poniedziałek, 01 wrzesień 2014 06:03

Eugeniusz Januła: Czarne barwy września 1939 r.

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Schleswig_Holstein dr Eugeniusz Januła

„Rocznicowe” publikacje są w Polsce na porządku dziennym. W okolicach 1 września dominują w publicystyce dwie tematyki. Jedna związana z szeroko pojętymi problemami edukacyjnymi, a druga to kampania wrześniowa. Ten drugi temat to jednak zwykle wałkowanie po raz n-ty, bo raczej nie chłodne analizy przebiegu wojny obronnej w 1939 roku.

Temat oczywiście wdzięczny dla publicystyki niemniej właśnie jest ale... Trzeba bowiem zadać sobie w końcu pytanie, dlaczego tak szybko i w sposób niemalże haniebny przegraliśmy tę wojnę? Zgadzamy się oczywiście z tezą, że ta kampania wygraną być nie mogła. Przewaga ekonomiczna, demograficzna, infrastrukturalna czy wreszcie czysto militarna – są to czynniki, nad którymi nie można przejść do porządku dziennego, ani też błyskawicznie tych dysproporcji zniwelować. Jednak znając plany przeciwnika, można skutecznie paraliżować jego poczynania, opóźniać działania, licząc na interwencję sojuszników. Sojusznicy, czyli Francja tudzież Wielka Brytania z realną pomocą nam nie przyszli. Nie ma jednak wątpliwości, że gdyby Niemcy napotkali mądrze zorganizowany i potężny opór, sojusznicy uderzyliby skutecznie na linię Zygfryda. Wtedy Niemcy znalazłyby się w sytuacji walki na dwa fronty. W ramach rozmów sztabowych właśnie kategoria „jak długo Polska może się opierać” stanowiła podstawę dyskusji. Francja mobilizowała się bardzo wolno. Ograniczoną ofensywę przewidziano dopiero na trzeci tydzień mobilizacji, a większe akcje na około 22–24 dzień. To była wina przestarzałej doktryny i sposobu myślenia gen. Maurice’a Gamelina, który był w tej fazie wojny naczelnym dowódcą. Brytyjczycy z kolei posiadali bardzo niewielkie siły lądowe. Ich pomoc w tej formie mogła być tylko symboliczna. Bardziej można było liczyć na blokadę Niemiec ze strony Royal Navy, co też nastąpiło. Obok „dziwnej wojny” na Zachodzie, na morzach trwała od pierwszych dni września ostra i normalna wojna. Tyle, że ów front nie mógł w tej fazie konfliktu przynieść rozstrzygnięcia.

Polska, a ściślej mówiąc marszałek Edward Rydz-Śmigły i jego szef sztabu gen. Wacław Stachniewicz znali dość dokładnie niemiecki plan wojny. Było to zasługą pracy całego polskiego wywiadu, a nie tylko specjalistów od kryptologii, którzy „czytali” niemieckie szyfry, dzięki poznaniu budowy niemieckiej maszyny szyfrującej „Enigma”. Tu cały polski ówczesny II Oddział Sztabu Generalnego ponosi wielkie zasługi. Natomiast zmysł strategiczny i operacyjny naczelnego wodza zupełnie zawiódł. E. Rydz-Śmigły teoretycznie posiadał dwie możliwości. Albo stoczyć jedną do trzech bitew w pobliżu granicy o zasięgu operacyjnym, z dużym prawdopodobieństwem przegrania lub też cofać się, opóźniając działania przeciwnika. Teoretycznie wybrał to drugie rozwiązanie, bo bitwa nad Bzurą była elementem wymuszonym. Jednak ten zamysł był realizowany fatalnie. Bo też marszałek żadnym wybitnym wodzem ani nawet talentem operacyjnym nie był. Raczej można go oceniać jako wojskowego dyletanta.

Ponadto zacofanie doktrynalne i sprzętowe polska armia zawdzięczała nie komu innemu, jak marszałkowi Józefowi Piłsudskiemu. Ten z kolei był wybitnym politykiem, chociaż bardzo kontrowersyjnym, ale wodzem na pewno nie. W armii austriackiej dowodził tylko brygadą. Natomiast w czasie wojny polsko-bolszewickiej bardzo często puszczały mu po prostu nerwy, co dobremu wojskowemu zdarzać się nie może. W czasie bitwy warszawskiej był na skraju rozstroju nerwowego i załamania psychicznego. To nie J. Piłsudski, a ówczesny szef sztabu generalnego gen. Tadeusz Rozwadowski dostrzegł szansę w odsłonięciu południowego skrzydła frontu Michaiła Tuchaczewskiego i szybko opracował plan wielkiej operacji, którą później określano „cudem nad Wisłą". J. Piłsudski aż do śmierci miał natomiast w pamięci uderzenie konnej armii Siemiona Budionnego na Ukrainie i jej dalsze udane działania, które doprowadziły stronę polską do pasma klęsk militarnych. Stąd uważał, że kawaleria jest najważniejszym, bo ruchomym elementem sił zbrojnych. Dlatego właśnie wielkie sumy łożono w międzywojennej Polsce na bardzo kosztowne utrzymanie tej formacji zbrojnej. Trzeba uczciwie przyznać, że E. Rydz-Śmigły coś niecoś rozumiał z potrzeby postępu i wydał decyzje, że kolejne brygady kawalerii miały przekształcać się w związki pancerno-zmotoryzowane. Powstały jednak tylko dwie takie brygady, co było przysłowiową kroplą w morzu potrzeb.

Kampanię, jak już pisano wyżej, przegrała Polska w sposób haniebny i próby składania winy na kiepskich oczywiście sojuszników na nic tu się nie zdadzą. Nawet z tymi siłami, które były – można było walczyć inaczej i nie marnotrawić żołnierskiego wysiłku, gdyż żołnierz polski walczył znakomicie. Mimo, że posiadał o dwie generacje gorsze uzbrojenie, dawał praktycznie na każdym kroku dowody swojego patriotyzmu. Zawodziło natomiast dowodzenie. Tylko niewielu dowódców armii zdało swój bojowy egzamin. Generałowie Tadeusz Kutrzeba – dowódca Armii Poznań oraz Franciszek Kleeberg – dowódca Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Polesie” zdali pozytywnie swój dowódczy egzamin. Do nich można jeszcze dołączyć kontradmirała Józefa Unruga – dowódcy obrony Wybrzeża. Na nieco niższym szczeblu nie zawiedli też generałowie Mikołaj Bołtuć, Edmund Knoll-Kownacki i Mieczysław Boruta-Spiechowicz i może jeszcze paru innych... Jednak istnieją niestety i to liczne przypadki po drugiej stronie wagi. Gen. Juliusz Rómmel – dowódca Armii Łódź opuścił swoją armię i zjawił się w Warszawie, gdzie szef Sztabu Naczelnego Wodza (i sam Wódz) rezydował już w Brześciu nad Bugiem. Zamiast oddać generała pod sąd wojenny i w konsekwencji rozstrzelać powierzył mu obronę stolicy. Pupilek Piłsudskiego gen. Stefan Dąb-Biernacki, na nieszczęście Polski, dowodził odwodową Armią Prusy, która mądrze kierowana mogłaby nie tyle zmienić losy kampanii, ile bardzo poważnie paraliżować ruchy przeciwnika. Niestety, dowodził nie jak generał, ale jak kapral. Osobiście prowadził do boju kompanie czy najwyżej bataliony. Cóż – braku odwagi osobistej nikt mu nie może zarzucać, tylko, że dowódca armii powinien i musi nią dowodzić, bo w czasie, kiedy dowódca prowadził wojnę kompaniami, jego dywizje rozpraszały się. Nic dobrego też nie można powiedzieć o szeregu innych dowódców wysokiego szczebla. „Pijaczyna” gen. Czesław Młot- Fijałkowski – dowódca SGO Narew, który miał słaby kontakt z rzeczywistością, czy też gen. Władysław Bortnowski, który „zdobył” wcześniej bez jednego strzału Zaolzie, podczas bitwy w Borach Tucholskich zupełnie załamał się psychicznie i przestał panować nad swoją armią...

Należy podkreślić, że polscy generałowie tamtej epoki niestety nie grzeszyli profesjonalizmem. Zamiast tego prezentowali „jedynie słuszne” przekonania polityczne. Ciągłe wędrówki generałów ze stanowisk wojskowych na polityczne i z powrotem powodowały nieuctwo, a z drugiej butę i arogancję. Symbolem tej grupy był premier II RP w 1939 r., wojskowy lekarz gen. Felicjan Sławoj-Składkowski. Nie lepsi byli także inni ministrowie w mundurach, których było bardzo wielu. Śmietankę ówczesnych salonów i władzy bardzo trafnie opisał Tadeusz Dołęga-Mostowicz w klasycznej już powieści „Kariera Nikodema Dyzmy”. Nic dodać, nic ująć. Trudno się dziwić, że na polu walki normalne dezercje wśród wyższych oficerów nie należały do rzadkości. Oczywiście np. wspomniany już uprzednio gen. T. Kutrzeba nie angażował się w politykę – był po prostu najwyższej klasy specjalistą wojskowym – niestety jednym z bardzo niewielu na tym szczeblu. Jednak wojskowi polityczni nie cenili tego generała właśnie za brak politycznego zaangażowania po stronie „reżimu”.

Na niższych szczeblach szczególnie kompanii i plutonu, dowodzenie było bardzo dobre. Młodsi oficerowie, podobnie jak i żołnierze, nie byli jednak w stanie nadrobić wojskowego nieuctwa wyższych przełożonych, bo po stronie niemieckiej zarówno dowodzenie, jak wyszkolenie było znakomite. Była to po prostu profesjonalna armia. Był co prawda niechlubny wyjątek. Jedyna biorąca udział w kampanii wrześniowej jednostka Waffen SS – pułk zmotoryzowany „Germania” w walkach pod Lwowem parę razy zupełnie bezzasadnie wycofała się, a raz nawet w wyniku polskiego ataku na bagnety bohaterzy z SS po prostu uciekli.

Musi zostać zadane pytanie, czy Polska tę wojnę mogła rozegrać znacznie lepiej niż to miało miejsce?

Oczywiście, że tak. Nieprawdą jest przecież, że w pełni zmobilizowani Niemcy napadli na Polskę, która pozostawała, jeżeli chodzi o armię, na stanach pokojowych itd. Niemcy mobilizowali się etapami przeszło dziewięć miesięcy, ale od marca 1939 r. strona polska również. Oczywiście, jak to po stronie polskiej często bywa, mobilizacja kartkowa była niedokończona, bo decydowały względy ekonomiczne typu utrzymywanie rezerwistów pod bronią. Natomiast rozpoczęcie mobilizacji powszechnej, a później jej odwołanie i znów po 24 godzinach jej wznowienie było straszliwą głupotą. To musiało spowodować wielki chaos. Za samo to marszałek E. Rydz-Śmigły powinien stanąć przed plutonem egzekucyjnym.

Pozostaje zadać pytanie, co zrobił i czego nie zrobił a mógł zrobić Naczelny Wódz? 1 września armie polskie były w polu na pozycjach i przyjmowały uderzenia niemieckie wcale nie będąc zaskoczone. Problem leżał gdzie indziej – skoro E. Rydz-Śmigły znał nie tylko główne, ale i pomocnicze kierunki niemieckich natarć, to strzelił kolejne okropne głupstwo. Ustawił mianowicie obronę na sposób kordonowy, czyli cienką w gruncie rzeczy linię obrony wzdłuż granic. Były oczywiście odwody jak np. Armia Prusy, którą tak nieudolnie dowodził gen. S. Dąb-Biernacki. Oczywiście były i inne dywizje odwodowe. Jednak obrona kordonowa musiała się załamać i to szybko. Mimo że Niemcy dysponowali znaczącą przewagą materiałowo-sprzętową, to z kolei przewaga w ludziach nie była już tak miażdżąca. Rozsądne ustawienie obrony musiałoby sprawić, że atakujący Niemcy zaczęliby dreptać w miejscu. Były i takie sytuacje. Ale tam, gdzie przeciwnik chciał przeciąć polską obronę, to po prostu przeszedł. Dalej już decydowała prosta logika wojny. Motory są szybsze od nóg i transportu konnego. Plan wycofania wojsk za linię Wisły i Sanu nie mógł się udać, bo po prostu Niemcy szybciej przekroczyli te rzeki niż szereg jednostek polskich, które miały rubieży tych rzek bronić.

Czy E. Rydz-Śmigły mógł wycofać wojska wcześniej, jeszcze przed rozpoczęciem działań?

Taki model też rozpatrywano. Tylko, że cofnięcie wojsk jeszcze przed uderzeniem właśnie na linie Wisła-San spowodowałoby, że w ręce przeciwnika wpadłoby bez walki prawie 55% polskiego terytorium z najważniejszymi ośrodkami ekonomicznymi. Zatem nie wchodziło to raczej w rachubę. Jedyną szansą E. Rydza-Śmigłego i Polski, było wykonanie uderzenia siłami Armii Poznań, notabene bardzo silnej i sprawnie dowodzonej, na kierunek Byczyna-Namysłów i dalej na Wrocław. Faktycznie to uderzenie byłoby skierowane w tyły i na zaplecze 10. Armii niemieckiej. Ta jednostka, dowodzona przez gen. Waltera von Reichenau była zdecydowanie najsilniejsza i to ona wykonywała główne strategiczne uderzenie. Polska Armia Poznań nie była w pierwszym odcinku wojny atakowana i dyslokowana była wprost idealnie do uderzenia w głębokie tyły niemieckiej 10. Armii. Tego typu operacja musiałaby przynieść po stronie zysków całkowitą dezorganizację tyłów i zaopatrzenia armii przeciwnika oraz znaczące straty w ludziach i sprzęcie. Odwrócenie frontów musiałoby po stronie niemieckiej zająć około czterech dób. Dywizje pancerne tej armii, które już w pierwszym dniu wojny wyforsowały się daleko do przodu, musiałyby zawrócić. Jeżeliby Polacy wprowadziliby do akcji drugi rzut, czyli co najmniej północne zgrupowanie Armii Prusy, to sytuacja Niemców stałaby się na przeciągu ok. 10 dni bardzo ciężka. Niełatwo bowiem odwracać fronty i osie zaopatrzenia szczególnie w warunkach chaosu. Summa summarum uzyskanoby tak potrzebny czas. W konsekwencji niemiecka 8. Armia gen. Johannesa Blaskowitza, maszerująca na północ od 10. Armii, uderzyłaby na lewą flankę atakujących Polaków. Ale też nie nastąpiłoby to zaraz i wielką siłą, bo gen. J. Blaskowitz dysponował tylko czterema dywizjami piechoty, które poruszały się podobnym tempem, co polskie, czyli maksimum, około 30 km dziennie. Uderzenie na Wrocław spowodowałoby też dezorganizację administracji, ekonomiki itd. Czyli zmieniłaby się też sytuacja polityczna. W takim wariancie sojusznicy, szczególnie Francja na lądzie oraz brytyjskie lotnictwo musiałyby mocno uderzyć i losy wojny już na samym wstępie mogłyby być inne. Nie wystąpiłaby też po stronie niemieckiej armia radziecka, bo Józef Stalin wolał wyciągać „kasztany z ognia cudzymi rękoma” bez obaw rewanżu.

Mógł być i wariant negatywny dla strony polskiej, czyli utrata Armii Poznań, o ile nie zostałaby wsparta dużą siłą i na czas przez co najmniej Armię Prusy. To również trzeba wziąć też pod uwagę. Jednak wojska gen. T. Kutrzeby i tak zostały zniszczone w wymuszonej bitwie nad Bzurą bez żadnych korzyści dla strony polskiej. Na dodatek w tej samej bitwie utracono jeszcze gros pozostałych sił Armii Pomorze. Ta bitwa zresztą rozstrzygnęła wszystko, bo Polska nie miała już możliwości odtworzenia straconych armii, a czas grał na naszą niekorzyść.

E. Rydz-Śmigły miał zatem pełną i realną szansę stoczyć kampanię inaczej i z lepszymi dla Polski perspektywami. Niestety wybrał, wskutek braku kwalifikacji, wariant najgorszy i dlatego przegrał w sposób haniebny. Dlatego też wszyscy ci, którzy jego nazwiskiem upamiętniają ulice, niech wiedzą, że gloryfikują wojskowego nieuka i miernotę…

Autor jest pułkownikiem i nauczycielem akademickim z tytułem doktora, niezależnym publicystą. Był posłem na Sejm RP II kadencji.

Czytany 4820 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04