czwartek, 30 wrzesień 2010 14:02

Jakub Bizoń: Globalny konflikt w Europie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

 

alt Jakub Bizoń

 

Wiele wskazuje na to, że Europa ma problem. Unia Europejska stoi na skraju poważnych przemian, czy  nawet rozpadu. Destabilizacja strefy euro, problemy finansowe jej członków czy wreszcie realne zagrożenie rozpadu Belgii — to wszystko nie wróży dobrze samej Unii Europejskiej. geopolityka

 

Zapoczątkowane procesy rozpadu państw na samodzielne, niezależne republiki i parapaństwa, których symbolem może być uznanie przez UE Kosowa, to swoiste błogosławieństwo Allacha dla wszystkich muzułmanów, którzy pamiętają, że ich obowiązkiem jest doprowadzenie do dominacji na świecie tylko jednej wiary – islamu. Europa i kraje islamskie obecnie znajdują się w krańcowo różnych miejscach w kwestii ich wewnętrznych przemian. Kraje islamu dążą do swoistej unii i prowadzenia ścisłej współpracy, opartej na wspólnych interesach w dążeniu do islamizacji świata. Europa z kolei zdaje się działać zupełnie odwrotnie. Belgia, Katalończycy czy nawet Ślązacy, wysuwają separatystyczne postulaty, a współpraca wewnątrz samej UE staje się powoli pobożnym życzeniem. Jaki może mieć to wpływ na życie Europejczyków?

Od niedawna można w Internecie obejrzeć film prognozujący zmiany, jakie mogą nastąpić w Europie wskutek zmian demograficznych. Faktem jest, że na jednego urodzonego Europejczyka np. we Francji przypada ponad czterech muzułmanów. Wg wyliczeń autora filmu, za 50 lat Europa stanie się kontynentem islamskim. Libijski przywódca Muammar Kadafi twierdzi wprost, że demografia to oręż islamu, dzięki której bez jednego wystrzału ta religia opanuje świat. Historia jednak uczy, że każde przewidywania są oparte na domniemaniu, iż obecny trend zostanie utrzymany. Tymczasem dzisiejsze wydarzenia już mogą wywołać w ten sposób przewidywanej przyszłości. A zatem co takiego musiałoby się wydarzyć, by islam jednak nie opanował – a przynajmniej nie w ten sposób - Europy i świata?

Odpowiedź jest jedna - wojna.

Można by powiedzieć, że to nic odkrywczego. Wojna cywilizacji to coś, o czym słyszymy od dawna,. Jednak nie o takiej wojnie tutaj mowa. Realny scenariusz natomiast zakłada, że będzie to wojna polegająca na wywołaniu szeregu wewnętrznych konfliktów, powstałych oddzielnie w kilkunastu krajach europejskich. Swoim obliczem może przypominać wojny domowe w Afryce lub wojny gangów w Ameryce Południowej. Jak do niej może dojść?

Przypomnijmy niedawne zamieszki w Paryżu, w trakcie których przez kilka dni spalono kilka tysięcy samochodów. W trakcie tych rozruchów policja francuska zdawała się robić wszystko, by nie zaogniać sytuacji. Zamiast użyć wszelkich dostępnych metod działania by zagasić napięcie i uspokoić tłum, starała się jedynie uchronić zwykłych mieszkańców przez niebezpieczeństwem ze strony „demonstrantów”.

Taka metoda działania wynika bowiem z faktu, że w krajach, w których populacja zawiera przynajmniej kilkanaście już procent wyznawców Allacha, istnieje strachu przed wywołaniem szerokiego konfliktu z nimi. Muzułmanie z kolei czują się coraz bardziej pewnie i wysuwają coraz to nowe żądania pod adresem krajów, które zamieszkują. Słynna sprawa pielęgniarki, która straciła pracę, gdyż nie chciała zdjąć krzyżyka z szyi, czego domagał się pacjent w szpitalu wspomnianego wyżej wyznania, jest tylko jednym z licznych przykładów.

W Niemczech sytuacja jest jeszcze bardziej poważna. Pokolenia urodzone po wojnie, od najmłodszych lat są pojone doktryną pacyfizmu i przekonania o swych winach za wywołane przez przodków piekło drugiej wojny światowej. Dlatego dziś trudno w tym narodzie o pierwiastek efektywnego oporu wobec nowych trendów kulturowych, który jednocześnie pozwalałby na sukcesywną walkę o zachowanie własnyej tradycji kulturowej, społecznej lub też politycznej.

Nic nie może jednak wiecznie trwać. Kolejne akty bezpośredniej ingerencji w strukturę społeczno-polityczną kraju, w którym żyją wyznawcy islamu, mogą wkrótce doprowadzić do przeważenia na wadze szalki, tym samym wywołując gwałtowne i brutalne protesty ze strony środowisk ogólnie sprzeciwiających się ustępstwom na rzecz migrantów. To właśnie one mogą stać się iskrą rozpoczynającą reakcję łańcuchową konfliktów wewnątrzeuropejskich. Wywołanie takiego konfliktu w jednym kraju, może doprowadzić do wybuchów analogicznych w kolejnych państwach - oczywiście w pierwszej kolejności w tych, w których żyje najwięcej wyznawców islamu (Niemcy, Francja, Wielka Brytania czy Szwecja). Będzie to zatem konflikt wywołany przez Europejczyków, w obronie własnej kultury, narodowości i sposobu życia. Przywódcy tych rozruchów będą twierdzili, że tylko walka może ich uchronić przed faktyczną islamizacją.

Wojna ta nie będzie miała jednak nic wspólnego z tradycyjnym pojęciem konfliktu zbrojnego. Zarówno broń nuklearna, jak i konwencjonalna nie będą w niej przydatne. Stąd też twierdzenia, że Europa jest lepiej przygotowana do wojny niż kraje islamskie, oznacza zupełne niezrozumienie problemu i ewentualnej skali przebiegu potencjalnego konfliktu. Na nic nie przydadzą się jakiekolwiek sojusze obronne, jak np. NATO, gdyż każdy z krajów ogarniętych konfliktem będzie musiał sam sobie radzić i nie będzie w stanie pomóc nawet sąsiadowi. Jak wspomniano na początku wojna może przybrać obraz nawet brutalnych i krwawych walk gangów, znanych np z Ameryki Łacińskiej.

Taki konflikt najprawdopodobniej zbliża się w Europie. Jego brak, to prosta droga do spełnienia słów Kadafiego. W każdym państwie i narodzie istnieje granica akceptacji dla pewnego rodzaju działań, zachowań i polityk. Ich przekroczenie grozi wybuchem, który, na arenie europejskiej może przerodzić się w konflikt wewnątrzeuropejski o wymiarze geopolitycznym.

Czytany 5987 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04