państwowych przedsiębiorstwach. Sprawne zarządzanie takim przedsiębiorstwem powinno opierać się na założeniach wolnorynkowych, ale nie powinno odbywać się bez decydującej roli państwa w podejmowaniu decyzji strategicznych i ciągłego nadzoru pozwalającego na szybką interwencję.

Warto podnieść też kolejny aspekt – wolny rynek niesie za sobą ryzyko pojawienia się spekulacji głównie finansowej. W chwili obecnej niedoskonałości wolnego rynku i brak aparatu kontroli ze strony państw doprowadził do olbrzymiego kryzysu światowego, z którego skutkami już nie poradziła sobie Gracja, Irlandia, Portugalia i Hiszpania. Rządy z tym państw były zmuszone pożyczyć pieniądze z Europejskiego Banku Centralnego. W podobnej sytuacji znalazły się Stany Zjednoczone, które ratują własną gospodarkę, wydrukowały po prostu setki miliardów dolarów bez pokrycia.

Wydaje się, że optymalnym systemem byłoby doprowadzenie do równowagi pomiędzy wolnym rynkiem a centralnym planowaniem. Wolny rynek pozostawia zbyt duże pole do spekulacji finansowych i gospodarczych. Z kolei system centralnego planowania, stosowany chociażby niegdyś w Polsce przed 1989 r. także nie przyniósł oczekiwanych efektów. System mieszany i gospodarka etatystyczna mogłaby stanowić złoty środek dla obu skrajnych systemów gospodarczych.

Państwo powinno stanowić organ nadzorujący możliwie jak najwięcej gałęzi gospodarki i posiadać decydujący głos w ich kształtowaniu, ale sposób zarządzania powinien opierać się na zliberalizowanej koncepcji wolnorynkowej. Obecnie wydaje się, że coraz więcej osób na świecie nabiera negatywnego podejścia do systemu wolnorynkowego.

W amerykańskim społeczeństwie znacznie zmniejszyło się poparcie dla systemu wolnego rynku - wynika z międzynarodowych badań porównawczych przeprowadzonych przez ośrodek badawczy GlobeScan. To poparcie jest obecnie mniejsze niż w Chinach, czy w Brazylii. Jeszcze w 2002 roku 80% Amerykanów uważało, że gospodarka wolnorynkowa to najlepszy z możliwych systemów ekonomicznych, co było najwyższym odnotowanym poparciem w historii. Obecnie ten pogląd podziela już tylko 59% uczestników ankiety. Tymczasem we wspomnianych w Chinach i Brazylii, po równo 67% społeczeństwa najwyżej ocenia właśnie system wolnorynkowy.

Przeprowadzony w maju 2006 r. sondaż Centrum Badania Opinii Społecznej wykazał, że w Polsce zmalała w ostatnich latach liczba zwolenników wolnego rynku. Na pytanie o najlepszą, czy najlepsza dla naszego kraju jest gospodarka kapitalistyczna, oparta na swobodnej, prywatnej przedsiębiorczości, twierdząco odpowiedziało tylko 35% respondentów. 34% nie zgodziło się z tym, a 31% nie miało zdania na ten temat.

Widać, zatem z powyżej przedstawionych badań, że obecnie społeczeństwa nie mają zaufania do wolnego rynku. Nadchodzi zatem już czas realnego zastanowienia się nad udoskonaleniem obecnego systemu, bądź w większym lub mniejszym stopniu jego zastąpieniem.

Inne ciekawe analizy polecamy na blogu autora button_75x75_invest_blog

Fot. sxc.hu/Michel Meynsbrughen
______________________________________
1 E. Mishan: „Spór o wzrost gospodarczy”, Warszawa 1986.
2 Praca zbiorowa pod red. Urszuli Libury-Grzelońskiej: „Drogi i dylematy reformy gospodarczej”, Warszawa 1981.

Czytany 6538 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04