poniedziałek, 09 listopad 2009 07:12

Dariusz Kałan: Nie tak źle na Ukrainie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
  alt Dariusz Kałan   Polscy komentatorzy często dają upust paternalistycznym tęsknotom i spoglądają na Ukraińców z pozycji surowego starszego brata. W ich głosach odnaleźć można próby wykreowania prostego portretu naszego wschodniego sąsiada, który zbudowany jest na dwu elementach: chaosie w polityce krajowej i gwałtownym wzroście sympatii nacjonalistycznych.
 
Tymczasem, nawet jeśli stereotyp Ukraińca jako kłótliwego, niezdolnego do kooperacji wyznawcy „tego faszysty", Stepana Bandery, broni się, jako publicystyczny konstrukt, stworzony na potrzeby konkretnej wizji geopolitycznej, to po przełożeniu go na ukraińską rzeczywistość ujawnią się wszystkie jego uproszczenia i niedopowiedzenia.
 
W czasie prezydentury Wiktora Juszczenki tematyka historyczna stała się częścią głównego nurtu dyskursu politycznego na Ukrainie. Poszukiwanie źródeł tożsamości ukraińskiej w przeszłości było o tyle konieczne, że za rządów Leonida Kuczmy kwestia ta została zmarginalizowana. Milczenie o Wielkim Głodzie czy działalności UPA nie było spowodowane wyłącznie złą wolą poprzedniej administracji, ale także dziedzictwem sowieckiego oglądu świata.
 
Następca Kuczmy podjął się zadania odbudowania pamięci narodowej. Wielkim osiągnięciem prezydentury Juszczenki jest z całą pewnością przypomnienie nie tylko Ukraińcom, ale przede wszystkim światowej opinii publicznej, o Wielkim Głodzie z lat 1932-1933, jednej z najstraszniejszych zbrodni sowieckiego komunizmu. To z inicjatywy prezydenta Rada Najwyższa przyjęła w listopadzie 2006 roku specjalną ustawę, której pierwszy artykuł brzmi: „Wielki Głód na Ukrainie z lat 1932-1933 jest ludobójstwem narodu ukraińskiego". Za kadencji Juszczenki rozpoczęła się dyskusja o przeszłości, tej wzniosłej, tej tragicznej oraz tej hańbiącej. Także tej związanej bezpośrednio z Polską i Polakami. Kilka trudnych problemów między oboma narodami zostało rozwiązanych. Na początku swojego urzędowania, w czerwcu 2005 roku, Juszczenko doprowadził do ponownego otwarcia Cmentarza Obrońców Lwowa, czemu sprzeciwiali się zarówno jego poprzednik, jak i lokalni politycy. Dodatkowo zapoczątkowana przez Juszczenkę ukrainizacja II wojny światowej, czyli dostrzeżenie w wojnie martyrologii narodu, a nie elementu współdziałania z ZSRR, wywołała pouczającą i bolesną dyskusję o charakterze działań UPA.
 
Juszczenko, przedstawiany jako antypolski nacjonalista, zrobił to, co powinni zrobić dwaj jego poprzednicy w latach 90. Dialog o narodowej tożsamości, który wywołał, w długiej perspektywie przyniesie zarówno Ukraińcom jak i Polakom korzyści. Błędem było jednak podporządkowanie kwestii historycznych bieżącej polityce. Juszczenko pragnął zadowolić wszystkich i to w najbardziej prymitywny sposób. Z czerwonoarmistami maszerował ulicami Kijowa z okazji Dnia Zwycięstwa, a żeby zdobyć przychylność nacjonalistów z Zachodu nadał Romanowi Szuchewyczowi tytuł Bohatera Ukrainy. Polityczny karnawał ostatniego pięciolecia, z nieustającą kampanią wyborczą, sprawił, że wybrane elementy z przeszłości wykorzystywano jako wabik na określoną grupę wyborców. Jednak dyskusja rozpoczęta przez Juszczenkę trwa i będzie trwała nadal, nawet wtedy, gdy opadną wyborcze emocje.
 
Ukraina nie jest wielkim Bandersztatem, jak niektórzy twierdzą. Zapomina się, że na Ukrainie trudno o błyskawiczny consensus w sprawach historii z powodu różnic językowych i tożsamościowych, spowodowanych innymi ścieżkami historycznego rozwoju. Wołodymyr Pawliw, znany publicysta, opowiada: „Gdy we Lwowie stanął pomnik Bandery - na Krymie odsłonięto inny ku czci ofiar bandytów z UPA; gdy na zachodzie kraju nazywano ulicę imieniem członków UPA, to w Charkowie wyrzucono z parku tablicę upamiętniającą pomordowanych banderowców". Temat: przeszłość sprawił, że Ukraina zawrzała i wrzeć będzie jeszcze długie lata. Jak w soczewce widać to na przykładzie Lwowa. Z jednej strony wybrzmiewają stąd głosy ultranacjonalistów sympatyzujących z partią „Swoboda", którzy od początku tego roku - bezskutecznie - domagają się od Juszczenki uznania żołnierzy SS „Galizien" za bohaterów narodu. Na biegunie postulatów „Swobody", która z perspektywy ukraińskiej sceny politycznej jest ugrupowaniem marginalnym, znajdują się opinie środowiska lwowskich intelektualistów. Pawliw, Jarosław Hrycak i kilku innych od dawna przekonują o potrzebie demitologizacji UPA i zmierzenia się z historyczną prawdą.
 
***
 
Słychać głosy, że Juszczenko wykorzystuje kwestie historyczne i tożsamościowe do przykrycia własnej nieudolności na arenie międzynarodowej. Z pewnością kończąca się kadencja była dużym rozczarowaniem dla tych, którzy spodziewali się błyskawicznego poszerzenia współpracy między Unią Europejską a Ukrainą. Największą przewiną prezydenta jest brak przygotowania administracji państwowej oraz przedłożenie konfliktów wewnętrznych ponad proces integracyjny, co dotyczy zresztą innych ośrodków władzy. Błędy popełniła także Unia, która przez większą część ostatniego pięciolecia zajęta była własnymi problemami: zmaganiami z przyjęciem konstytucji europejskiej, a potem Traktatu Lizbońskiego, wreszcie z kryzysem.
 
Nie dostrzega się jednak szans, jakie mogą wyniknąć z przypieczętowanej przez Vaclava Klausa reformy Unii. W wyniku wprowadzenia Traktatu Lizbońskiego ciężar podejmowania kluczowych decyzji związanych z polityką zagraniczną spadnie z Berlina i Paryża na dwa nowe ośrodki instytucjonalne: przewodniczącego Rady Europejskiej i szefa dyplomacji UE. Dla Ukrainy najkorzystniejsza byłaby konfiguracja Tony Blair - Carl Bildt. Były angielski premier uważany jest za jednego z najważniejszych sojuszników ukraińskich starań o członkostwo w UE. O jego poparcie, od dawna zabiegają zainteresowani integracją ukraińscy oligarchowie. Jeszcze większe nadzieje Ukraińcy wiązać powinni z osobą Bildta. Szwed jest przeciwnikiem imperialnych planów Rosji i opowiada się za dalszym rozszerzeniem UE na wschód. To w dużej mierze dzięki niemu negocjacje w sprawie ukraińsko-unijnej umowy stowarzyszeniowej nabrały w ostatnim półroczu tempa. Jest duża szansa, że jej polityczna część zostanie podpisana jeszcze w grudniu tego roku. Ponadto to właśnie Bildt jest współinicjatorem projektu Partnerstwa Wschodniego. Jeśli dodamy do tego wyraziste sympatie proukraińskie przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, Jerzego Buzka, to okaże się, że wraz z wypełnieniem postanowień Traktatu Lizbońskiego nastać może najlepsza od czasu pomarańczowej rewolucji koniunktura dla zbliżenia Ukrainy z UE.
 
Znacznie większą niewiadomą są losy amerykańskiej pieriezagruzki. Spektakularne gesty administracji Baracka Obamy, takie jak rezygnacja z projektu budowy tarczy antyrakietowej w Polsce i Czechach oraz dyskretne wycofywanie się z obrony praw człowieka w Rosji, spotkały się z obojętnością rosyjskich decydentów. Jak niedawno słusznie zauważył Aleksiej Małaszenko, Moskwa ciągle patrzy na Waszyngton jak na rywali i długo jeszcze nie będzie mogła zrzucić z siebie balastu sowieckiej mentalności. I chociaż trudno mówić o rychłej reinterpretacji stanowiska amerykańskiego, to cierpliwość Obamy wyczerpie się, jeśli nie uda się porozumieć z Rosją w dwu najbardziej kluczowych sprawach: umowie o limitach rozbrojeniowych post-START oraz kwestii irańskiej. Istotne jest to, że argumenty prezydenta muszą być stale konfrontowane z rosnącą liczbą głosów tych publicystów i polityków amerykańskich, którzy opowiadają się za bardziej realistycznym podejściem do Rosji. Znaczenie suwerennej i demokratycznej Ukrainy dla stabilności europejskiej i niebezpieczeństwo rosyjskiego ekspansjonizmu dostrzegają Adrian Karatnycky i Alexander J. Motyl, autorzy ważnego artykułu z niedawnego wydania Forreign Affairs (maj/czerwiec 2009). Także niektórzy dyplomaci amerykańscy wyrażają wątpliwości wobec skuteczności pieriezagruzki. Były ambasador w Moskwie, a obecnie zastępca Sekretarza Obrony, Alexander Vershbow, przyznał, że Waszyngton rozważa włączenie Ukrainy do systemu obrony antyrakietowej. Informację tę potwierdził ambasador Ukrainy w USA Ołeh Szamszur. Trudno jednoznacznie stwierdzić, czy wypowiedź Vershbowa była swoistym wotum nieufności doświadczonego urzędnika wobec doktryny swojego rządu, czy też zapowiedzią zmian w tej doktrynie.
 
Jakkolwiek by nie było, stanowisko amerykańskie nie odgrywa tak ważnej roli, jakie przypisuje mu wielu rodzimych komentatorów, tym bardziej, że obecnie nierealny wydaje się projekt poszerzenia NATO. Stąd sprawa Ukrainy jest z powodów gospodarczych i geopolitycznych sprawą przede wszystkim Unii Europejskiej. Zdają sobie z tego sprawę ukraińscy decydenci, którzy - przynajmniej w sferze deklaracji - wciąż utrzymują, że priorytetem politycznym Ukrainy pozostaje członkowstwo w Unii. Wiktor Juszczenko koniec swojej kadencji okrasza ofensywą dyplomatyczną, przypominającą tę z pierwszej połowy 2005 roku. Jego nominat na stanowisku szefa dyplomacji, Petro Poroszenko, doprowadził do ocieplenia napiętych relacji z Białorusią. Dodatkowo ukraińskie władze starają się nawiązać przyjazne stosunki z demokratycznym rządem mołdawskim, co z kolei przełożyłoby się na częściową neutralizację problemu Naddnieprza. Intensyfikacja kontaktów z Mołdawią i détente w stosunkach z Białorusią, podyktowane potrzebą gospodarczego uniezależnienia się od Rosji, oznaczają, że Ukraina rozpoczyna poszukiwania nowej definicji dla własnej, suwerennej polityki zagranicznej.
 
Jest to konieczne, bowiem ostatnie agresywne poczynania Rosji niepokoją. Z tych najważniejszych wymienić należy: kryzys ambasadorski, skandaliczny list Miedwiediewa do Juszczenki, ciągłe groźby (mimo regularnych wpłat) wywołania nowego konfliktu gazowego i nową ustawę o obronie, która rozszerza możliwość użycia rosyjskiego wojska poza granicami Federacji. Niepokoją tak bardzo, że grupa ukraińskich polityków i intelektualistów (m.in. Leonid Krawczuk, Myrosław Popowycz i Jurij Andruchowycz) wystosowała apel do ONZ, UE i Grupy Wyszechradzkiej, w którym zasugerowała zwołanie międzynarodowej konferencji w sprawie bezpieczeństwa Ukrainy.
 
Największym problemem jest to, jaki kierunek wybierze Ukraina po styczniowych wyborach prezydenckich. Julia Tymoszenko nie prezentuje tak jednoznacznego poparcia dla idei integracji, jak Juszczenko, ale w swoich wypowiedziach nadal pozostaje zwolenniczką kursu proeuropejskiego. Natomiast powrót do pozycji państwa pozablokowego, o czym niedawno wspominał inny z kandydatów, Wiktor Janukowycz, jest nierealny. Ukrainy nie stać na gospodarczą samowystarczalność. Po za tym od czasu pierwszej połowy lat 90., kiedy w doktrynie polityki zagranicznej dominowała owa koncepcja neutralności (tzw. doktryna Pawłyczki), zwiększyła się rola ukraińskich rurociągów w tranzycie gazu na Zachód. Ukraina będzie musiała prędzej czy później się zdefiniować. Albo Unia Europejska, albo Wspólnota Niepodległych Państw. Doświadczenia ostatniego roku każą z optymizmem patrzeć na wybór kursu zachodniego: to Międzynarodowy Fundusz Walutowy i Bank Światowy wspomagają Ukrainę w walce z kryzysem gospodarczym, to Unia Europejska zaangażowała się w modernizację gazociągów w tym kraju. Ponadto politycy wciąż muszą się liczyć ze zdaniem oligarchów, a ci są zainteresowani poszerzeniem ekonomicznych wpływów na Zachód. Przygotowywana umowa stowarzyszeniowa może być pierwszym poważnym aktem ścisłej współpracy - na razie gospodarczej i handlowej - Ukrainy ze Wspólnotą.
 
Czytany 6488 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:49