wtorek, 20 wrzesień 2011 08:30

Dmitrij Wydrin: Sprawa Tymoszenko', jako apoteoza postmodernizmu

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

jtymoszenko


  Dmitrij Wydrin

Sąd nad Tymoszenko to w ostatnim czasie jeden z najczęściej komentowanych tematów przez zachodnie media. Jednocześnie, mało kto na Zachodzie rozumie, co tak naprawdę dzieje się w toku procesu przeciwko byłej premier Ukrainy, jakie są główne motywy kluczowych postaci i jakie nowe treści, dyskursy i tendencje ta cała sprawa niesie ze sobą.

W mojej opinii sprawa Julii Tymoszenko stanie się o wiele bardziej zrozumiała, jeśli spojrzeć na nią nie tylko przez pryzmat walki dwóch potężnych ukraińskich klanów o władzę i pieniądze, ale także jako na pojedynek pomiędzy nurtami modernizmu i postmodernizmu.

Obecna ukraińska władza to swoisty wytwór politycznego modernizmu. Jego credo opiera się na powolnym, lecz nieustającym umacnianiu przemysłu, zwiększaniu ilości rurociągów, podniesieniu wydobycia węgla i produkcji stali, to miliardy metrów sześciennych ciągniętego z Rosji gazu i miliardy dolarów zarobionych na tym pieniędzy. Zjednoczona Europa niegdyś opierała się na wspólnocie węgla i stali. Dziś rządzącą Ukrainą elitę można byłoby nazwać wspólnotą węgla, stali i gazu. Najważniejszymi dla niej hasłami są „stabilność”, „rozwój”, „sukcesywność”, a najmilszymi dla ucha słowami „przepływy kapitałowe”, „zachodnie kredyty” i „wschodnie tranzyty”.

Ukraińska elita rządząca, na czele z jej monumentalnym prezydentem Wiktorem Janukowiczem, jest dziś ociężała, jak żeliwo, niebezpieczna, jak ciekła stal, powolna, jak układacze podkładów kolejowych i przewidywalna, jak naftowo-gazowe tranzyty. Największym jej życzeniem stała się stopniowa ewolucja w duchu planowanej radzieckiej modernizacji, jako że znany jest jej sekret – „powolna modernizacja oznacza szybkie dochody”. Oczywiście zasada ta sprawdza się, jeśli na czele tej modernizacji stoi tylko jedna osoba. Niegdyś ojcowie pierwszego socjalistycznego państwa rozszyfrowali komunizm jako „władzę radziecką plus elektryfikację”, natomiast obecna ukraińska władza swój „komunizm” mogłaby rozszyfrować, jako „modernizację przemysłu plus monopolizację władzy i zysków w rękach rządzącego klanu”.

I właśnie tej elicie, nazwijmy ją „modernizacyjną”, lub bardziej „modernizującą”, naprzeciw staje kontrelita na czele z byłą premier Ukrainy Julią Tymoszenko.

Sama Tymoszenko lubi porównywać się do Joanny d’Arc, choć biorąc pod uwagę typy psychologiczne, cele i motywacje – o wiele bliżej jej do Dolores Ibrruri Gmez lub do zapomnianej dziś Gladys Marn Millie. Podobnie jak Dolores i Gladys, Julia Tymoszenko to czysty produkt postmodernizmu, ze wszystkimi jego cechami charakterystycznymi. Jak wiadomo, istotą postmodernizmu jest odrzucenie zasad jako takich (zarówno ekonomicznych, jak i jurydycznych), a także związków przyczynowo-skutkowych. To absolutny prymat rewolucji nad ewolucją, jak również zastąpienie sukcesywnego i stopniowego rozwoju „zrywami” i „wielkimi skokami”. To wyższość cynizmu nad zdrowym rozsądkiem, sprawiedliwości nad sumieniem. To triumf estetyki nad etyką, kiczu nad klasyką, modnego życia nad powagą.

Do całkowitej realizacji planów Tymoszenko, podobnie jak jej rządzącym oponentom, potrzebna jest pełna, absolutna i jednoosobowa władza. Tylko była premier głosiłaby inne hasła. Jej „komunizm” – to „juliofikacja całego kraju plus zachwyt nad Zachodem”, innymi słowy to stworzenie kultu jedynej „obrończyni kraju”, jako głównego i niepowtarzalnego estetycznego i politycznego kryterium doskonałości dla całego narodu i kraju. No i oczywiście plus uwielbienie dla zagranicznych liderów i beau monde'u.

W walce modernizmu z postmodernizmem wygrywa ten, kto walczy na własnym polu. Tym realnym polem modernizmu są zakłady, fabryki, przedsiębiorstwa, natomiast postmodernizmu – telewizyjne show, sceny uliczne lub sale sądowe.

Chodzi o to, że głównym instrumentem modernizmu jest talent do zarządzenia, a postmodernizmu – gra aktorska i talent do oszustwa i sprytnego kamuflowania się.

Dlatego modernizm przejawia się tylko sferze urzędniczej. Jest on jak rower – przy zbyt małej prędkości albo przechyla się na lewo w postradziecki autorytaryzm, albo na prawo – w korporacyjno-oligarchiczną samowolkę.

A postmodernizm rozkwita jedynie wtedy, kiedy stoi na swoim miejscu – na scenie, nie ważne jakiej: parlamentarnej, ulicznej, czy więziennej. Czy opłaca mu się skłonić ku banalnej gospodarce, jeśli zniknie wtedy cały jego urok, blask i powab.

Intuicyjnie wyczuwając „swoje pole” Julia Tymoszenko zrobiła wszystko, aby to właśnie sąd stał się terenem walki z władzą. Bo przecież nie w fabrykach powinna walczyć o brudnych robotników i nie w biurach o „białe kołnierzyki”.

Dlatego przyszło jej podjąć niemało wysiłków, by wywalczyć sobie prawo do sądu nad samą sobą i nie mniej sił, aby wywalczyć prawo do zamknięcia siebie samej w więzieniu.

Tymoszenko przez rok nie uznawała oficjalnej władzy, nazywając prezydenta „bandytą”, „kryminalistą”, „uzurpatorem”, no a władza dała złapać się na tę prowokację i zaciągnąć do sądu. Potem przez kilka miesięcy Tymoszenko nazywała sędziów i prokuratorów „przestępcami”, „faszystami”, nie uznawała ich pełnomocnictwa i statusu. Władza sądowa również uległa kolejnej prowokacji i dała zaciągnąć się razem z nią samą za kratki.

Dzisiaj ukraiński postmodernizm, którego uosobieniem jest Julia Tymoszenko, zwycięsko rządzi na swoim polu. Kiedy Tymoszenko kłamie przed sądem, nazywane jest to „ironią”, kiedy urąga świadkom, nazywa się to „śmiałością”, kiedy nakłania do buntu i rewolucji swoich zwolenników, nazywa się to „prawem do obrony”… A przy tym Julia jest piękna jak Dolores Ibrruri Gmez, dla której sąd okazał się pożądaną trybuną, aby pokazać światu swój literacki talent. I jest ona stylowa, jak Gladys Marin, która każdego dnia podczas procesu i głodówki robiła sobie nową zadziwiającą fryzurę, podbijając serca swoich wielbicieli blaskiem antracytowych loków.

Niegdyś Julia Tymoszenko lubiła porównywać się do kwiatów i na billboardach pojawiała się ze wzruszającym kwiecistym wienuszkiem w rękach. Lecz kwiat ten rozkwita tylko w zamknięciu – jej warkocz lśni, niczym nimb, a rozkoszny uśmiech nie znika z jej ust. Julia wierzy, że postmodernizm zwycięży. Kraj znów pogrąża się w wesołym chaosie, ludzie znów nie będą chodzić do nudnej pracy, za to od rana do nocy będą szturmować urzędy, zastawiać drogi i place. Wszyscy zapomną o przyziemnych problemach typu PKB lub minimum socjalne. Ona wierzy, że tak będzie, bo przecież Zachód nam pomoże!

No tak i na Julię Tymoszenko znów miło popatrzeć: o ile na wolności, w codziennym życiu była szara i ponura o tyle w niewoli znów ożyła i rozkwitła.

I rzeczywiście oczekiwania Tymoszenko nie są bezpodstawne, bo przecież postmodernizm zwycięsko kroczy przez naszą planetę. Pierwszym potężnym symptomem stało się moralne zwycięstwo niezrównanego Julian Assange nad ponurą zachodnią praworządnością. Tęskne zachodnie prawo nie znalazło niczego lepszego, jak spróbować wziąć w cugle odpowiedzialność za jego seksualne nadużycia. Lecz przecież w kontekście postmodernizmu seksualna rozwiązłość to męska zaleta, a nie feministyczna wada.

Dziś także smutne ukraińskie sądownictwo próbuje obwinić Tymoszenko o przekroczenie pełnomocnictw premiera. To znaczy o urzędową rozwiązłość. Ale przecież w kontekście postmodernizmu każda rozwiązłość zawsze jest weselsza niż przeklęte normy.

Ku radości postmodernistów dziś rozpoczyna się proces nad byłym prezydentem Egiptu Hosni Mubarakiem za współudział w morodwaniu demonstrantów. Ale ich radość będzie tym większa, kiedy rozpocznie się proces obecnego premiera Wielkiej Brytanii Davida Camerona za brutalność podczas próby stłumienia rozruchów ulicznych wywołanych przez londyńską młodzież.

Przy bezpośrednim starciu postmodernizm zawsze wygrywa z modernizmem, ponieważ ten pierwszy wygląda wyraźniej, bardziej scenicznie i demokratycznie, niż modernizm, tym bardziej, jeśli jest to modernizm połowiczny i nieporadny. Do tego, aby zauważyć choć jedną zaletę modernizmu, należy zaglądać w zakurzone okna fabryk, a żeby zrozumieć sprawiedliwość i demokratyczność postmodernizmu wystarczy przeczytać w Internecie odezwy angielskich przestępców ulicznych. Piszą oni, że zamieszki w Londynie były apoteozą demokracji i sprawiedliwości, i że jeśli u siebie w domu masz dwumetrową plazmę, bezkarnie i bezpłatnie zabraną ze sklepu, zaczynasz wierzyć w sprawiedliwość zachodniego świata.

Tak więc sprawa Tymoszenko żyje i jawnie zwycięża. Za przykład tego, że jest to zwycięstwo, mogą posłużyć ostatnie wydarzenia - blokujący sąd już próbują uciszyć świadków, którzy „fałszywie zeznają” przeciw ich idolce. Doszło także do rękoczynów z ich strony wobec zastępcy w kancelarii prezydenta Wiktora Juszczenki Aleksandra Szlapaka. Ale czy to dopiero początek?

W Anglii w ciągu tygodnia niedawnych zamieszek ulicznych liczba sprzedanych kijów baseballowych zwiększyła się pięciokrotnie. Po cichu zwiększa się także popyt na nie na Ukrainie. Szykujcie się świadkowie przeciwko Tymoszenko! Wczoraj dostawaliście po głowie plastikowymi butelkami po wodzie, jutro dostaniecie pałką baseballową.

Jednak jest jeszcze jedno „ale”, które może niestety przerwać to narastające „święto” rewolucji. Żaden akt przejawu postmodernizmu nie jest możliwy bez charyzmatycznego lidera. Bez supercharyzmatycznego Salvadora Dalego nie byłoby surrealistycznego postmodernizmu w sztuce. Bez supercharyzmatycznego Juliana Assange nie byłoby internetowego postmodernizmu w przestrzeni wirtualnej, itd.

Jednak chodzi o to, że dla rozgrzania do maksimum charyzmy potrzebny jest swego rodzaju psychologiczny akcelerator zderzeniowy. NNosi ona nazwę „binarnej charyzmy”. Następuje to wtedy, kiedy dwa wzajemnie powiązane obiekty, odpierające wzajemne sygnały, rozhuśtają wzajemną charyzmę do niewiarygodnej czerwoności. Tak było w przypadku Bonnie i Clyde’a, Dalego i Gali, Assange i jego blondynki, wreszcie tak było w przypadku Saakaszwili i Burdżanadze, dolara i euro, Tymoszenko i Juszczenko.

Ale kiedy to wzajemnie oddziaływanie obiektów zachwieje się, to binarna charyzma przekształci się z „akceleratora zderzeniowego” w „czarną dziurę” te sygnały pochłaniającą.

Dlatego, aby postmodernistyczna sprawa Julii Tymoszenko całkowicie i ostatecznie zwyciężyła, była premier Ukrainy  musi jednak odzyskać przychylność Wiktora Juszczenki.


("Open Democracy", Wielka Brytania)

Tłumaczenie: Justyna Matyjek

Fot. Wikipedia/Creative Commons Uznanie autorstwa 2.0.

Czytany 5145 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04