poniedziałek, 21 wrzesień 2015 07:17

Gracjan Cimek: „Nowa wędrówka ludów” w cieniu rywalizacji mocarstw

Oceń ten artykuł
(9 głosów)

dr Gracjan Cimek

Współczesna fala migracji islamskiej do Europy odbywa się w warunkach rywalizacji mocarstw, dlatego jej przesłanki i cele są związane interesami głównych aktorów geopolitycznych.

Główną siłą sprawczą procesów geopolitycznych są Stany Zjednoczone. Od okresu inwazji na Irak w 2003 r., a potem realizacji planu „Wielkiego Bliskiego Wschodu” ich celem było przemodelowanie pasa państw muzułmańskich na osi „od Marakeszu do Bangladeszu”. Jakkolwiek zamiar ten uzasadniany był dążeniem do upowszechnienia demokracji liberalnej, w istocie kierowany był dążeniem do stworzenia słabych, zbałkanizowanych państw pod kontrolą Zachodu. Wojna w Libii, tzw. arabska wiosna, wojna w Syrii, napięcia z Iranem, dramatyczna sytuacja Palestyńczyków oraz wojna w Jemenie, łączy metoda działania: jeden ład za pomocą chaosu przekształcić w drugi. Miliony zabitych, rannych, bezrobotnych, bezdomnych, bezradnych szuka więc dla siebie ratunku. Globalna komunikacja wizualizuje ziemię obiecaną; zbawienie nie jest tak daleko: na północy za morzem jest świat szczęścia i obfitości. Migranci przypominają więc marksowski proletariat: wyjść i walczyć w rewolucji z możliwością śmierci, ale i nadzieją zwycięstwa albo zginąć śmiercią głodową w domu. Istotnie chodzi tu właśnie o nowy proletariat: bitych, wykluczonych, mordowanych. Naloty walczące z tzw. Państwem Islamskim zabijają przecież wciąż głównie cywilów.

Ten proletariat XXI w. jest wytworem swojego przeciwieństwa, splątanego w nierozerwalnym uścisku jedności strukturalnej: kapitału XXI w. Podtrzymanie swego panowania, po utracie hegemonii duchowej („szalonych lat 1990’” Josepha Stiglitza, „końca historii” Francisa Forda Fukuyamy), wymusza stosowanie nowych rozwiązań. Tak, jak Napoleon III Bonaparte wykorzystał lumpenproletariat do walki z francuskim proletariatem, tak dzisiaj islamski ma służyć do walki z europejskim. Wszak „Europejskie marzenie” wciąż jawi się jako alternatywa dla „amerykańskiego snu”, gdzie robotnik wywalczył sobie status człowieka. Wprowadzana do obiegu publicznego debata bazująca na esencjonalistycznym podziale: my – Europa – oni – islam, jest tu elementem epistemologicznej zasłony, ukrywającej mechanizmy władzy kapitału globalnego.

Rolę jego obrońcy przyjął na siebie właśnie Waszyngton, usuwając ograniczenia wewnętrzne w 2010 r., od kiedy korporacje mogą bez ograniczeń finansować kampanie wyborcze. Do głębi neokonserwatywne Stany Zjednoczone tracąc grunt pod nogami „imperialnego cielska”, otwarcie zawołując: jesteśmy niezbędni, nasza wyjątkowość niczym nadejście Mesjasza, może uratować świat od grzechu i upadku. Bez nas chaos i pożoga. George Friedman w nowej publikacji (Flashpoints: The Emerging Crisis in Europe) otwarcie pouczył, by Europa nie liczyła, że wojna ją ominie. W tym świetle warte namysłu są dane mówiące, że wśród fali ludzi napływających na „stary kontynent” tylko mniejsza część pochodzi z państw ogarniętych wojną. W tym kontekście podkreślić należy rolę Ankary.

Turcja to przecież ambitne państwo, któremu pomimo trwającego narzeczeństwa, Unia Europejska odmówiła ożenku. Od miłości do nienawiści droga jest niedaleka. Odrzucone zaloty przekształciły się w chęć rewanżu. Szukając swojego miejsca na mapie regionu Ankara miotała się więc pomiędzy wielkimi tego świata: Rosją i USA. Zgoda na udostępnienie lotnisk amerykańskim samolotom, które bombardują islamistów na terytorium Syrii, to jasny znak, że supermocarstwo ponownie przytuliło do serca ostatnio tak zbłąkanego partnera w NATO. Z tego powodu zagrożony jest dziś projekt budowy rurociągu Turkish Stream, który podjęła Rosja, gwałtownie szukając alternatywy dla projektu South Stream, storpedowanego przez nacisk Waszyngtonu na Unię Europejską. Na powrót związana z USA, Turcja, zadowolona z kryzysu niszczącego swojego greckiego wroga, rozgrywa nową partię geopolitycznych szachów, których fala migrantów jest właśnie elementem. W Grecji przejęto niedawno kontener z bronią, który miał być wypełniony pomocą humanitarną. Po nas choćby i potop zdaje się słychać pomruki zza Atlantyku…

W bratnim uścisku z amerykańskim pojawia się kapitał niemiecki. Starzejące się społeczeństwo, wysokie płace robotników oraz doskonała sytuacja gospodarcza sprawiają, że niezbędne stają się tysiące nowych rąk do pracy. Rozsiewany dla potrzeb mas lęk przed obcością cywilizacyjną jest elementem wykoncypowanym przez niemiecką racjonalność instrumentalną. Uwzględnia się przecież, że potrzeby ludzkie: jedzenie, mieszkanie, praca to uniwersalne przesłanki życia człowieka. Doświadczenie z napływem Turków, w sytuacji kryzysu demograficznego po II wojnie światowej, pokazuje skuteczność niemieckiego systemu. Nowi imigranci oznaczają obniżenie płacy, dłuższą pracę, a oprócz zysków ekonomicznych, również polityczne w postaci osłabiania niemieckich robotników reprezentowanych przez silnie związki zawodowe. Transatlantyckie Partnerstwo w dziedzinie Handlu i Inwestycji pomiędzy USA i UE (tzw. TTIP) będzie wtedy łatwiej przeforsować, przełamując opór w imię interesów korporacji z obu stron Atlantyku. Robotnicy wysokorozwiniętych państw zachodnich, zamiast obrony swojej pozycji ekonomicznej, zajęci będą walką z imigrantami, obawiając się nie tylko taniej konkurencji, ale również o zdrowie własnych rodzin (różnice kulturowe w podejściu do kobiet), zamieszek czy nowych zamachów terrorystycznych.

Po rozpętaniu kryzysu ukraińskiego kwestia strefy wolnego handlu UE z Rosją została szczęśliwie dla Waszyngtonu zażegnana. W Niemczech pojawia się jednak konflikt wewnętrzny: część kapitału trwa przy USA, część nie chce rezygnować z dobrych stosunków z Rosją, także ze względu na jej rolę pomostu do Chin konstruujących geoekonomiczny projekt „Nowego Jedwabnego Szlaku”. Ta część kapitału opowiada się jednocześnie za utrzymaniem socjalnego charakteru państwa; dzięki rynkom zbytu na Wschodzie jest ono po prostu możliwe. Stąd dramatyczne apele podpisywane przez niemieckich notablów przeciwko wojnie z Rosją, czy aktywność byłych kanclerzy: Helmuta Schmidta i Gerharda Schroedera, popierających rosyjską narrację. Druga nitka gazociągu North Stream jest efektem tego stanowiska. Problemem pozostało przekonanie do zmiany podejścia, poddawanej antyrosyjskiej fobii, europejskiej opinii publicznej, w której pamięci zbiorowej wciąż tkwi obraz upadającego na Ukrainie malezyjskiego boeinga.

Tutaj uchodźcy nabierają nowego potencjału kształtowania znaczeń funkcjonujących w wyobraźni geopolitycznej. Forsujący granice państw europejskich, wyskakujący z pociągów, rzucający kamieniami mężczyźni o odmiennym obliczu kulturowym poddają świadomość Europejczyków nowej hipnozie. Traci siłę idea wspomagania tzw. opozycji syryjskiej przez Zachód, która coraz mniej odróżnia się od wsparcia najemników i terrorystów islamskich. W efekcie zmienia się rola Moskwy, która była od początku obrońcą Baszara al-Asada, dokonując przełomowego kroku w rywalizacji mocarstw w postaci powstrzymania, obiecanej otwarcie przez prezydenta Baracka Obamę, militarnej akcji przeciwko Syrii. Łatwość stygmatyzacji Rosji wskutek wojny na Ukrainie, pozwalała wiedzieć w niej główne zagrożenie dla Europy. Jednak to fala imigrantów, nie mówiących przecież po rosyjsku, wywołuje naciski skierowane do europejskich przywódców o przywrócenie bezpieczeństwa ze strony chodzących przecież do wyborów. Wskazana zmiana wyobrażeń ułatwiła rządom Austrii, a potem Hiszpanii, a nawet Francji rozwój dyskursu dotyczącego konieczności uwzględnienia roli Rosji, a także jej regionalnego sojusznika – Iranu w rozwiązaniu kryzysu syryjskiego. Czyżby nowa wędrówka ludów nosi znamiona putinowskiego ruchu ku przestrodze?

Nie jest to wykluczone. Dla amerykańskich jastrzębi i NATO Moskwa stosuje przecież natężone loty bombowców strategicznych, często z bronią jądrową na pokładzie, blisko granic państw sojuszu. Wyobraźnia geopolityczna społeczeństw wymaga jednak użycia zasobów miękkiej siły, a więc informacyjno-psychologicznych. Pukający do „wspólnego domu Europa” islamski imigrant odgrywa analogiczną rolę, jak militarne straszaki, pukające do przestrzeni powietrznej państw NATO.

Narastająca zmiana stosunku wobec Rosji wywołuje obawy USA. Nadchodząca niechybnie interwencja wojsk rosyjskich w Syrii, w obronie legalnych władz, uzyska bowiem ciche poparcie Europy, ale Waszyngtonowi pokrzyżuje plany strategiczne. Wszak pomimo bombardowań tzw. Państwo Islamskie ma się całkiem dobrze, za to państwo syryjskie dogorywa. Działania armii rosyjskiej mogą niewątpliwie dokonać istotnej zmiany, zwłaszcza w sojuszu z Iranem, a także z pomocą Egiptu. Trzy telefony, które w krótkim czasie wykonał sekretarz stanu John Kerry do szefa rosyjskiej dyplomacji Siergieja Ławrowa z upomnieniem, świadczą o dużej determinacji Waszyngtonu.

W tak ustrukturyzowanej szachownicy geopolitycznej musimy oczekiwać nowych wydarzeń nadzwyczajnych, wśród których fala uchodźców będzie tylko jednym z wielu. Pamiętajmy, że wielcy gracze mają w swoim arsenale takie instrumenty, jak prowokacje, zamachy terrorystyczne, medialne nagonki, użycie wojska... W rywalizacji geopolitycznej wokół „nowej wędrówki ludów” trzema głównymi aktorami są obecnie Rosja, USA i Niemcy. Ten pierwszy wspierany jest przez Iran, Syrię, i Chiny; drugi – przez Wielką Brytanię, Izrael, Turcję i Arabię Saudyjską; a trzeci lawiruje pomiędzy pozostałymi; gdzieś obok widzimy wahającą się Francję, obarczoną odpowiedzialnością zwłaszcza za upadek Libii. Gdzie znajdzie się w tej konfiguracji Polska? U boku Niemiec, czy USA? Dochodzące zza oceanu wezwania do odbudowy idei międzymorza wskazują na wyznaczniki naszej przyszłej aktywności regionalnej. Wszak były prezydent Bronisław Komorowski, podczas przemówienia w niemieckim Bundestagu wzywał do zawarcia promowanego przez Waszyngton TTIP, a nowy prezydent Andrzej Duda zapowiedział jedynie korektę polityki zagranicznej. Tymczasem Słowacja, Czechy i Węgry nie wyglądają jednak na tak zasłuchane. Kroki Warszawy do integracji Międzymorza w rytm jednego werbla doktrynalnego będą więc obecnie nadzwyczaj trudne. W tej sytuacji obrona Kijowa przed Moskwą bez uwzględnia wyżej wskazanych czynników jest krokiem w ślepą uliczkę; pułapką nie-geopolityki, obciążonej zakurzoną ideą...

Fot. www.pravda.rs

Czytany 4794 razy