środa, 18 listopad 2009 07:11

Dariusz Kałan: Dwie rewolucje

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Dariusz Kałan   Zachowując krytycyzm wobec dorobku pomarańczowych, nie wolno przekreślać jednego: sensu wybuchu rewolucji. Ukraina potrzebuje mitu. Obywatelski zryw w obronie zagrożonej demokracji nadaje się nań znacznie bardziej niż działalność UPA.    
Kiedy patrzy się na rewolucję z perspektywy pięciu lat, można dojść do przekonania, że projekt „Pomarańczowa Ukraina" od początku skazany był na niepowodzenie. Wielka koalicja frontu narodowego, w której znaleźli się socjaliści, centryści i nacjonaliści, była idealną - romantyczną i skuteczną - siłą na czas rewolucji. Jednak kiedy przyszło do rządzenia państwem, spoiwo, które ich wcześniej łączyło, czyli nienawiść do Kuczmy, okazało się niewystarczające. Brak wspólnej wizji przeszłości i przyszłości oraz osobiste ambicje liderów sprawiły, że pomarańczowa Ukraina przetrwała jedynie dziewięć miesięcy. A potem powróciło to, co było dawniej, czyli chaos. A nawet gorzej, bo, jak przewrotnie zauważa Mykoła Riabczuk: Państwo Kuczmy często działało niezgodnie z prawem, ale było na swój sposób efektywne - jak większość reżimów autorytarnych. Tymczasem w państwie „pomarańczowych" zapanowało i bezprawie, i dysfunkcjonalność.

Rewolucja władzy
Kłopoty zaczęły się już na samym początku. Punktem wyjścia dla ustanowienia porządku porewolucyjnego była nowela konstytucyjna, uchwalona 8 grudnia 2004 roku. Zakładała likwidację ustroju semi-autorytarnego przez przekazanie części kompetencji prezydenta Radzie Najwyższej (parlamentowi) oraz rządowi.

Tymczasem, to co miało stanowić furtkę dla utrwalenia liberalnej demokracji, okazało się zarzewiem brutalnego konfliktu politycznego. Z co najmniej dwu powodów. Po pierwsze, pomysłodawcą noweli był nie kto inny jak Leonid Kuczma. Podczas rozmów kuluarowych z przedstawicielami ówczesnej opozycji zgodził się pokojowo oddać władzę, ale pod warunkiem, że jego następca utraci szerokie prerogatywy. Zupełnie tak, jakby dla Francji porewolucyjnej konstytucję pisał Ludwik XVI. Nowela od początku dzieliła pomarańczowych. Najpierw, jeszcze w czasie rewolucji, protestowała Julia Tymoszenko, która opowiadała się za rozwiązaniem siłowym, a nie okrągłym stołem. Kiedy, już jako premier, dostrzegła w niej szansę na wzmocnienie własnej pozycji, krytykiem poprawki został Wiktor Juszczenko.

Po drugie zaś, nowela uderzała w istniejący ład tylko pozornie. Pozbawiła prezydenta części uprawnień, ale zachowała w całości centralistyczno-oligarchiczny system władzy, udoskonalony przez Kuczmę spadek po okresie sowieckim. Dotychczas był on kontrolowany przez otoczenie głowy państwa. Zrównanie ze sobą prezydenta i premiera oraz wzmocnienie parlamentarnej opozycji, sprawiło, że powstały trzy konkurujące ze sobą mniejsze ośrodki, zbudowane na tych samych zasadach, na jakich funkcjonowało państwo Kuczmy. W miejsce jednowładztwa powstało kilkowładztwo. Dwa największe grzechy poprzedniego ustroju, czyli izolacja władzy od obywateli i rozległe wpływy oligarchii, zostały zakonserwowane w porządku porewolucyjnym. Mówiąc słowami lwowskiego historyka Jarosława Hrycaka: Kijów ciągle bardziej przypomina Palermo niż Waszyngton.

Mesjasz i księżniczka à rebours
Zwolennicy Wiktora Juszczenki wskazywali właśnie na niego, kiedy przytaczali ustęp wiersza Tarasa Szewczenki: Kiedyż ojczyzna umęczona doczeka wreszcie Waszyngtona i nowych praw dożyje ona? Nieudany zamach na jego życie w przeddzień rewolucji utwierdził go w przekonaniu, że został wybrany na męża opatrznościowego Ukrainy. Wiktor wziął na siebie winy tego narodu i odkupuje je swoim cierpieniem, mówił wtedy jego brat Petro.

Tymoszenko, „pomarańczowa księżniczka", w tym duecie miała reprezentować szkołę realpolitik. Tymczasem w ciągu ostatnich pięciu lat oboje udowodnili jak niewielka granica dzieli idealizm od naiwności i bezradności oraz pragmatyzm od cynizmu. Rewolucja na szczytach władzy skończyła się zbyt szybko. Nawet zapał zwolenniczki radykalnych zmian, czyli Tymoszenko, wyczerpał się zaraz po tym, jak została premierem. Ale to także nie powinno dziwić. Inaczej bowiem niż we wszystkich znanych modelach rewolucji, liderów Majdanu nie wyniesiono do władzy oddolnie, ale zostali wyhodowani przez poprzednią władzę. Zarówno Tymoszenko jak i Juszczenko byli beneficjentami systemu stworzonego przez Kuczmę.

Ich największą, także symboliczną, porażką jest sprawa Georgija Gongadzego, najgłośniejszego mordu politycznego niepodległej Ukrainy. Zabójstwo opozycyjnego dziennikarza, a następnie ujawnienie taśm, z których wynikało, że w sprawę zamieszane jest otoczenie Kuczmy, stało się przyczyną gwałtownych wystąpień społecznych i źródłem ruchu prerewolucyjnego. Tymczasem tuż po objęciu władzy przez pomarańczowych minister spraw wewnętrznych z czasów Kuczmy, Jurij Krawczenko, popełnił samobójstwo. Strzelił sobie w głowę; dwukrotnie. Dopiero ostatniego lata, w okresie kampanii wyborczej, schwytano mordercę Gongadzego, pułkownika Ołeksija Puchacza, i odnaleziono szczątki dziennikarza. Jednak ciągle nie znamy nazwisk zleceniodawców. Zwolennicy spiskowych teorii dziejów twierdzą, że Kuczmie nie zostaną przedstawione zarzuty, bo Juszczenko podczas rozmów okrągłostołowych obiecał mu nietykalność.

Rewolucja obywateli
Czy to znaczy, że pomarańczowa rewolucja okazała się pomyłką albo - w najlepszym razie - nic nie znaczącym epizodem w historii niepodległej Ukrainy? W żadnym razie. I chociaż zmiany na szczytach władzy były niewystarczające, to wiele rewolucyjnych ideałów zakorzeniło się wśród tych, którzy na Majdanie stali po drugiej stronie sceny. Na Ukrainie powstały zalążki społeczeństwa obywatelskiego. W pełni demokratyczne wybory pozwalają Ukraińcom na świadome współtworzenie życia politycznego. Model jelcynowsko-putinowski, z namaszczonym następcą, został odrzucony właśnie w czasie rewolucji. O trwałości tej zmiany świadczy fakt, że dziś, na trzy miesiące przed wyborami, wciąż nie ma faworyta w wyścigu do Pałacu Maryńskiego.

Pluralizm polityczny jako stały element demokracji na Ukrainie to nie jedynie dziecko rewolucji. Inaczej niż w okresie kuczmizmu, media są wolne, a słowa krytykujące władze nie pociągają za sobą ostracyzmu, czy, jak w przypadku Gongadzego, wyroku śmierci. Inaczej niż wtedy, społeczeństwo, świadome swojej siły, posiadło zdolność do samoorganizowania się w obronie interesów lokalnych i grupowych. Stąd właśnie gwałtowny w ostatnich latach rozwój organizacji pozarządowych. W długiej perspektywie także największe osiągnięcie prezydentury Juszczenki, czyli wywołanie dialogu o tożsamości narodowej, przyniesie Ukraińcom korzyści. Kwestia Wielkiego Głodu z lat 1932-1933 już stała się czynnikiem integrującym, a burzliwa dyskusja o działalności UPA prędzej czy później wymusi zmierzenie się z własną historią. Jeśli dodamy do tego trwałe zaistnienie Ukrainy w świadomości elit politycznych Zachodu, to okaże się, że dorobek rewolucji jest całkiem pokaźny.

Najgorzej byłoby, gdyby Ukraińcy, patrząc na rewolucję z perspektywy pięciu lat, powiedzieli: no, przecież właściwie nic się wtedy nie stało. Elity znów nas zawiodły, niewiele się zmieniło. Dlatego, zachowując cały krytycyzm wobec rządów pomarańczowych, nie wolno przekreślać jednego: sensu wybuchu rewolucji. Ukraina potrzebuje mitu. Obywatelski zryw w obronie zagrożonej demokracji nadaje się nań znacznie bardziej niż działalność UPA.

W ostatnich pięciu latach Ukraina doświadczyła bardzo wiele. Cztery zmiany rządów, dwa konflikty gazowe, kryzys gospodarczy i pandemia śmiertelnej grypy. Ukraińcy, zmęczeni i rozczarowani, w toczącej się kampanii prezydenckiej premiują hasło: Het' usim!, czyli Precz ze wszystkimi!. Decydenci muszą wyciągnąć z tego wnioski. Pięć lat temu to oni stali na Majdanie. Ale to rewolucja, która wyniosła ich na szczyty, powinna także uświadomić im, czym grozi zbyt wielka alienacja władzy od obywateli.
 
Artykuł ukazał się na stronach alt Publikacja za zgodą wydawcy.
Czytany 6485 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:49