poniedziałek, 11 lipiec 2011 08:20

Immanuel Wallerstein: 'Nadchodzące tsunami izraelskie?'

Oceń ten artykuł
(1 głos)

wavestsgeopolityka  prof. Immanuel Wallerstein

Palestyńczycy planują przedłożyć na jesiennej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ projekt rezolucji, której celem jest formalne uznanie ich państwa przez tę organizację. Zamierzają wystąpić o uznanie stwierdzenia, że państwo palestyńskie posiada swoje granice, gdyż posiadało takowe w 1967 roku – tuż przed konfliktem izraelsko-palestyńskim. Jest niemal pewne, że głosowanie będzie dla nich korzystne. Pytanie tylko – jak bardzo?

Izraelski rząd jest w pełni świadomy tej kwestii. Istnieją trzy możliwe odpowiedzi z jego strony. Najbardziej prawdopodobna, prezentowana jest przez premiera [Benjamina] Natanyahu. Proponuje on całkowicie zignorować tego typu rezolucje i kontynuować dotychczasową politykę Izraela wobec Palestyny. Izraelski premier uważa, że ONZ uchwaliła do tej pory cały szereg rezolucji niekorzystnych dla jego państwa, które Izrael konsekwentnie ignorował. Dlaczego więc w tym przypadku miałoby być inaczej?

Istnieje obecnie kilku polityków z prawej strony izraelskiej sceny politycznej (tak, w Izraelu istnieją jeszcze bardziej prawicowi politycy od Natanyahu), którzy twierdzą, że w odwecie, Izrael powinien formalnie zaanektować wszystkie okupowane obecnie terytoria palestyńskie i zakończyć jednocześnie wszelkie rozmowy negocjacyjne z Palestyńczykami. Kilku z nich, żąda nawet eksodusu ludności nie-żydowskiej z Izraela.

Były premier, a obecnie minister obrony – Ehud Barack (pozbawiony obecnie solidnego politycznego zaplecza), ostrzega premiera Natanyahu, że jego plan jest nierealistyczny. Barack twierdzi, że palestyńska rezolucja może być swoistym „tsunami” dla Izraela, dlatego też Natanyahu powinien wykazać się politycznym sprytem i dojść do porozumienia z Palestyńczykami, zanim projekt rezolucji pojawi się w ONZ.

Czy Barack ma rację? Czy faktycznie ta sytuacja może stać się przysłowiowym „tsunami” dla Izraela? Istnieje duże prawdopodobieństwo, że tak. Tym bardziej, że jest mało prawdopodobne, aby Natanyahu posłuchał rad Baracka i zawarł porozumienie z Palestyńczykami.

Zastanówmy się zatem, co faktycznie może wydarzyć się podczas jesiennej sesji Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Wiemy, że duża część krajów Ameryki Południowej (może nawet wszystkie), Afryki i Azji będzie głosować za przyjęciem rezolucji. Wiemy również, że przeciwko na pewno głosować będą Stany Zjednoczone, które w dodatku z pewnością podejmą działania dyplomatyczne, zmierzające do skłonienia do takiego kroku inne państwa. Najtrudniejsze do przewidzenia są jednak głosy państw europejskich. Jeśli Palestyńczykom udałoby się zdobyć poparcie większości z nich, ich pozycja byłaby nieporównywalnie silniejsza.

Tak więc, czy Europejczycy zagłosują za rezolucją?

Wydaje się, że istotne znaczenie dla tej kwestii będą miały dalsze wydarzenia w świecie arabskim, które nastąpią w najbliższych dwóch miesiącach. Francuzi już zasugerowali otwarcie, że jeśli da się zaobserwować znaczny postęp w rozmowach izraelsko-palestyńskich (które obecnie praktycznie nie mają miejsca), to poprą rezolucję. Jeśli Paryż poprze tę rezolucję, można spodziewać się, że w ślad za nim decyzję taką podejmą również państwa południowoeuropejskie. Pytanie pozostaje otwarte w przypadku Wielkiej Brytanii, Niemiec i Holandii. Jeśli kraje te zdecydują się poprzeć rezolucję, może to wpłynąć na rozwianie wątpliwości krajów Europy Wschodniej. W przypadku takiego scenariusza palestyńska rezolucja ma szanse zdobyć zdecydowaną większość europejskich głosów.

Należy jednak przyjrzeć się dokładnie rozwojowi wypadków w świecie arabskim. Druga fala arabskiej rewolucji ciągle trwa. Trudno w tej chwili przewidzieć, który z tamtejszych reżimów, w ciągu najbliższych dwóch miesięcy upadnie, a który utrzyma władzę. Jedynym, co wydaje się oczywiste, jest to, że Palestyńczycy są niemal na krawędzi rozpoczęcia trzeciej intifady. Nawet najbardziej konserwatywni z nich, wydają się być pozbawieni już wszelkiej nadziei, na wynegocjowanie swoich postulatów w rozmowach z Izraelem. To jasne przesłanie wynikające z porozumienia pomiędzy Fatahem a Hamasem. Biorąc pod uwagę, że niemal cały arabski świat powstał w rewolcie przeciwko swoich reżimom, dlaczego tylko Palestyńczycy mieliby siedzieć z zamkniętymi ustami? Z pewnością nie pozostaną cicho.

Pytanie jednak, co zrobią arabskie reżimy, jeśli Palestyńczycy faktycznie powstaną? Wszystkie one mają duże trudności z opanowaniem rewolucji we własnych krajach. Aktywne poparcie trzeciej intifady byłoby dla nich zatem najłatwiejszym sposobem do odzyskania kontroli nad własnym państwem. Który zatem z reżimów odważyłby się nie popierać intifady? Egipt dał już wyraźny sygnał o swoim ewentualnym poparciu. To samo uczynił jordański król Abdullah.

Wyobraźmy sobie więc taki scenariusz: trzecia intifada, następnie aktywne jej wsparcie przez pozostałe kraje arabskie, oraz izraelska bezkompromisowość. Co zrobię wtedy Europejczycy? Trudno wyobrazić sobie aby głosowali oni przeciwko palestyńskiej rezolucji. Możemy jedynie z łatwością przewidzieć sprzeciw Izraela, Stanów Zjednoczonych oraz kilku mało znaczących krajów, które albo zagłosują przeciw albo wstrzymają się od głosu.

Wszystko to wygląda mi na zbliżające się „tsunami”. Dotychczasową obawą Izraela była „delegitymizacja”. Czyż właśnie zbliżające się głosowanie nie jest procesem umacniającym ową delegitymizację? Czy izolacja Stanów Zjednoczonych w tym glosowaniu nie osłabi jeszcze ich pozycji w świecie arabskim? Co wtedy zrobi Waszyngton?

© Immanuel Wallerstein/Agence Global, tłum. Łukasz Reszczyński

fot.sxc.hu

Czytany 5105 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04