piątek, 19 luty 2010 08:42

Grzegorz Kaliszuk: Rosyjskie surowce - biznes czy gra?

Oceń ten artykuł
(2 głosów)
altGrzegorz Kaliszuk Jednym z elementów polityki zagranicznej jest umiejętne wykorzystanie potencjału gospodarczego i forsowanie swoich racji na forum międzynarodowym. Jednak w przypadku Rosji potencjał wynikający z posiadania surowców energetycznych jest coraz częściej przekształcany z elementu dyskusji w środek nacisku - niebezpieczny dopóty, dopóki opinia międzynarodowa akceptuje taki stan rzeczy.
Na terytorium Federacji Rosyjskiej znajdują się największe na świecie zasoby gazu ziemnego - prawie 48 bilionów metrów sześciennych, co stanowi ponad 27 procent światowych zapasów. W przypadku ropy naftowej pozycję lidera zajmuje Arabia Saudyjska z 34,5 miliardem ton tego surowca. Zaraz po Arabii plasują się Iran, Irak, Kuwejt, Zjednoczone Emiraty Arabskie oraz Wenezuela. Na Bliskim Wschodzie zgromadzonych jest prawie 61 procent światowych zasobów czarnego złota. Rosja zajmuje na światowej liście siódme miejsce z nieco ponad 10 miliardami ton, co stanowi 6,3 procent światowych rezerw.

Unia rozmawia z Rosją
Znaczenia potencjału energetycznego Rosji nie trzeba europejskim przywódcom tłumaczyć. W trakcie kolejnego szczytu Unia Europejska-Rosja, który odbył się w połowie listopada 2009 roku w Sztokholmie, to właśnie kwestia bezpieczeństwa dostaw rosyjskich surowców do europejskich odbiorców stanowiła jedno z głównych zagadnień. Zdaniem Carolin Vendil-Powell ze Szwedzkiej Agencji Studiów nad Obronnością, szczyt ten nie przyniósł jednak, wbrew oczekiwaniom, znaczących dla Europy rezultatów.

O odpowiednią atmosferę napięcia przed spotkaniem prezydenta Dmitrija Miedwiediewa z europejskimi przywódcami zadbał poprzedni lokator Kremla, premier Władimir Putin. Już od końca października ubiegłego roku ostrzegał on przed problemami, jakie Rosja najprawdopodobniej spotka na drodze przesyłu gazu ziemnego do Unii Europejskiej. Głównym problemem jest oczywiście Ukraina.

Po tym, jak Kijów uregulował swoje zobowiązanie wobec Kremla za październikowe dostawy gazu, „zawiedziony" Putin podjął kolejną kampanię przeciw Ukrainie, twierdząc, że należności za listopad na pewno nie zostaną uiszczone. W piątek 4 grudnia 2009 roku zawód premiera Rosji musiał jednak osiągnąć apogeum. Tego dnia na konta Gazpromu trafiło bowiem 770 milionów dolarów za gaz sprowadzony w listopadzie przez ukraińską spółkę Naftohaz.

Putin zastrzegł, że Kremlowi, który w stu procentach kontroluje Gazprom, wystarczy niewielkie opóźnienie, aby od strony ukraińskiej zażądać karnych opłat. Mogłyby one spowodować niewypłacalność Naftohazu i paraliż dostaw surowca do Europy.

W trakcie szczytu Wspólnoty Niepodległych Państw, który odbył się na początku października 2009 roku w Kiszyniowie, prezydent Dmitrij Miedwiediew odmówił obiecanej wcześniej Ukrainie pożyczki w wysokości 5 miliardów dolarów, oferując jednak w zamian dostęp do funduszu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej. Fundusz dysponuje około 7,5 miliardem dolarów, z czego prawie 70 procent to wkład rosyjski. Można się zatem spodziewać, że zaproszenie prezydenta Miedwiediewa skierowane do Wiktora Juszczenki było opatrzone ukrytą klauzulą, której treść zostanie ujawniona w razie faktycznej potrzeby skorzystania przez Kijów z tych środków i będzie brzmiała: owszem, Ukraina ma prawo do korzystania ze środków funduszu Euroazjatyckiej Wspólnoty Gospodarczej, pod warunkiem, że pomoc nie przekroczy 2,5 miliarda dolarów.

Jeszcze przed szczytem w Sztokholmie Władimir Putin nalegał, aby Unia Europejska wsparła finansowo Ukrainę w celu zapewnienia ciągłości dostaw gazu ziemnego przez jej terytorium do krajów członkowskich UE. Bezskutecznie. Kreml jednak nie zniechęcił się tą porażką, bowiem z punktu widzenia strategii energetycznej Rosji osiągnięto znacznie większy sukces: Dania, Szwecja i Finlandia zgodziły się na ułożenie przez konsorcjum Nord Stream gazociągu na dnie swoich wód terytorialnych.

Federację Rosyjską reprezentowali w Sztokholmie prezydent Dmitrij Miedwiediew oraz minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow, zaś Unię Europejską - premier Szwecji Frederik Reinfeldt oraz szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Barroso. Obydwie strony twierdzą, że był to jeden z najlepszych szczytów UE-Rosja.

Do sukcesów szczytu wysocy przedstawiciele obu stron z pewnością zaliczyli memorandum ustanawiające wzajemny mechanizm wczesnego ostrzegania w sprawach energetycznych. Dokument został podpisany przez komisarza UE ds. energii Andrisa Piebalgsa oraz rosyjskiego ministra energetyki Siergieja Szmatkę. Zdaniem ambasadora Rosji przy UE Władimira Chyżowa, dokument ten dowodzi, jak wielką rolę władze na Kremlu przywiązują do ścisłej i poprawnej współpracy z UE w zakresie energetyki. W rzeczywistości memorandum jest kolejnym porozumieniem bez mocy sprawczej. Jak pisze rosyjski dziennik „Wiedomosti", zawarte w nim ustalenia są jedynie wyrazem dobrej woli sygnatariuszy. Obie strony zobowiązały się do wzajemnego informowania się o zakłóceniach w dostawach surowców energetycznych, awariach technicznych, klęskach żywiołowych oraz decyzjach, wskutek których mogłyby nastąpić przerwy w dostawie gazu lub problemy z tranzytem. Ponadto sygnatariusze będą wymieniać się informacjami o planowanych inwestycjach oraz zmianach w regulacjach, które mogłyby wpłynąć na równowagę rynku surowcowego. Procedura notyfikacji przewidziana w memorandum jest klasyczna: wymiana informacji, następnie diagnoza stanu faktycznego, a na końcu podjęcie działań.

Memorandum nie nałożyło na stronę rosyjską obowiązku ciągłości dostaw surowców energetycznych, a to właśnie byłoby najlepszym gwarantem bezpieczeństwa. Szansy na umocnienie pozycji UE w negocjacjach z Rosją upatruje się w szefie unijnej dyplomacji, powołanym w listopadzie 2009 roku zgodnie ze zmianami, jakie wprowadził „boleśnie" ratyfikowany traktat z Lizbony. Funkcję tę powierzono Catherine Ashton, Brytyjce wywodzącej się z Partii Pracy, niegdyś komisarzowi UE ds. handlu. Zdaniem premiera Wielkiej Brytanii Gordona Browna, Ashton doskonale nadaje się do tej funkcji. Z uwagi na dotychczasowe doświadczenia nowej szefowej dyplomacji UE związane z handlem, przypuszcza się, że będzie ona forsowała rzeczowe i analityczne podejście UE do kwestii bezpieczeństwa energetycznego.

Zmiany w strukturze Unii Europejskiej Moskwa odbiera jednoznacznie - jako sygnał konsolidacji i usztywniania wspólnego stanowiska UE w relacjach z partnerami zewnętrznymi. Zdaniem Siergieja Prichodźki, doradcy prezydenta Rosji ds. polityki zagranicznej, dialog z Brukselą będzie trudniejszy z uwagi na fakt, że Unia będzie teraz mówiła jednym głosem. Prichodźko zaznaczył jednak, że UE w nowej, „lizbońskiej" odsłonie będzie partnerem, z którym rozmowy będą bardziej efektywne. Ta wypowiedź świadczy o wykorzystywaniu przez Rosję wewnętrznych podziałów i rozłamów w UE do realizacji swoich celów.

Brak efektów unijno-rosyjskich rozmów w sprawie bezpieczeństwa energetycznego został przykryty deklaracją prezydenta Miedwiediewa o zmniejszeniu do 2020 roku emisji przez Rosję gazów cieplarnianych o 20-25 procent w stosunku do stanu z 1990 roku oraz ułatwieniami wizowymi w ruchu turystyczny i biznesowym. Ponadto UE ponownie wsparła starania Rosji o wstąpienie do WTO.

Problemy związane z członkostwem Rosji w Światowej Organizacji Handlu zdają się być nie do rozwiązania przez władze na Kremlu. Stanowią swoisty węzeł gordyjski, ostatnio dodatkowo zaciśnięty. Rosja zastanawia się bowiem, czy powinna przystąpić do WTO sama, czy należałoby zaczekać na Kazachstan i Białoruś. Jeżeli wybierze drugi wariant, trwający już ponad szesnaście lat proces negocjacji może wydłużyć się do ponad dwudziestu lat. Do tej pory struktury WTO mogą ulec całkowitej zmianie.

Kleszcze gazowe
Podczas gdy Unia Europejska zastanawia się nad kształtem wspólnej polityki energetycznej, Rosja zaciska kleszcze wokół Europy. Ich północne ramię stanowi kontrowersyjny (zwłaszcza w Polsce) gazociąg Nord Stream, którego budowa ruszy już w kwietniu 2010 roku. Natomiast na południu Europy powstanie South Stream. Determinacja Gazpromu w procesie realizacji dwóch strategicznych projektów powinna stanowić wzó dla europejskich przywódców, którzy kolejny rok z rzędu zastanawiają się nad sposobem realizacji i finansowania gazociągu Nabucco, zapominając, że Nord Stream, South Stream oraz Nabucco toczą wyścig z czasem.

Umowa na budowę Nord Stream została podpisana 8 września 2005 roku. Zakładano wówczas, że gazociąg zostanie oddany do użytku w 2010 roku. Protesty krajów bałtyckich oraz problemy ze znalezieniem źródeł finansowania projektu znacznie wydłużyły proces przygotowawczy. W rezultacie budowa ma się rozpocząć w kwietniu bieżącego roku, a planowana data oddania do użytku odcinka biegnącego z rosyjskiego Babajewa, poprzez Wyborg, następnie po dnie Bałtyku aż do niemieckiego Greifswaldu, to połowa 2014 roku. Łączna długość Gazociągu Północnego to 1200 kilometrów.

Całkowity koszt projektu szacuje się na 7,5 miliarda euro. Środki zostaną wyasygnowane przez akcjonariuszy spółki celowej: Gazprom (51 procent udziałów), Wintershall (należący do BASF) i E.ON Ruhrgas (łącznie 40 procent udziałów) oraz N.V. Nederlandse Gasunie (9 procent udziałów). Ostatni z wymienionych akcjonariuszy dołączył do spółki w czerwcu 2008 roku, wykupując od BASF i E.ON Ruhrgas po 4,5 procent udziałów. Struktura akcjonariatu wskazuje na dominującą pozycję Gazpromu. Rosyjski udziałowiec stara się udowodnić, że projekt szybko stanie się rentowny z uwagi na oszczędności z tytułu tranzytu gazu przez terytorium Polski, Białorusi i Ukrainy. Wniosek nasuwa się jeden: skoro Gazprom chce zaoszczędzić na tranzycie przez Polskę, ilość przesyłanego przez nasz kraj rosyjskiego gazu ulegnie zmniejszeniu. Nie oznacza to bezpośredniego zagrożenia naszego bezpieczeństwa energetycznego, za to dowodzi zmiany priorytetów Kremla. Rocznie po dnie Bałtyku ma przepływać 55 miliardów metrów sześciennych gazu.

Umowa w sprawie budowy Nord Stream była porównywana do paktu Ribbentrop-Mołotow. Podważano - zwłaszcza w Polsce - ekonomiczną racjonalność projektu, wskazywano na zagrożenia ekologiczne, podkreślano fakt upolitycznienia kwestii bezpieczeństwa energetycznego Europy, zarzucano UE brak solidarności w kwestii polityki energetycznej. Żale i niezorganizowany sprzeciw nie odniosły jednak żadnego skutku. Co więcej, Polska musi dodatkowo zabiegać, by w okolicach Świnoujścia gazociąg został wkopany w dno Bałtyku. W przeciwnym razie niemożliwe staną się dostawy skroplonego gazu do flagowego polskiego projektu w sferze bezpieczeństwa energetycznego - gazoportu w Świnoujściu. Od dobrej woli akcjonariuszy Nord Stream zależy, czy szacowany na 700 milionów euro gazoport będzie miał rację bytu. Oby nie groziła nam powtórka z Możejek...

Tymczasem na południu Europy trwa wyścig pomiędzy rosyjskim South Stream i unijnym Nabucco. Porozumienie z rządem Rosji w sprawie budowy South Stream podpisali także członkowie UE (Bułgaria, Węgry, Grecja) oraz pozaunijna Serbia. Ta ostatnia będzie prawdopodobnie kurkiem Gazpromu na południu Europy, bowiem jedynie w przypadku serbskiego odcinka spółka celowa została zarejestrowana w Szwajcarii, a więc poza krajem, w którym projekt będzie realizowany, Poza tym, inaczej niż w przypadku trzech innych udziałowców, Gazprom będzie miał 51 procent udziału, zaś serbski Srbijagas 49 procent. Brak jednolitego stanowiska oraz strategii w kwestii bezpieczeństwa energetycznego UE stwarza przestrzeń dla bilateralnych umów krajów członkowskich, których konsekwencje gospodarcze dotyczą jednak całej Unii.

Planowana przepustowość South Stream to 63 miliardy metrów sześciennych gazu rocznie. Projekt ma zostać sfinalizowany na początku 2015 roku, a więc pół roku po planowanej dacie oddania do użytku Nord Stream. Gazociąg będzie łączył wschodnie rosyjskie wybrzeże Morza Czarnego (miejscowość Dżubga) z zachodnim wybrzeżem bułgarskim. Następnie pierwszą nitką przez terytorium Serbii i Rumunii gaz trafi na Węgry i do Austrii, a drugą nitką do Grecji i Włoch. Przedsięwzięcie będzie realizowane przez Gazprom oraz należącą w 30 procentach do włoskiego rządu korporację ENI, mającą już doświadczenie w budowie gazociągów po dnie morza. Łączna długość Gazociągu Południowego to 2200 kilometrów, w tym 900 kilometrów odcinka podwodnego, a szacunkowy koszt budowy to 25 miliardów euro.

Zakładając, że w obu projektach Rosja będzie partycypowała w około 50 procentach kosztów, Kreml wyda w ciągu najbliższych sześciu lat prawie 16 miliardów euro na zapewnienie sobie dodatkowych bezpiecznych dróg dostaw gazu ziemnego do Europy. Obecnie udział rosyjskiej ropy w bilansie energetycznym UE to zaledwie około 7 procent, jednak dwa rosyjskie projekty mają go znacząco zwiększyć, a co za tym idzie - wzmocnić zależność Europy od decyzji Kremla.

Co na to Unia Europejska
Konkurencję dla rosyjskiego projektu na południu Europy ma stanowić gazociąg Nabucco, za pośrednictwem którego gaz z Azerbejdżanu i Iranu dostarczany przez terytorium Turcji trafi do odbiorców w Bułgarii, Rumunii, na Węgrzech oraz w Austrii.

Łączna długość Nabucco to 3300 kilometrów, a przepustowość - 30 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie. Koszt budowy (4,6 miliarda euro) ma być niemal w całości pokryty z budżetów pięciu państw uczestniczących projekcie, czyli Austrii (OMV), Węgier (MOL), Rumunii (Transgaz), Bułgarii (Bulgargaz) oraz Turcji (BOTAS). Początkowo zakładano, że gazociąg zostanie oddany do użytku w 2012 roku, jednak już teraz wiadomo, że termin ten jest nierealny i przesunie się być może aż o dwa lata.

Nabucco został włączony do programu Transeuropejskiej Sieci Energetycznej, finansowanej przez UE. Wyłącznie dzięki temu posunięciu Unia wesprze flagowy energetyczny projekt Europy 200 milionami euro ze wspólnej kasy. W porównaniu z tą kwotą, rosyjskie 16 miliardów euro upoważnia do twierdzenia, że Rosji prawie sto razy bardziej zależy na sprzedaży swojego gazu do Europy niż Europie na dywersyfikacji źródeł dostaw surowców energetycznych.

Czy Polska może czuć się bezpiecznie
Polskie zasoby surowców energetycznych są niewielkie - łącznie około 50 milionów ton ropy naftowej. Petrobaltic oraz PGNiG wydobywają rocznie około 0,8 miliona ton tego surowca, co zaspokaja zaledwie 3 procent rocznego zapotrzebowania. Pozostałe 97 procent importujemy z Rosji. Jedynie nieco lepiej wygląda sytuacja w przypadku gazu ziemnego. PGNiG wydobywa rocznie 4,3 miliarda metrów sześciennych gazu. Szacuje się, że przy dotychczasowym poziomie eksploatacji polskie złoża gazu zostaną wyczerpane za dwadzieścia pięć lat. Rocznie importujemy prawie 9,3 miliarda metrów sześciennych gazu, z czego 92 procent z kierunku wschodniego. Rosyjski gaz stanowi niespełna 63 procent całkowitego zużycia tego surowca w Polsce.

W przypadku gazu wciąż silna pozycja Rosji została ugruntowana podpisanym w listopadzie 2009 roku nowym porozumieniem w sprawie dostaw. Jeśli nic nie ulegnie zmianie, Rosja zwiększy swoje dostawy do 10,4 miliarda metrów sześciennych rocznie. W ramach dotychczas obowiązującej umowy Rosja była zobowiązana do 2022 roku dostarczyć, a Polska odebrać i opłacić 8 miliardów metrów sześciennych gazu rocznie.

W sprawie dywersyfikacji dostaw surowców energetycznych do Polski podjęto w ostatnim czasie szereg debat i jedynie kilka działań. W fazie finalnej jest projekt gazoportu w Świnoujściu. Inne projekty, jak gazociąg Baltic Pipe, łączący polski i duński system przesyłowy, rozbudowa sieci przesyłowej na terenie Polski północno-zachodniej, budowa w okolicy Szczecina interkonektora łączącego polski i niemiecki system przesyłowy, budowa połączenia z czeskim systemem przesyłowym, umożliwiającego odbiór gazu z gazociągu Nabucco, wykorzystanie koncesji posiadanych przez polskie spółki na poszukiwanie i wydobycie gazu ziemnego między innymi w Norwegii, Danii, Pakistanie, Kazachstanie oraz Libii - pozostają w fazie koncepcji. Coraz głośniej mówi się za to o energii jądrowej. W styczniu 2009 roku rząd przyjął uchwałę, na mocy której do 2021 roku w Polsce mają powstać dwie elektrownie jądrowe. Z uwagi na fakt, że średni czas realizacji jednego projektu „jądrowego" to dziesięć-dwanaście lat, w 2010 roku powinny ruszyć dwie budowy jednocześnie.

Polska jest wyspą bez reaktorów jądrowych na mapie Europy. Nie oznacza to jednak, że nie grozi nam kataklizm a la Czarnobyl. W promieniu 310 kilometrów od granic Polski rozmieszczonych jest dwadzieścia siedem reaktorów w dziesięciu elektrowniach o łącznej mocy 18 tysięcy megawatów. Na terenie UE działa sto czterdzieści pięć reaktorów w piętnastu państwach. Średni udział energii jądrowej  bilansie energetycznym tych krajów to 31 procent, jednak we Francji czy na Litwie udział ten przekracza 70 procent.

Zgodnie z dokumentem przygotowanym przez Ministerstwo Gospodarki „Polityka energetyczna Polski do 2030 roku", energy mix Polski w 2020 roku powinien wyglądać następująco: 50 procent węgiel, 20 procent gaz ziemny, 10 procent ropa naftowa, 15 procent energia jądrowa, 5 procent energia odnawialna. Zakładając, że za dziesięć lat te proporcje zostaną osiągnięte, a dotychczasowa struktura importu surowców energetycznych nie ulegnie zmianie, rosyjskie surowce energetyczne będą stanowiły nieco ponad 22 procent krajowego zużycia energii z tendencją spadkową (dzięki uruchomieniu gazoportu oraz realizacji pozostałych planów).

Polska będzie tym bezpieczniejsza, im więcej polskie władze wykażą zapału w realizacji planów i im silniejsza będzie determinacja i solidarność Unii Europejskiej w kwestii energetyki. Dotychczasowe doświadczenia, plany oraz ton dyskusji na temat surowców energetycznych w Rosji uprawdopodobniają tezę, że rosyjski gaz ziemny i ropa naftowa to nie tylko biznes, lecz także gra - często zacięta i na granicy zasad. Fakt, że kwestia dostaw surowców energetycznych nigdy nie będzie rozpatrywana z czysto biznesowego punktu widzenia, nakazuje europejskim przywódcom zająć twarde polityczne stanowisko w tej istotnej dla całej Europy sprawie.
Artykuł ukazał się w nr 1 (IX) 2010 dwumiesięcznika społeczno-politycznego alt
Czytany 11659 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04