czwartek, 19 styczeń 2012 10:13

Gregory Tinsky: Wesołego kryzysu i szczęśliwego nowego strachu! Dezintegracja świata

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

dezintegracja  Gregory Tinsky

Po raz pierwszy w powojennej historii Europa z ustabilizowanego elementu polityki światowej może przekształcić się w element zniszczenia. Jeśli europejska poprawność polityczna na razie jakoś powstrzymuje ekstremistyczne ruchy narodowościowe takich krajów jak: Węgry, Belgia, Holandia (nie mówiąc już o nadbałtyckich neofaszystach), to po zniknięciu Wspólnego Domu Europejskiego nie będzie miał kto nadzorować tego nieokrzesanego chuligaństwa.

Happy New Fear! - takie życzenia noworoczne składali sobie w Europie żartownisie, którym humor dopisywał mimo krachu euro, dezintegracji Unii Europejskiej, zagrożenia nowymi, potężnymi wojnami na Bliskim Wschodzie, Azji Środkowej, Afryce i Bóg wie jeszcze gdzie.

Dwanaście lat temu, u progu nowego wieku i nowego tysiąclecia, i bez tego kruchy porządek świata stracił równowagę. Każde społeczeństwo jest połączone powszechnie uznanymi prawami oraz sądami, a międzynarodowe społeczeństwo – legislacją i instytucjami międzynarodowymi. W momencie, gdy znacząca grupa społeczna zaczyna publicznie odrzucać obowiązujące ją prawo, rozpoczyna się dezintegracja społeczeństwa. Jeśli mówić o grupie krajów i społeczeństwie światowym - ma początek dezintegracja świata.

Kiedy w 1999 r. NATO rozpoczęło bombardowanie Jugosławii, kierując się troską o bezpieczeństwo kosowskich Albańczyków, nie postępując zgodnie z prawem międzynarodowym, rozpoczęła się dezintegracja istniejącego jeszcze wówczas porządku na świecie. Po sfałszowaniu przez wiceprezydenta Dicka Cheneya materiałów o rzekomym posiadaniu przez Saddama Husajna broni jądrowej i chemicznej, wojska amerykańskie wkroczyły do Iraku, bez sankcji Rady Bezpieczeństwa ONZ. To ostatecznie „zburzyło” społeczeństwo międzynarodowe. Teraz, kiedy ani prawo, ani instytucje międzynarodowe praktycznie nie funkcjonują stoimy u progu epoki lokalnych wojen i globalnego chaosu.

Ostatnie Boże Narodzenie w zjednoczonej Europie?

Oprócz problemów Unii Europejskiej związanych z gospodarką nabiera na sile protest przeciwko dominacji Niemiec w UE. Ideologami tego protestu są skrajnie prawicowe partie, broniące prymatu narodowych suwerenności w stosunku do ogólnoeuropejskich zasad „wspólnego domu”. Okazało się, że uratowanie europejskiego dobrobytu wymaga politycznych decyzji. Najdziwniejszą okolicznością dzisiejszych sprzeczności w UE wydaje się być fakt, że nowi członkowie Unii Europejskiej, którzy po wstąpieniu do wspólnoty zyskali najwięcej, teraz nie chcą za to płacić chociażby cząsteczką swojej samodzielności, a „pasmo stanowe” UE – Niemcy i Francja, przez te wszystkie lata dopłacający ze swoich budżetów do dobrobytu nowicjuszy, są gotowi robić to dalej.

Ale to tylko pozory. W rzeczywistości strefa euro jest korzystna przede wszystkim dla krajów eksportujących, tj. dla Francji i Niemiec, które dzięki wspólnej walucie swoimi bardziej jakościowymi i tańszymi towarami wypierały z rynków małych krajów europejskich towary miejscowych producentów. Z jakiegoś powodu milczą na ten temat profesjonalni ekonomiści Grecji, Włoch i innych państw europejskich, pogrążonych w kryzysie, którego skutki mogą zniszczyć nie tylko strefę euro, ale i samą zjednoczoną Europę. Już oddzielona od Europy Wielka Brytania jest najlepszym przykładem dla pozostałych państw.

Odmowa Davida Camerona, aby finansować Europejski Fundusz Stabilizacji Finansowej doprowadziła do tego, że Anglicy nie mogą brać udziału w nowych inicjatywach politycznych, dotyczących zmian w Traktacie ustanawiającym Konstytucję dla Europy, a więc stawia pod znakiem zapytania sam fakt istnienia Unii Europejskiej. W chwili obecnej trudno nawet wyobrazić sobie stopień niestabilności politycznej, którą spowodowałby rozpad UE. Jedno jest pewne: po raz pierwszy w powojennej historii Europa z ustabilizowanego elementu polityki światowej może przekształcić się w element zniszczenia.

Jeśli europejska poprawność polityczna na razie jakoś powstrzymuje ekstremistyczne ruchy narodowościowe takich krajów jak: Węgry, Belgia, Holandia (nie mówiąc już o nadbałtyckich neofaszystach), to po zniknięciu Wspólnego Domu Europejskiego nie będzie miał kto nadzorować tego nieokrzesanego chuligaństwa. Kiedy zamiast szarej myszki baronessy Ashton będziemy mieli do czynienia z grupą nieprzebierających w słowach i środkach ksenofobów, niecharyzmatycznego „prezydenta Europy” pana Van Rompuy’a będziemy wspominać z rozrzewnieniem. Jak powiedział Lech Wałęsa: „Plusy Unii Europejskiej mają swoje plusy i minusy”.

Wojny 2012 roku

27 grudnia, od razu po Bożym Narodzeniu Louise Arbour, była Wysoki Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka, a obecnie prezydent Międzynarodowej grupy do spraw zażegnywania kryzysów opublikowała w amerykańskim dwumiesięczniku Foreign Policy artykuł pt.: „Wojny następnego roku”, gdzie przepowiada 10 wojen, które mogą wybuchnąć w 2012 r. w określonych warunkach. Ponieważ na liście madame Arbour niektóre państwa biorą udział w kilku wojnach jednocześnie, przyjrzymy się jej w bardziej usystematyzowanym porządku.

Główne zagrożenie dla świata – Bliski Wschód

Według Louise Arbour ten tradycyjnie zagrożony atakami bombowymi region jest potencjalnym źródłem jednocześnie dwóch wojen. W rzeczywistości, jeśli chociaż jedna z przepowiadanych przez Arbour wojen rozpocznie się, nieuniknione będzie to, że do działań wojennych zostaną wciągnięte praktycznie wszystkie kraje regionu, a także Turcja, USA i NATO. Według Arbour zejście ze sceny politycznej Bashara Al-Asada może sprowokować konflikt zbrojny, którego uczestnikami będą Hezbollah, Syria, Iran i Izrael.

Taki wielostronny konflikt może być początkiem III wojny światowej. Syria, która znalazła się w centrum sprzecznych politycznych i wojennych interesów może stać się detonatorem irańskiej bomby, niezależnie od istnienia jej wersji jądrowej. Głosy licznych zwolenników i przeciwników „zapobiegawczego” ataku ze strony Iranu nawet nie wspominają o prawnych aspektach tego kroku. Rozważane są jedynie możliwości i skutki izraelskiego uderzenia, a także rola Stanów Zjednoczonych w tych zakładanych wydarzeniach. Nikt nie zamierza pytać o zgodę Radę Bezpieczeństwa ONZ, ponieważ oczywistym jest zastosowanie prawa veta przez minimum dwóch jej członków – Rosję i Chiny.

W tej sytuacji słuszność należy przyznać Iranowi, który korzystając z rady udzielonej dwa lata temu przez szefa agencji Stratfor dr Georga Friedmana, wykazał gotowość zamknięcia Cieśniny Ormuz, którą transportuje się ok. 40% światowych dostaw ropy naftowej. Z dziesięciu przepowiedzianych przez Louise Arbour wojen, dwie powinny wybuchnąć na Bliskim Wschodzie. Prawdopodobieństwo takiego rozwoju wydarzeń jest bardzo wysokie, chyba że zamiast dwóch lokalnych wojen należy spodziewać się jednej na ogromną skalę o charakterze globalnym.

Środkowy Wschód – na wschód od Bliskiego

Dwie wojny przepowiadane przez Arbour (afgańska i pakistańska) również należy złączyć w jedną. Te dwa państwa są ze sobą połączone trwałymi więzami politycznymi, etnicznymi i religijnymi. Jeśli wojna wybuchnie w jednym z nich, od razu rozpocznie się w drugim. Do opuszczanego przez Amerykanów Afganistanu jako do państwa należy odnieść się z rezerwą. Talibowie nie zostali pokonani. Rząd Karzaja prowadzi z nimi nie tyle negocjacje, co przetarg (naturalnie za środki USA). Pieniądze w walizkach są rozwożone najpierw do gabinetów urzędników rządowych, a stąd (w trochę uproszczonym wariancie) dalej – po bezkresnych przestworzach Afganistanu.

Jeśli wcześniej NATO płaciło haracz afgańskim watażkom za swobodne wprowadzenie do Afganistanu swoich ładunków wojskowych, to teraz płaci za to samo, ale w odwrotnym celu. Zerwanie stosunków USA z Pakistanem również nie poprawiło sytuacji wojsk NATO. Obecnie na terytorium Pakistanu tranzyt ładunków jest zamknięty, dlatego wyprowadzenie wojsk i techniki jest dla NATO poważnym problemem. Jeśli dodać do tego pakistańską bombę atomową, wewnętrzną niestabilność w tym kraju i ogromny wpływ Talibów, to oczywistym jest, że nowa wojna w tym regionie jest bardzo prawdopodobna. Jeśli wybuchnie, to będzie ona nie mniej niebezpieczna niż ta, która rozegra się na Bliskim Wschodzie.

Wojny lokalne

Jak cynicznie by to nie brzmiało, niektóre wojny prognozowane przez międzynarodową grupę do spraw zażegnywania kryzysów chyba nie będą miały takiego samego globalnego znaczenia. Louise Arbour przepowiada konflikty zbrojne w pierwszej kolejności w Afryce i śladami protestów w krajach arabskich w Kongo, Burundi, Kenii, Somalii, Tunisie i Jemenie. Spodziewana jest wojna i w Birmie, i w Azji Środkowej, a nawet w Wenezueli. Część przepowiedni jest całkiem prawdopodobna, ale tak czy inaczej wszystkie te konflikty raczej nie będą tak groźne jak w Azji Środkowowschodniej, a w szczególności na Bliskim Wschodzie.

Dezintegracja świata

Podsumowując 2011 rok można stanowczo stwierdzić, że dawno nie obserwowaliśmy turbulencji stosunków międzynarodowych w takim stopniu. Jeśli nawet jedna dziesiąta przepowiadanych nie tylko przez Louise Arbour, ale i przez innych politologów wydarzeń będzie miała miejsce to czeka nas ciężki rok, a może nawet lata. Albo poprzez poprawność polityczną, albo przez zapomnienie na liście Arbour nie znalazł się Irak, gdzie sytuacja sięga zenitu. Poza listą znalazł się także Egipt, gdzie rewolucja może stać się zjawiskiem permanentnym.

Najgorsze w tej sytuacji jest to, że instytucje, prawo i związki międzynarodowe rozpadają się. Ludzkość chyba po raz pierwszy od II wojny światowej jest tak podzielona, że nie jest gotowa wspólnie działać w przeciwstawianiu się przyszłym zagrożeniom i wyzwaniom opartym o różne kryteria – religijne, finansowe i ideologiczne. W najbliższej przyszłości będziemy postępować zgodnie z zasadą „każdy martwi się o siebie”. Stary porządek świata zostanie zburzony, a nowego nie ma nawet w planach. Pozostaje tylko liczyć na lepsze jutro i nie przygotowywać się na gorsze, bo to byłoby lekkomyślne.

Tekst pochodzi z serwisu win.ru. Tłumaczenie: Karolina Nowakowska. Fot. Dreamstime.com

Czytany 5574 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04