niedziela, 20 czerwiec 2010 10:44

Djorde Vukadinović: Miękkie lądowanie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Djorde Vukadinović

...jeśli członkostwo [Serbii] w UE oznacza coś więcej niż przysłowiowa marchewka na kiju, ukojenie bałkańskiego atawizmu i serbskich ambicji nie jest warte upokarzania kraju i ludzi, którego doznawaliśmy przez ostatnią dekadę. (...) Możemy osiągnąć znacznie więcej, jeśli pozostaniemy gospodarczą enklawą w otoczeniu UE.

 

Niniejszy komentarz Djorde Vukadinovicia dotyczy przemówienia serbskiego ministra spraw zagranicznych Vuka Jeremicia, zaprezentowanego na forum Rady Bezpieczeństwa ONZ w tym roku, będącego odpowiedzią na raport sporządzony przez Sekretarza Generalnego ONZ na temat przyszłości Kosowa. Angielska wersja tekstu dostępna jest TUTAJ.

tłum. Łukasz Reszczyński

To nie dobra i nie demokratyczna sytuacja, w której rząd próbuje ukryć prawdę przez narodem. Kiedy jednak rząd zaczyna ukrywać fakty i prawdę przed samym sobą, to już totalna katastrofa. Wiele już widzieliśmy na początku lat dziewięćdziesiątych, jednak wydaje się, że zapoczątkowany wówczas cykl oszukiwania samego siebie trwa nadal.

Ostatnie przemówienie ministra Vuka Jeremicia przed Radą Bezpieczeństwa ONZ było bardzo dobre. Dyplomatycznie, lecz stanowczo skrytykował on raport Sekretarza Generalnego, mówiąc otwarcie o presji wywieranej na kraje, które nie uznały niepodległości Kosowa, a także na Międzynarodowy Trybunał Sprawiedliwości, który powinien podjąć decyzję, lub „przedłożyć opinię doradczą” w sprawie jednostronnej deklaracji niepodległościowej byłej serbskiej prowincji.

Telewizja publiczna transmitowała wystąpienie ministra, jednak, jak ma ona w zwyczaju, zakończyła przekaz wraz z końcem jego przemówienia. Serbska opinia publiczna po raz kolejny zatem nie miała możliwości usłyszenia tego, co mieli do powiedzenia inni, jak np. przedstawiciele Kosowa, czy ambasadorowie czołowych państw światowych: USA, Wielkiej Brytanii i Francji. Z jednej strony jest to zrozumiałe, gdyż nie wszystko powinno być transmitowane na żywo. Jednak nie do końca. Serbskie media potrafią poświęcić kilka dni na transmitowanie parady homoseksualistów, miłosnych perypetii znanych artystów, czy podglądania uczestników popularnego reality show. Nie pojawił się jednak żaden komentarz ani artykuł o tym, jak nasi zachodni przyjaciele traktują nieśmiałe działania serbskich władz zmierzające do utrzymania integralności terytorialnej, a mówiąc prościej – ratujące autorytet własny i państwa.

Oczywistym jest, że ktoś chce oszczędzić ludziom/obywatelom/samemu sobie, złych wiadomości. Wypowiedzi, o których wspomniałem, były szorstkie, ostre, a nawet groźne. Nie było w nich wzmianki o „izolacji różnic”, „zgadzaniu się, jednocześnie się nie zgadzając” i innych podobnych zabawnych powiedzeniach naszych zwinnych, lecz naiwnych dyplomatów. Wygląda na to, że te dowcipne powiedzonka są wystarczająco skuteczne dla uspokojenia i uśpienia serbskiego społeczeństwa. Przykładowo, czy pan Jeremić zgodnie ze swoją „doktryną izolacji różnic”, powinien był spróbować wyjaśnić swoim zachodnim kolegom, aby Ci wyzbyli się swojej irytacji wobec serbskiego stanowiska w sprawie Kosowa i wsparli szybką akcesję Serbii do UE? Jak Państwo myślą, jaka powinna być wtedy ich odpowiedź? Mówiąc w skrócie, większość z nich wciąż traktuje nas jak pokonanego wroga, który „wspaniałomyślnie” może z mniejszym lub większym powodzeniem ukrywać swoje klęski przez własną opinią publiczną.

Nie mniej ważna, ukazująca podobny problem, jest nieco już zapomniana informacja, jaką przekazał podczas spotkania z Hashimem Thaçim, turecki premier – Erdogan. Powiedział on, że jego kraj zrobi wszystko „co możliwe” dla lobowania na rzecz uznania niepodległości Kosowa, dodając, że odbył już rozmowy na ten temat z przedstawicielami Azerbejdżanu, Kataru, Syrii, Libii i Grecji. Z drugiej strony nasz prezydent i szef dyplomacji w ostatnich dwunastu miesiącach spotkali się ze swoimi tureckimi odpowiednikami co najmniej dziesięciokrotnie, za każdym razem pozując wspólnie do zdjęć, uśmiechając się i ściskając sobie ręce.
Fakt, że Hashim Thaçi, podczas swojej podróży do Turcji, w trakcie przeszukania na lotnisku w Prištinie został potraktowany jak zwykły przemytnik, może napawać nas pewną satysfakcją. Jednak to głównie jego problem, i narodowości, której jest „premierem”.
Obecna rzeczywistość serbskiej polityki zagranicznej znajduje się gdzieś pomiędzy tymi trzema wydarzeniami. Możemy poczuć satysfakcję w przypadku tego ostatniego, jednak nie powinniśmy przymykać oka na pozostałe. Nie możemy sami usypiać się opowieściami o „regionalnym przywództwie”, ani robić rzeczy, które utwierdzają to wirtualne „przywództwo”. Na dłuższą metę mogą one być bardziej szkodliwe niż przydatne. (przypomnę tylko: EULEX, Deklarację w sprawie Srebrenicy, której rzekomo nikt od nas nie żądał, polityczne zmartwychwstanie Harisa Siljadžicia, oraz zaproszenie Turcji do roli mediatora w dialogu serbsko – bośniackim).
Co stało się z „deklaracją ateńską”, którą chwalono w państwach „Zachodnich Bałkanów”, szczególnie w proeuropejskich kręgach w Serbii, które utrzymywały, że „otwiera ona szerokie nadzieje na akcesję wszystkich krajów Bałkanów Zachodnich”? Co oznacza dla nas nadchodzący szczyt UE – Bałkany Zachodnie w Sarajewie? Nic. Po raz kolejny będzie mowa o „pełnym członkostwie”, „pełnej współpracy” z Trybunałem w Hadze oraz dobrosąsiedzkich relacjach w regionie.
Nawet, jeśli członkostwo w UE oznacza coś więcej niż przysłowiowa marchewka na kiju, ukojenie bałkańskiego atawizmu i serbskich ambicji nie jest warte upokarzania kraju i ludzi, którego doznawaliśmy przez ostatnią dekadę. Nie jest też warte nawet centymetra górskich terenów Prokletije, czy świętych miejsc w Kosowie. Nie jest warte kolejnych ustępstw, gdyż nie przyniesie to nam żadnych korzyści politycznych i gospodarczych. Możemy osiągnąć znacznie więcej, jeśli pozostaniemy gospodarczą enklawą w otoczeniu UE.
Zarówno w życiu jak i polityce nastają takie momenty, kiedy człowiek musi podjąć trudną decyzję. Czasami bywa też tak, że kiedy wszystkie rozwiązania niosą za sobą ryzyko, trzeba wybierać w myśl zasady mniejszego zła. Na szczęście obecnie nie mamy do czynienia z takim przypadkiem. Wybór pomiędzy czymś a niczym nie może być trudny. Nie jest jeszcze za późno, dlatego proponuję szybki odwrót i „miękkie lądowanie” naszych absurdalnych i dzikich marzeń o „EU-ropie”, oraz systematyczną pracę nad rozwojem realnej alternatywy. Odnośnie Unii Europejskiej, bez względu na jej przyszły kształt i charakter, to co powinniśmy jej zaoferować to sąsiedzkie relacje, „uprzywilejowane partnerstwo”, oraz współpracę w kluczowych dla obu stron obszarach.

Autor jest redaktorem naczelnym serbskiego czasopisma alt

Czytany 6551 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04