wtorek, 04 sierpień 2015 07:05

Eugeniusz Januła: Leopard, czy...?

Oceń ten artykuł
(21 głosów)

płk dr Eugeniusz Januła

W natłoku wielkiej strategii bieżącego roku, przesyconej polityką, kiedy Rosja wycofała się z Traktatu o konwencjonalnych siłach zbrojnych w Europie (CFE), a prezydent RP, z właściwym mu infantylizmem, zgodził się z góry na zainstalowanie w naszym kraju systemu wyrzutni rakietowych, w ramach budowy światowej tarczy, która ma skutecznie chronić kontynent północnoamerykański przed niespodziewanym uderzeniem rakiet ze strony państw „hultajskich”, ucieka inny ważny problem – również z pogranicza militariów i ekonomiki – mianowicie konieczności wymiany, bądź głębokiej modernizacji naszego sprzętu pancernego.

Czołgi, które pojawiły się po raz pierwszy na polach bitew I wojny światowej, odgrywając obok lotnictwa podmiotową rolę w II wojnie, w dalszym ciągu są uważane za poważne atuty pola walki, mimo że już kilkakrotnie wróżono schyłek temu rodzajowi broni. Wojny na Bliskim Wschodzie, Bałkanach, a w szczególności przebieg „Pustynnej Burzy” dowiodły, że samo lotnictwo i bronie inteligentne, mimo że są w stanie skutecznie obezwładnić nieprzyjaciela, nie mogą jednak opanować jego terytorium. Tu właśnie rola czołgu jako podstawowej i wszechstronnej broni pola walki, ujawniła się najbardziej. Dodać należy, że Polska – tu trzeba powiedzieć niestety posiada otwarte terytorium o nizinnym charakterze, świetnie nadające się do operowania zagonami pancernymi, czego dowiódł Przebieg całej II wojny światowej, a nie tylko kampanii wrześniowej. Ekonomia pola walki jednoznacznie wskazuje, że najlepszym przeciwnikiem dla wrogiego czołgu jest właśnie własny czołg. Polska nieprzypadkowo intensywnie zabiegała w czasie wiedeńskich rozmów rozbrojeniowych, które z czasem doprowadziły do traktatu CFE, który zredukował m.in. o stosunkowo duży limit czołgi. Są one bowiem znacznie tańsze w eksploatacji i szkoleniu specjalistów niż np. równie ważne lotnictwo.

Czołgi, o czym należy pamiętać, podobnie jak i inne systemy uzbrojenia, dobiera się nie tylko z uwagi na możliwości techniczno-operacyjne, ale przede wszystkim dopasowuje się do istniejącej lub tworzonej doktryny wojennej. Układ Warszawski reprezentował niezbyt skomplikowaną, ale przerażająco skuteczną doktrynę wojenną w stosunku do europejskiego teatru działań wojennych. Zamierzano po prostu pod osłoną atomowego ognia zalać zachodnią Europę wielką ilością czołgów i bojowych wozów piechoty, przy zakładanej równowadze lotniczej. Aby taką doktrynę można było realizować, należało mieć do dyspozycji ogromną liczbę ruchliwych czołgów i BWP. Było to w jakiś sposób odbiciem doktryny z drugiej części II wojny światowej, gdzie po batalii pod Kurskiem wojska radzieckie, m.in. dzięki posiadaniu słynnego T-34 zaczęły wyraźnie dominować na polu walki. Mimo, że niemieckie Tygrysy i Pantery jakościowo były znacznie lepsze, w końcu przeważyła ilość. Nie inaczej było też w schyłkowej fazie wojny na froncie zachodnim, gdzie amerykański Sherman pełnił rolę analogiczną, co radziecki T-34.
Układ Warszawski – czytaj ZSRR, kontynuował doktrynę marszałka Gieorgija Żukowa. W pierwszej fazie Zimnej Wojny radziecki T-54, nieco później jego udany następca T-55 miały być jednymi z głównych i skutecznych narzędzi wojny z Sojuszem Północnoatlantyckim. Takie czołgi posiadały też odpowiednio Polska i inne państwa sojusznicze, a raczej satelickie wobec „Wielkiego brata”. Natomiast zachód w konstrukcjach broni pancernej lat 1950’ i 1960’ bynajmniej nie dominował. Można powiedzieć, że czołgi radzieckich konstrukcji, czyli wspomniane kolejne konstrukcje T-54 i T-55 wyraźnie górowały swoimi parametrami nad będącymi w powszechnym użyciu przez NATO amerykańskimi M-47 i M-48. Dopiero angielski Centurion, co pokazała Wojna Sześciodniowa między uzbrojonym w zachodni sprzęt Izraelem a państwami arabskimi, które z kolei posiadały sprzęt systemu radzieckiego, nierzadko wyprodukowany też w naszym kraju, udowodnił swoją bezwzględną wyższość nad T-54. Jednak należało w tym wypadku jeszcze wziąć pod uwagę poziom wyszkolenia wojsk izraelskich z jednej strony, a z drugiej egipskich, syryjskich i jordańskich. Aczkolwiek przy Egipcjanach i Syryjczykach znajdowało się bardzo wielu radzieckich doradców... Tych już nie można było posądzać o niedobory w poziomie wyszkolenia.

Właśnie w latach 1970’ zarówno po jednej jak i drugiej stronie „Żelaznej Kurtyny” zaczęły wchodzić na uzbrojenie zupełnie nowe generacje systemów uzbrojenia, w tym sprzętu pancernego. Po ówczesnej stronie wschodniej pierwszym czołgiem nowej generacji miał być oczywiście radziecki T-62 z działem 115 mm. Celowo piszemy „miał być”, ponieważ okazał się kompletnym niewypałem, ale jego następca – T-72 był już bardziej udaną konstrukcją. Konstrukcja ta, której musimy poświęcić ze zrozumiałych względów więcej uwagi, była szybkim pojazdem o niskiej, zwartej sylwetce. W odróżnieniu od swoich poprzedników, czyli T54 i T-55, posiadała pancerz warstwowy, spawaną a nie odlewaną wieżę, a także ogromnego, jak na czołg, kalibru działo. Ta armata gładkolufowa o kalibrze 125 mm miała być rozstrzygającym argumentem na polu walki. Przy tych walorach specjaliści dopatrywali się jednak i wad, które w miarę upływu czasu stawały się coraz większymi mankamentami tej maszyny. Mianowicie T-72 był podobnie, jak i inne radzieckie konstrukcje, ogromnie paliwożerny. Pancerz okazywał się wysoce niewystarczający, a armata dostosowana w zasadzie do amunicji kumulacyjnej, dysponowała wcale nie tak wielką siłą przebicia. No i jeszcze jedno – ta armata o wielkim kalibrze, mimo modernizacji systemu celowania, stabilizacji itd. pozostawała wciąż mocno niecelna. Podobnie zresztą jak i znacznie mniejszego kalibru armata gładkolufowa, stosowana w bojowych wozach piechoty. Rosjanie jednak tradycyjnie poniekąd chcieli posiadać mobilny czołg, który ilością miał pokryć ewentualne wady. Zdawano sobie bowiem sprawę, że mimo niskiej sylwetki i dużej ruchliwości, masa tych czołgów zostanie zniszczona na polu walki. Stąd posiadał tylko trzyosobową załogę. Czwartego załoganta – popularnego ładowniczego, zastępował automatyczny podajnik amunicji. Niestety stanowił on jedną z kolejnych pięt achillesowych maszyny. Bardzo często się zacinał i T-72 stawał się wtedy bezbronny. Załoga była tak posadowiona, że ręczne ładowanie armaty było mocno problematyczne. W razie trafienia natomiast załoga była przeznaczona na straty – półleżąca pozycja uniemożliwiała szybkie wydostanie się z maszyny. Podczas ćwiczeń poligonowych okazało się również, że z wielkokalibrowej armaty można było skutecznie strzelać najwyżej na odległość 900–1000 m, tzw. strzałem bezwzględnym, mimo że dane techniczne sugerowały, iż jest to znacznie więcej, bo 1500 m.

Trzeba dodać, że T-72 był stosunkowo drogi i skomplikowany w procesie technologicznym. Jest to zrozumiałe, bo zwykle tak bywa, jeżeli powstaje konstrukcja nowej generacji. Polska za równowartość około 1,5 mld USD w barterze oczywiście, nabyła od ZSRR licencję na produkcję T-72. Pod ścisłą kontrolą rosyjską uzyskała również prawo do sprzedaży czołgu zaprzyjaźnionym krajom. Nie jest żądna tajemnicą, że ok. 70% czołgów Saddama Husajna, zniszczonych przez wojska sojusznicze w toku „Pustynnej Burzy” było wyprodukowanych przez Bumar Łabędy.

Równolegle w państwach NATO powstawały kolejne konstrukcje nowych generacji czołgów. Akurat Amerykanie byli tu mocno opóźnieni, bo ich maszyna M-60, mimo wielu modernizacji, była produktem nieudanym, a duża wysokość czyniła ten czołg idealnym celem dla przeciwnika. Natomiast Niemcy i Anglicy uzyskali znaczące postępy. Angielski Chiftain był klasyfikowany jako bardzo udana konstrukcja. Jego atutami było doskonałe działo kalibru 105 mm, wielowarstwowy pancerz, jak również bardzo elastyczny silnik. W późniejszych wersjach instalowano armatę 120 mm z amunicją podkalibrową, która dosłownie „brała” wszystko. Mankamentem była natomiast jego wysoka cena. Bardzo pragmatyczni Niemcy zbudowali kolejno Leoparda 1 z działem 105 mm oraz bardzo udanego Leoparda 2 z armatą 120 mm firmy Rheinmettall, która była równie wysoko oceniana, jak armata l-120 zainstalowana w czołgu angielskim. Niemcy zastosowali w swoim Leopardzie konstrukcję modułową, przystosowując go od razu do ewentualnych daleko idących modernizacji. Te konstrukcje oraz francuski AMX-40 Leclerc, były bardzo groźną odpowiedzią na T-72. Wszystkie te czołgi były podporządkowane doktrynie wojennej NATO, która miała zatrzymać czołgi Układu Warszawskiego poprzez zadanie im olbrzymich strat. Czołgi niemieckie, francuskie i angielskie miały lepsze pancerze, skuteczniejsze armaty itd. Ponadto armaty zachodnich maszyn skutecznie strzelały na znacznie większe odległości. Przykładowo Leopard 2 mógł swoją armatą Rheinmettal niszczyć T-72 już na odległości 2400 m. Autor pamięta jak w szkole oficerskiej podawano przeliczniki, informując podchorążych oficjalnie, że Leopard w boju spotkaniowym niszczy przeliczeniowo (czyli statystycznie) 2,5 czołgu T-72, ale wykładowca oglądając się na drzwi mówił przy tym przyciszonym głosem – on zniszczy 5–6 naszych zanim podejdziemy gdzieś z boku czy z tylu, gdzie ma słabszy pancerz.. Trochę mniej niekorzystny był przelicznik przy czołgach angielskich i francuskich, ale też wysoce niekorzystny.

Lata 1980’ i 1990’ wprowadziły tyle nowego w technice pancernej, że USA wyprodukowały wreszcie swój superczołg M-1 Abrams – maszynę rzeczywiście wspaniałą, najeżoną wprost elektroniką i innymi nowinkami technologicznymi. Napęd stanowi niewielka gabarytowo turbina gazowa. Dalmierze laserowe i komputerowe przeliczniki pozwalają na pełne obrazowanie pola walki. Jedyną wadą Abramsa jest straszliwa wprost cena, która uniemożliwia wręcz zakup przez inne kraje. Istnieje też drugi mankament. – turbina gazowa mimo małych gabarytów zużywa astronomiczne ilości paliwa. Brytyjczycy, którzy zawsze byli na czele wśród budowniczych czołgów, odpowiedzieli swoim Chalengerem, który wśród specjalistów uważany jest za równorzędny z Abramsem. Nie chcieli być gorsi i Francuzi. Ostatnie dziecko konstruktorów znad Sekwany to AMX-40 Leclerec – też bardzo dobry i szalenie kosztowny czołg. Rosjanie już w późnych latach 1970’ przestali modernizować T-72, tworząc kolejno T-80 i wreszcie T-90. Ten ostatni uważany jest przez profesjonalistów za równorzędny do amerykańskiego Abramsa, który w dodatku jest pięciokrotnie tańszy. Z kolei T-80 podobnie, jak Abrams, napędzany był i jest przez turbinę gazową. Po prostu Rosjanie wzięli gotowy silnik turbinowy, napędzający śmigłowce Mi-8 i Mi-24, przystosowali go do spalania gazu i już mieli maszynę, która od biedy mogła uchodzić za równorzędną do amerykańskiej konstrukcji.

Niemcy natomiast mający wieloletnie doświadczenia pozostali przy swoim Leopardzie, coraz głębiej go modernizując. Co prawda jest to bardzo ciężki, ale nie ociężały czołg, o wadze prawie 64 ton. Po zastosowaniu brytyjskiego ceramicznego pancerza i laserowych dalmierzy celowniczych jest to maszyna nie tylko utrzymująca się w pierwszej lidze maszyn bojowych, ale jednoznacznie im liderująca. Szereg państw, nawet tak odległych jak Australia czy neutralnych jak Szwecja nabywa właśnie Leopardy, które są, określając lapidarnie – dobre i względnie tanie, a ponadto podatne na dalsze modernizacje.

Sytuacja polskiej broni pancernej jest bardzo złożona. Posiadamy kilkaset nieco zmodernizowanych czołgów T-72M oraz 220 sztuk głęboko zmodernizowanych „siedemdziesiątek dwójek” noszących miano „Twardy”. Rzeczywiście polskie maszyny te dostały nowy reaktywny, ale nie ceramiczny pancerz, francusko- izraelski laserowy dalmierz i szereg innych ulepszeń. Jednak ta modernizacja ma też negatywne strony. Mianowicie czołg sporo przybrał na wadze. 9 dodatkowych ton przy tym samym silniku swoje robi, przez co maszyna stała się po prostu ociężała. Mankamentem pozostaje też wielkokalibrowa, ale nienajlepsza armata. Wprawdzie wyprodukowano do niej również amunicję podkalibrową, ale cudownych wyników ta gładkolufowa armata już nigdy nie będzie posiadać. Oczywiście modernizacja kosztowała sporo, a nawet bardzo. Mimo to czołg Twardy do pierwszej ligi należał nie będzie nigdy. Nie da się np. polepszyć usadowienia załogi, zastąpić podajnika innym systemem itd. Tymczasem 10. Brygada Kawalerii Pancernej ze Świętoszowa jeździ i ćwiczy na Leopardach. Nie jest to żadna rewelacja, bo ta brygada oprócz tego, że wchodzi w skład 11. Lubuskiej Dywizji Kawalerii Pancernej, równolegle stanowi też brygadę niemieckiej 7. Dywizji Pancernej w ramach Połączonego Dowództwa Korpusu Sił Szybkiego Reagowania NATO w Europie. Pancerniacy ze Świętoszowa bardzo chwalą sobie niemieckie Leopardy. Tym bardziej, że znają dobrze również nasze Twarde i T-72M.

Dla naszych sił zbrojnych nadchodzi czas wyboru. Musimy się zdecydować, jakie maszyny będą naszym podstawowym czołgiem, gdzieś do 2040 roku. Swego czasu Bumar nie chciał nawet słyszeć o koncepcji przejścia na niemieckie Leopardy. Argumentował to faktem, że jakiś czas temu uzyskał zamówienie na 48 czołgów typu Twardy od Malezji, a produkuje również pojedyncze, co prawda egzemplarze wozów technicznych – na podwoziu T-72 zarówno dla Malezji, jak i dla Indii. Jednak specjaliści od wojsk pancernych reprezentują diametralnie inna koncepcję. Twierdzą, że tego czołgu tj. Twardego dalej modernizować się już nie da. Oczywiście wielkim nakładem kosztów zawsze jest to możliwe, ale po co... Natomiast paradoksem jest fakt, że właśnie polscy konstruktorzy, konkretnie Wojskowy Instytut Techniki Pancernej posiadał u progu lat 1980’ opracowane i zaawansowane plany nowoczesnego i względnie taniego czołgu Goryl. Wtedy jednak wiały inne wiatry. Polscy politycy zapatrzeni byli w niebo i jeździli, niczym grupa komiwojażerów po świecie, żeby nabyć samoloty. Zakupili w efekcie samolot F-16, skonstruowany w 1972 roku. Czołgi były w tych latach tematem niemodnym, więc politycy nie za bardzo się tym interesowali. W ten sposób zaprzepaszczono wielką szansę, jaką było wdrożenie produkcji Goryla. Miał on szanse bowiem ujrzeć światło dzienne przy zamówieniach na jakieś min. 2 tys. egz. Przecież trzeba zamówić i wyprodukować całe oprzyrządowanie oraz zbudować bazę logistyczną dla danego typu. Pytanie, jakie należy dzisiaj postawić, to czy powrót do tej koncepcji wraz z unowocześnieniami jest jeszcze możliwy?

Alternatywa druga to taka, że firma Krauss-Maffei, czyli producent Leoparda, dopuściłaby do permanentnej modernizacji tego czołgu polski Bumar. Jeżeli tak, to na jakich warunkach ekonomicznych. Czy są inne możliwości?

Raczej niewielkie, bo pozostanie przy T-72 byłoby olbrzymim regresem, natomiast dalsze modernizacje tego czołgu do mutacji Twardy też są nie bardzo opłacalne. Życzliwych polityków, którzy napomykają o możliwości kooperacji z Ukrainą, informujemy, że to państwo posiada szereg typów czołgów poradzieckich oraz teoretycznie własny, ale także oparty na T-72M czołg typu T-82U. W konsekwencji Ukraina sama chętnie sprzedawałaby nam swoje czołgi, co oczywiście jest czystą utopią, bo dzisiaj paradoksalnie Ukraina sama potrzebuje i to pilnie sprawnych czołgów. Straciła bowiem w walkach w Donbasie około 700 egz. Ma teoretycznie jeszcze ok. 2500, olbrzymią większość nie na przysłowiowym chodzie. Inne środkowoeuropejskie państwa NATO absolutnie nie wyrażają zainteresowania modernizacją swoich T-72 przez Polskę. Czesi sami zmodernizowali swoje czołgi, ale też zamierzają przejść na Leopardy. Tym bardziej, że skala ich potrzeb to tylko 140 maszyn. Z kolei Słowacja ma swojego T-72 Moderna, przy którym zamierza pozostać przez najbliższych co najmniej 10 lat. Bułgaria i Rumunia z kolei czynią starania, żeby przejąć od Niemców starszą wersję Leopardów 1 z armatą 105 mm. Prawdopodobnie otrzymają je za darmo, podobnie zresztą, jak my dla wyposażenia naszej 10. Brygady.

Staje przed Polskimi Siłami Zbrojnymi i przed przemysłem zbrojeniowym równolegle wielki dylemat, za jaką koncepcją się opowiedzieć. Wskaźniki ekonomiczne przemawiają zdecydowanie za zakupem używanych, ale mocno unowocześnionych Leopardów. Kolejną partię prawie 200 czołgów tego typu właśnie kupiliśmy. Są one około trzykrotnie tańsze niż proponowany jako alternatywa fabrycznie nowy, ale przestarzały technologicznie i taktycznie Twardy. Tymczasem trzeba modernizować te pierwsze Leopardy, otrzymane lata wcześniej za darmo. Polska nie posiada możliwości technologicznych, by zmodernizować te wozy samodzielnie. Zatem modernizacji mogą się podjąć tylko zakłady Krauss-Maffei w kooperacji z Rheinmettallem. Politycy polskiej prawicy już jednak uderzyli w alarmowe bębny, bo jakże to jacyś Niemcy będą modernizować polskie teraz czołgi.

Kontredans trwa a tymczasem trzeba już patrzeć w dalszą perspektywę. Niemcy przygotowują tymczasem na razie koncepcję, budowy czołgu Leopard III Killer. Zainteresowana ewentualną koprodukcja jest też Francja, bo jej własne konstrukcje są po prostu horrendalnie kosztowne. Najbardziej pragmatyczne dla naszego kraju jest przyłączenie się do kształtującego się konsorcjum. Minęły już lata i na perspektywę ok. 30–40-letnią polski Goryl, którego konstrukcja nie wyszła nigdy poza wstępną fazę koncepcyjną, będzie już mocno przestarzały. Tym bardziej, że czołg przyszłości będzie na pewno konstrukcją z bezzałogową wieżą.
Kilkanaście lat temu nabyliśmy od Finlandii projekt kołowego transportera opancerzonego Patria ,który w powiększonej o jedną oś wersji zaczęliśmy produkować jako Rosomak. Dziś trochę zapomniano już o euforycznych nastrojach niektórych nieodpowiedzialnych polityków, którzy przekonywali że polskiego Rosomaka będzie kupował praktycznie cały świat. Jakoś zamówienia dotychczas do Siemianowic nie dotarły, a sam pojazd okazał się średnio udany. W pierwszych egzemplarzach, które trafiły do Afganistanu, musiano montować w szybkim tempie dodatkowe izraelskie pancerze bo polskie opancerzenie okazało się mało odporne nawet na ogień wielkokalibrowych karabinów maszynowych, których na skalę masową używali talibowie. Koszty były wielkie a transporter kołowy stracił swą podstawową, cechę czyli ruchliwość. Dziś jednak euforia ruszyła znów pełną parą. Słowacja jest zainteresowana nabyciem ok. 130 podwozi do kołowego transportera. Rozmawia oczywiście również z Polską, ale przede wszystkim z Kanadą, gdyż ta ostatnia oferuje swoją uproszczoną i przez to tańszą wersję Piranii. Jest to najpopularniejszy obecnie transporter kołowy na świecie, pomijając oczywiście rosyjskie z rodziny BTR…

Czy Słowacja kupi od nas, czy też raczej od Kanady – pokaże czas... Tu akurat z naszej strony nie ma pośpiechu. Jednak w sprawie czołgów czas w miejscu nie stoi. Kierunkowe decyzje, oby racjonalne, powinny zapaść w tym roku...

Fot.: Niemiecki czołg Leopard 2, znajdujący się na polskim wyposażeniu.
Źródło:  www.defenseindustrydaily.com
Czytany 5417 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 03 sierpień 2015 15:55