×

Ostrzeżenie

JUser::_load: Nie można załadować danych użytkownika o ID: 396

czwartek, 09 wrzesień 2010 09:22

Djorde Vukadinović: Kochamy Niemcy, tak jak Niemcy kochały nas

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

alt Djorde Vukadinović

Komentarz znanego komentatora serbskiej sceny politycznej Đorđe Vukadinovicia, redaktora naczelnego czasopisma Nova Srpska Politička Misao, dotyczący kwestii mającego się odbyć 9 września głosowania na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ, nad projektem serbskiej rezolucji w sprawie Kosowa.

Projekt serbskiej rezolucji, zgłoszony przez Belgrad tuż po wydanej opinii przez Międzynarodowy Trybunał Spraiedliwości w sprawie kosowskiej deklaracji niepodległościowej, budzi spore kontrowersje na forum międzynarodowym. Chodzi głównie o zawarte w nim stwierdzenie iż ''jednostronna deklaracja niepodległości nie może być sposobem rozwiązywania sporów terytorialnych''. Kraje zachodnie z USA, Niemcami i Wielką Brytanią na czele podjęły dyplomatyczną ofensywę w celu nakłonienia Serbów do zmiany tekstu rezolucji. Obecnie Kosowo uznawane jest przez 70 członków ONZ.

Łukasz Reszczyński

„Znowu słychać opinię, że serbski projekt rezolucji jest zły[1]. Nie zgodziłbym się z tym. Gdyby rzeczywiście był zły, nie tylko robiliby wszystko, by go zmienić, nie groziliby i nie wywołałoby to aż tak dużej burzy wśród ich lokalnych agentur medialnych oraz politycznych”[2]. Kiedy czternaście dni temu napisałem to zdanie, nie mogłem nawet przypuszczać, że sprawdzi się ono tak szybko i stanie się oczywiste nawet dla tych, którzy w pierwszym momencie mieli jakieś dylematy z jego powodu. Tak, kto chciał i umiał patrzeć, mógł przez ostatnie dwa tygodnie dużo nauczyć się na temat polityki międzynarodowej i krajowej, o „europejczykach” i „patriotach”, o sprawujących władzę i opozycji. A ten, kto już miał odpowiednią wiedzę na ten temat, mógł dzięki krótkiemu kursowi ją odnowić.

Starą prawdą jest, że trudno podnieść się po pierwszym upadku. Nawet wtedy, kiedy temu który upadł wydaje się, że już dość dużo osiągnął, może okazać się, że „podniósł się” dopiero do pozycji klęczącej.

Ta myśl, tak jak powyższy tytuł, nie wychodzi mi z głowy po wizycie w Belgradzie niemieckiego ministra spraw zagranicznych, Guido Westerwelle oraz późniejszej wizyty jego brytyjskiego kolegi Williama Hague. Gdy w ostatnich dniach przeglądałem prasę i tytuły, prawie wszyscy, zarówno rządzący, jak i opozycja, lewica i prawica, wielcy i mali, jak również wszelkiej maści „eksperci” i analitycy – nowicjusze, zgadzaj się, co do tego, że serbski projekt rezolucji przygotowany dla Zgromadzenia Ogólnego ONZ był „błędnym”, „złym” i „nieprzemyślanym” posunięciem. Poza tym, ze względu na to, że „wywoła odwrotny skutek”, jest „jałowy” i „kłótliwy”, zapowiadają rychle konsultacje z USA i EU oraz „kompromis” wokół tej kwestii. A tutaj kompromisu po prostu nie ma. Albo pozostanie się przy minimum zasadności i szacunku dla samego siebie – lub złoży kapitulację, której towarzyszą różnego rodzaju tłumaczenia i wymówki.

W projekcie serbskiej rezolucji, tak jak w jego krytykach, istnieje aspekt zewnętrzny i wewnętrzny. Obydwa mają ogromne znaczenie. Wielcy i silni nie lubią przegrywać nawet wtedy, gdy chodzi o mało istotne mecze. Kraje zachodnie oraz USA wolą, aby głosowanie nad projektem tej rezolucji nigdy się nie odbyło i są gotowe zrobić wszystko, by ten cel osiągnąć. Oni lubią „czyste” sytuacje i asymetryczny stosunek sił (na przykład, 100:1), i w żadnym wypadku nie podoba im się opcja, kiedy z mniej-więcej równymi szansami, wraz ze swoimi sojusznikami i satelitami, maja przegłosowywać się z Serbią i resztą „wolnego świata”. Rezolucje Zgromadzenia Ogólnego nie mają dużej wagi, w porównaniu do rezolucji Rady Bezpieczeństwa, lecz nawet w takich przypadkach jest trochę niezręcznie, kiedy jacyś „Indianie”, co do których istniała pewność, że są już „załatwieni” i „spacyfikowani”, mogą coś przegłosować, albo jeżeli przed obliczem światowej opinii publicznej dojdzie do polaryzacji, w której nastąpi konfrontacja z dużą liczbą krajów członkowskich ONZ. Tym bardziej, że w tym samym dniu, prawdopodobnie, odbędzie się także głosowanie nad podobnym projektem Azerbejdżanu (Górski Karabach, przyp. tłum.), kiedy to Rosja i USA ponownie znajdą się po przeciwnych stronach, lecz w sytuacji, w której z powodu mocnego poparcia bloku islamskiego zwycięstwo Azerbejdżanu jest prawie pewne.

Tak więc, USA, Wielka Brytania i reszta Europejczyków znajdują się przed wyborem, który na pewno nie jest tragiczny, ale jest trochę niezręczny. Bardzo prawdopodobnym jest (Rosja znajduje się w podobnej sytuacji, tylko w odmiennej roli), że w tym samym dniu będą musiały głosować i za i przeciwko rezolucji potępiającej secesjonizm oraz jednostronną zmianę granic suwerennych państw. Jeżeli jednak nie byłoby serbskiego projektu rezolucji, albo w przypadku, gdyby został on zmieniony i na tyle rozwodniony, by mogli go poprzeć nawet ci, którzy uznali niezależność Kosowa, triumf byłby ostateczny, a „międzynarodowo-prawny” etap walki o kosowską niezależność zakończony zwycięstwem. Rosja byłaby jeszcze raz odizolowana i zepchnięta do ram regionalnych, a Serbia tak bardzo upokorzona i skompromitowana w międzynarodowych kręgach dyplomatycznych, że jakakolwiek jej przyszła inicjatywa lub jakikolwiek ruch na arenie międzynarodowej byłby komiczny i całkowicie nieistotny.

W przeciwnym razie mogłoby być 1:1, przy jednoczesnej oczywistej demonstracji braku zasad w ich działaniu. Nawet jeśli byłoby 2:0, gdyby w skoordynowanej akcji krajów zachodnich i arabskich została uchwalona rezolucja Azerbejdżanu, a serbska rezolucja przeciwko separatyzmowi została odrzucona, byłaby to jeszcze jedna demonstracja braku zasadności oraz gołej siły i nie byłoby to dobrze przyjęte, ani na forum ONZ, ani przez opinię publiczną zajmująca się polityką. Dlaczego więc mieliby się (Zachód, przyp.. tłum.) blamować i lobbować z niewiadomym skutkiem po kuluarach Zgromadzenia Ogólnego, kiedy dużo łatwiej przycisnąć Serbów, aby sami zrobili co trzeba - na swoją niekorzyść. Zresztą, nie będzie to ich pierwszy raz.

Jeżeli chodzi o krajowy, wewnątrzpolityczny aspekt, wszystko jest jasne, lecz trochę mniej oczywiste. Ma się rozumieć, że ci, którzy są w jakikolwiek sposób związani z jakimikolwiek strukturami zachodnimi, a jest ich dużo, zarówno na „patriotycznej”, jak i „europejskiej” części politycznego spektrum, zrobią wszystko, by Serbia zrezygnowała ze swojego projektu rezolucji. Powiedzą, że: po pierwsze, taka rezolucja „oddala nas od Europy” oraz, po drugie, w przypadku prawdopodobnej porażki na zawsze zabierze nam Kosowo. Nie zapomną, przy okazji, przypomnieć Vukowi Jeremiciowi[3] i Borisowi Tadiciowi[4], że nowa dyplomatyczna porażka, bez wątpliwości, źle odbije się na ich popularności[5].

Drugiej stronie - „narodowej” części sceny politycznej, a przynajmniej tej, dla której osobisty lub partyjny interes jest ważniejszy od narodowego i państwowego, również odpowiada taki scenariusz. Definitywnie potwierdziłby się akt zdrady Kosowa przez Tadicia i Jeremicia i, co ważniejsze, powstrzymałby niebezpieczny wpływ tego drugiego na patriotycznie nastawionych wyborców. Oni zarzucają rezolucji, że jest „miękka” i równoznaczna z kapitulacją, że rząd ponownie chce przegrać, by w ten sposób załatwić sobie alibi w celu „zaakceptowania realiów” i całkowitej rezygnacji z walki o Kosowo. Wszystko byłoby w porządku, gdyby oni, świadomie lub nieświadomie, takim swoim stanowiskiem – a nie dzieje się to po raz pierwszy – dodatkowo nie wzmacniali argumentów tych sił, przeciwko którymi rzekomo walczą[6].

Cel jest oczywisty i, przypadkowo lub nie, całkowicie zgodny z interesami czynnika obcego. Chodzi o to, aby aktualnie rządzącym uniemożliwić prowadzenie jakiejkolwiek samodzielnej polityki i wpłynąć na odsunięcie na bok tezy dot. „polityki zagranicznej opierającej się na kilku równoprawnych słupkach”, która przez ostatnie parę lat dość skutecznie irytowała zachodnie ambasady i prozachodnią część serbskiej opinii publicznej. Chodzi również o to, aby Jeremić został zmuszony do złożenia rezygnacji lub pozostania w próżni politycznej. I wtedy wszyscy będą mieć się dobrze. Wtedy wszyscy pójdziemy na „demokratyczne wybory” i niechaj „zwycięży lepszy”.

Tłumaczenie dzięki uprzejmości Ambasady Republiki Serbii w Warszawie. Oryginał tekstu znajduje się TUTAJ.


[1] Mowa o projekcie serbskiej rezolucji w sprawie Kosowa, która ma być poddana głosowaniu na forum Zgromadzenia Ogólnego ONZ 9 września. Kraje zachodnie krytykują inicjatywę Belgradu, próbują nakłonić go do wycofania projektu, lub znaczącej zmiany tekstu rezolucji. Niechęć zachodu wynika z faktu, że wśród członków ONZ tylko 70 państw (ze 192) uznaje Kosowo. Istnieje zatem duża szansa, że projekt rezolucji może zostać przegłosowany.

[2] Odniesienie dotyczy państw zachodnich, a głównie Stanów Zjednoczonych, Niemiec i Wielkiej Brytanii

[3] Vuk Jeremić jest szefem serbskiej dyplomacji, jednym z najważniejszych i najbardziej popularnych polityków w Serbii.

[4] Boris Tadić sprawuje obecnie urząd prezydenta Republiki Serbii, jednocześnie przewodniczy również rządzącej w koalicji Partii Demokratycznej.

[5] Autor nawiązuje do sporu, jaki rozgorzał na serbskiej scenie politycznej po ogłoszeniu projektu rezolucji i zgłoszeniu go do ONZ. Kwestię tę próbują wykorzystać partię opozycyjne (zwłaszcza największa z nich – Serbska Partia Postępu), aby doprowadzić do wcześniejszych wyborów.

[6] Autor odnosi się do partii reprezentujących konserwatywną scenę serbskiej polityki – Serbska Partia Radykalna, Koalicja Nowa Serbia. Liderzy tych ugrupowań zarzucają rządowi zbytnią uległość w sprawie Kosowa wobec państw zachodnich. Twierdzą, że Serbia powinna walczyć (lecz nie w sensie militarnym) o Kosowo nawet za cenę członkostwa w Unii Europejskiej.

Czytany 4942 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04

Najnowsze od Djorde Vukadinović