poniedziałek, 26 kwiecień 2010 07:49

Jacek Jędrysiak: Nowe wojny

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
altalt Jacek Jędrysiak
Wojna asymetryczna jest jednym z tych pojęć z dziedziny militarnej, które zrobiło zawrotną karierę w masowej świadomości. Odmieniane przez wszystkie przypadki w mediach jest na dobrej drodze do stania się synonimem pewnej epoki w wojskowości, podobnie jak stało się to z osławionym Blitzkriegiem. Oba terminy łączy ich powierzchowne rozumienie i próba podniesienia ich do rangi pewnego uniwersalnego sposobu prowadzenia wojny w danej epoce.  
 
Skutki takich zabiegów miast przyczynić się do lepszego zrozumienia zjawisk militarnych wprowadzają więcej zamętu niż pożytku.

Wojny ery globalizacji
Trudno nie zgodzić się z opinią wielu badaczy, iż sama nazwa pewnego zjawiska jakim jest wojna asymetryczna nie jest najszczęśliwsza. Każda bowiem wojna jest w swej istocie „asymetryczna", gdyż samo istnienie „współzależnej pary", jak nazywał Colmar von der Goltz duet atakujący-obrońca, warunkuje istnienie dysproporcji sił. Współcześnie miano wojny asymetrycznej próbuje się przypisać konfliktom między przeciwnikami, których potencjały militarne oraz metody działania różnią się radykalnie. Jednocześnie sugeruje się, iż jest to zjawisko typowe dla jakoby szczególnego momentu dziejowego w jakim żyjemy i jakim jest era globalizacji.

Globalizacja prowadzić ma bowiem do powolnej erozji znaczenia państw w stosunkach międzynarodowych. Zanikające czy też „porowate" granice zdają się stawiać pod znakiem zapytania dawne rozumienie suwerenności. Rośnie znaczenie podmiotów niepaństwowych w relacjach globalnych. Takim globalnym graczem jest choćby al Kaida. Panuje dość powszechne mniemanie, iż wojna międzypaństwowa, potępiona oraz zakazana w Karcie Narodów Zjednoczonych jest zjawiskiem zanikającym. Jeżeli państwa decydują się na użycie siły to jest to zawsze motywowane względami humanitarnymi i szeroko rozumianą walką o pokój. Wojna z terroryzmem nie zmieniła zasadniczo tego punktu widzenia - jest wszak prowadzona pod sztandarem obrony kultury i stylu życia Zachodu przed fundamentalistami.

Założenia te prowadzą do bujnego rozkwitu refleksji nad tzw. nowymi wojnami. W swych założeniach są one zazwyczaj oparte na schemacie wojny asymetrycznej i motywowane przekonaniem, iż stare, konwencjonalne metody walki należą do minionej ery dominacji państw. Nowe czasy wymagają nowych teorii, a nie ma lepszej zachęty dla żądnych laurów naukowców.

Wyścig pomysłów
Wybitny izraelski pisarz wojskowy Martin van Creveld napisał jakiś czas temu, iż w świecie refleksji nad wojną da się zaobserwować zjawisko „militarnego spamu". Zainteresowanie sprawami bezpieczeństwa jest tak duże, że trudno ogarnąć nazwiska wszystkich autorów. Stąd też bogactwo koncepcji na opisanie „nowych wojen", często o wątpliwej wartości. Część z nich ma jednak głębsze podstawy i warto im się przyjrzeć jako elementowi współczesnej refleksji nad wojną.

I tak np. emerytowany brytyjski generał sir Rupert Smith zauważa, iż współczesne wojny różnią się od dawnych tym, iż są prowadzone dosłownie „pośród ludzi". Przeciwnik ukryty wśród cywili, atakuje skrycie siły interwentów w imię lepszego jutra. Wszystko zaś dzieje się na oczach śledzącej wszystko na żywo opinii publicznej. Wojna toczy się zatem w ludzkich domach i umysłach, jest długotrwała, nieintensywna lecz brutalna. Jest zatem jawnym przeciwieństwem dawnych wojen masowych, prowadzonych przez państwa.

Podobnego zdania są zwolennicy koncepcji „wojen czwartej generacji" Williama S. Linda.  Ich główne cechy to długotrwałość, wykorzystywanie technik terrorystycznych, zdecentralizowana, transnarodowa lub ponadnarodowa baza konfliktu, obecność mediów i skupienie na cywilach jako celowi działań taktycznych. 4GW (fourth generation warfare) to niezawodnie produkt współczesności. Był zresztą poprzedzony przez trzy inne generacje wojen, każdą wyposażoną w zestaw cech typowy dla swoich czasów. Dość intrygująco wygląda zestawienie tych „epok". Zgodnie z tezami pułkownika Tomasa Hammesa, wojny trzeciej generacji to wojny manewrowe, zrodzone po 1918; wojny drugiej generacji, utożsamiane z siłą ognia zaporowego mają swe źródło podczas wojen burskich. Nietrudno zatem o dość ciekawą konstatację, iż wojny pierwszej generacji obejmują olbrzymi konglomerat konfliktów na przestrzeni wielu tysiącleci - a to już konstatacja o ahistorycznym charakterze. Współczesna 4GW ma być odpowiedzią na wojnę 3GW, której zasady ma naturalnie czynić niebyłymi.

Wreszcie „nowe wojny" Mary Kaldor, koncepcja konfliktu w erze globalizacji prowadzonego jako wojny o małej częstotliwości, za to o dużym stopniu powiązań ponadnarodowych. Współczesna wojna to niewątpliwie wojna domowa, prowadzona przez frakcje zasilane z zewnątrz, często przy wsparciu międzynarodowych grup przestępczych i handlarzy bronią. Globalizacja zaciera różnice między tym co wewnątrz i na zewnątrz granic kraju pogrążonego w wojnie, czyniąc ją sprawę międzynarodową. Strony konfliktu, jak zauważa Herfried Muenkler, zaczynają wręcz żyć z tlącego się konfliktu, powodując ruinę kraju i ludności cywilnej, co można określić mianem otwartej gospodarki wojennej. Wojna domowa jest tym co czeka świta w XXI wieku wraz z rozpadem westfalskiego systemu państw suwerennych.

Każdy z powyższych pomysłów na wojnę dzisiejszą zawiera zapewne trafne obserwacje, z pewnością nadają się świetnie do opisania mechanizmów wybranych konfliktów. Mają jednak wspólną wadę, która uniemożliwia pełną  ich akceptację. Propozycje te są stawiane jako wzorcowe przykłady wojen XXI wieku, każda z kolei nakazuje nam przyjąć iż tradycyjne sposoby myślenia o wojnie są anachroniczne i nie przystają do współczesnej rzeczywistości. Gdy idzie o detale taktyczne nie ma co do tego dyskusji. Problem pojawia się na najwyższym szczeblu sztuki wojennej jakim jest strategia. Trudno bowiem przystać w tym wypadku na całkowite zerwanie z doświadczeniami przeszłości, zwłaszcza, iż podobne próby czynione w przeszłości zakończyły się nieciekawie.


Melodia przeszłości
Nietrudno przystać na tezę, iż współczesne konflikty zbrojne przybierają często formy zaprezentowane powyżej. Trudno byłoby także zaprzeczyć, iż większość z nich ma wyraźnie cechy asymetryczne. Nie oznacza to jednak, iż można wobec tego mówić o jakimś uniwersalnym sposobie prowadzenia wojny w XXI wieku.

Argument przeciw tej tezie jest trojakiej natury. Przede wszystkim wojna asymetryczna czy to w formie walk partyzanckich czy działań terrorystycznych nie jest produktem ery globalizacji. Występuje tak naprawdę od czasów starożytnych, zawsze gdy dysproporcja sił zmusza jedną ze stron do obrania nieregularnych metod walki. Z nasileniem działań tego rodzaju mieliśmy do czynienia choćby podczas wojen napoleońskich czy wojny francusko-pruskiej 1870-1871. Formy działań nieregularnych są naturalnie zmienne i zależne od warunków, co jest zrozumiałe, gdyż każdy konflikt zbrojny jest tworzony przez unikalny układ stosunków politycznych, społecznych, gospodarczych itp. Pisarze wojskowi, choćby najbardziej znany Carl von Clausewitz uwzględniali „małą wojnę" jako sposób prowadzenia działań. W Niemczech Weimarskich prominentny oficer Truppenamtu Joachim von Stuelpnagel postulował jako najlepszą metodę obrony kraju przygotowanie do wojny ludowej, strategii wyczerpania przeciwnika działaniami partyzanckimi i aktami sabotażu. Chcąc nie chcąc teoretycy nurtu „nowych wojen" powtarzają często obserwacje brytyjskiego autora Charlesa Callwella z 1906 (!) roku.

Po wtóre, nurt piśmiennictwa militarnego wieszczący nową, rewolucyjną i niepowtarzalną erę  w wojskowości jest stary jak świat. Jego przedstawiciele to dzieci typowego dla ludzi każdej epoki przekonania, że ich teraźniejszość jest jedyna, niepowtarzalna i wyjątkowa. W zasadzie mają rację, ale nie oznacza to, iż nie poddaje się ona pewnym wskazówkom płynącym z przeszłości. Jest nią choćby łatwa do zaobserwowania analogia. XX-lecie międzywojenne przyniosło dość obfitą literaturę dotyczącą nowej ery w wojskowości. Szok wielkiej wojny 1914-1918 zdawał się odsyłać do lamusa stare zasady wojowania i zmuszać do poszukiwania nowych dróg. Jedną z nich była koncepcja wojny totalnej, której apostołowie wieścili, iż współczesna im ewolucja społeczeństw nakładają na państwa obowiązek przygotowania całych narodów do walki. Każdy jeden obywatel był trybikiem wielkim organizmie państwa, którego jedynym celem jest wojna. „Wszelkie teorie Clausewitza należy odesłać do lamusa" - pisał w 1935 roku Erich Ludendorff, twarz tej koncepcji.

A jemu podobnych koncepcji można było znaleźć wówczas w całej Europie. Rewolucyjną miała się okazać era broni jądrowej. Przyszłość pokazała, iż były to twierdzenia wyrost, a wieszczono przecież nawet całkowity koniec zjawiska wojny, jako zagrażającemu bytowi ludzkości.
 
Wreszcie - nie widać potrzeby tworzenia całkowicie nowej czy nowoczesnej teorii wojny. Badania i obserwacja nowych zjawisk to naturalnie nieodzowny element refleksji nad wojną, lecz nie powinny one prowadzić wprost do zarzucania dobrze znanych dróg strategii. „Clausewitz wciąż jest aktualny" - jak pisał Colin S. Gray i wydaje się, że dorobek przeszłości można spokojnie zastosować do nowych wojen.

Wojna dziś i jutro
Intencją tego artykułu było zwrócenie uwagi na zbyt pochopne porzucanie doświadczeń historycznych w refleksji na współczesnymi konfliktami zbrojnymi. Każda wojna jest bowiem inna, zrodzona w unikalnych warunkach i trudno tworzyć ad hoc jakieś uniwersalne wzorce pozwalające wyjaśnić jej aktualną naturę. Historia wojen przeszłości także nie daje nam pewnych recept, ale  nonsensem byłoby odrzucanie bagażu dziejów w imię pychy nowoczesności. Nowe czasy wymagają nieraz nowych pojęć, ale warto najpierw zbadać czy nie powielamy pomysłów z przeszłości. Tak jest mym zdaniem z „nowymi wojnami", które nie są fenomenem dziejowym doby globalizacji, lecz odmianą starych metod i procesów. Warto o tym pamiętać, by nie zaskoczyła nas z pozoru nieznana „wojna jutra".
 
Artykuł pochodzi ze strony Miesięcznika Stosunki Międzynarodowe
redagowanego przez Instytut Badań nad Strosunkami Międzynarodowymi.
Czytany 10046 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 19:12