czwartek, 01 lipiec 2010 09:52

Bogdan Góralczyk: Dziwna rewolucja

Oceń ten artykuł
(1 głos)
alt dr hab. Bogdan Góralczyk

Centrum biznesowe stolicy państwa okupowane ponad dwa miesiące przez demonstrantów. Pierwsza próba siłowego ich zdławienia, 10 kwietnia, przyniosła ofiary, jednak niczego nie zmieniła, dopiero pacyfikacja dokonana przez wojsko 19 maja przywróciła w Bangkoku porządek. Czy na pewno?

Sceny, które widzieliśmy, głęboko zapadają w pamięć: uliczne barykady forsowane przez wozy opancerzone, wzajemne ostrzeliwanie się, nierówny potencjał sił (demonstranci – proce i pojedyncze karabiny, wojsko uzbrojone po zęby i w ciężki sprzęt), lejąca się krew, a potem jeszcze wielki pożar w mieście. Czyżby nieudana rewolucja, krwawo stłamszona?

Źródła [1]

Tajlandia trzęsie się w posadach od dawna. Spokój podważono już w 2006 roku, kiedy na ulicach Bangkoku pojawili się masowo demonstranci w żółtych koszulach. Dawali tym samym do zrozumienia, że „są z królem”, bo obecny monarcha, najdłużej panujący na świecie Bhumibol Adulyadej (Rama IX) urodził się w poniedziałek, a ten akurat dzień jest w tajskiej, bogatej w symbolikę tradycji kojarzony właśnie z kolorem żółtym.

Wiadomo, czemu ten ruch powstał, jak też kto i dlaczego go zorganizował. Tę relację można ograniczyć do zaledwie dwóch nazwisk. Pierwsze jest absolutnie kluczowe: w latach 2001 – 2006 premierem w królestwie, od 1932 r. monarchii konstytucyjnej, był pułkownik policji, a potem rzutki biznesmen, który błyskawicznie dorobił się ogromnego majątku na rządowych zamówieniach w dziedzinie wysokich technologii: Thaksin Shinawatra. Nie ma wątpliwości, że były to rządy bezprecedensowe. Thaksin potraktował kraj tak, jak wcześniej swoje firmy. Sam chwalił się, że jest raczej „dyrektorem zarządzającym” (Chief Executive Officer – CEO), niż zwyczajnym premierem. Rządził jednoosobowo, zdecydowanie i bez pardonu. Nie krępował się w czynach i w języku. Sam mówił, że dla niego „demokracja jest jedynie narzędziem”, spośród doradców „słucha jedynie żony”, a na dalekim Południu kraju, gdzie żyją skupiska muzułmanów, w jego ocenie „nie ma separatyzmu, ani ideologicznego terroryzmu, są jedynie pospolici bandyci”. Efekt? Od stycznia 2004 r. mamy tam do czynienia z podsycanym przez islamskich fundamentalistów ruchem separatystycznym, w wyniku którego niemal codziennie giną ludzie, a łączna liczba ofiar przekroczyła już trzy tysiące. A ponad 2 600 ofiar pochłonęła wydana przez Thaksina bezpardonowa „wojna z narkotykami”.

Spuścizną dynamicznych, lecz kontrowersyjnych rządów Thaksina są bezprecedensowe i głębokie podziały: na islamskie Południe i buddyjską Północ, na biednych i bogatych, na uprzywilejowanych i nieuprzywilejowanych, na stolicę i prowincję. Ten ostatni jest szczególnie wyrazisty, bo to właśnie w stolicy, w samym jej sercu, jakim jest park Lumpini, we wrześniu 2005 r. dawny wspólnik Thaksina w interesach – to drugie wspomniane nazwisko – Sondhi Limtongkul, któremu premier, w swoim stylu, odebrał „okienko” w publicznej telewizji, rozpoczął cykl masowych wieców wskazujących na niedemokratyczne rządy, a przede wszystkim kolesiostwo i korupcję na szczytach rządowej władzy.

Nieco osaczony Thaksin odpowiedział, w styczniu 2006 r., sprzedażą rodzinnego imperium biznesowego, firmy Shin Corporation, za sumę – bagatela – 2,1 mld dolarów i to jeszcze bez opodatkowania. To wtedy zwykli Tajowie uświadomili sobie, jak bogaty jest premier – i to wtedy ruszyły na ulice Bangkoku żółte koszule z Sondhim Limtongkulem na czele.

Tajska gehenna

Tak rozpoczęła się trwająca niestety do dziś „tajska droga krzyżowa”. Spokój w państwie został podważony, a sekwencja zdarzeń sama w sobie może przyprawić o ból głowy. Po wielomiesięcznych demonstracjach żółte koszule walnie przyczyniły się do wojskowego zamachu stanu 19 września 2006 roku. Przyszła do władzy junta, co akurat w najnowszej historii Tajlandii nie było niczym nowym, ale faktycznie rządy objął jako premier jeden z osobistych doradców króla, członek Rady Królewskiej, generał Surayud Chulanont. Żółte koszule pozostały na ulicach, szczególnie w poniedziałki, ale demonstracje się zakończyły. Tyle tylko, że kraj nie posuwał się naprzód. Po niezwykle dynamicznych rządach Thaksina nastał marazm. Jedyną „zasługą” tej administracji był fakt, iż zmieniła ona Konstytucję z 1997 r., uznawaną za jedną z najbardziej demokratycznych w całej Azji. Na mocy nowej, przyjętej w 2007 r., stało się możliwe usuwanie polityków z życia publicznego za korupcję, a nawet rozwiązywanie całych partii politycznych za machinacje wyborcze. Ten los przypadł w udziale osobistej kreacji Thaksina, partii Thai Rak Thai (TRT, Taj kocha Taja), a ponad stu jej najznamienitszych przedstawicieli na pięć lat usunięto z życia publicznego. Wydawało się, że jest już „po sprawie”.

Nic bardziej błędnego! Gdy w grudniu 2007 r. Tajowie poszli do urn wyborczych, ponownie wybrali zwolenników Thaksina, tym razem zrzeszonych w powołanej zaledwie pół roku wcześniej emanacji TRT o – jakże symbolicznej – nazwie Partia Władzy Ludu. A Thaksin, teraz już właściciel pierwszoligowego brytyjskiego Manchesteru United, w lutym roku następnego triumfalnie wrócił do kraju. I znowu podzielił kraj, jeszcze głębiej niż dotąd. Stołeczne elity najpierw zarzucały jego zwolennikom, że „kupował głosy” (dzięki czemu wygrał wybory), a następnie, od końca maja, znowu uaktywniły się żółte koszule, które najpierw demonstrowały na ulicach, a potem, od końca sierpnia zajęły też siedzibę rządu. W efekcie gabinet obradował „na mieście”, najczęściej w koszarach i na terenie starego, częściowo już opuszczonego lotniska Dong Muang. Kulminacja tego ruchu wreszcie zwróciła uwagę światowych mediów, bo w końcowej fazie żółte koszule zajęły oba stołeczne lotniska, paraliżując kraj.

Wtedy zapadły decyzje mające wpływ na ostatnie wydarzenia i dzień dzisiejszy. Najpierw Sąd Najwyższy (głosami 6:5) skazał Thaksina na dwa lata więzienia za korupcję (były premier był już wówczas ponownie banitą, w Dubaju, albowiem Brytyjczycy pozbawili go wizy, tak jak Tajowie paszportu), a potem – 2 grudnia 2008 r. – Trybunał Konstytucyjny rozwiązał Partię Władzy Ludu, na tych samych podstawach, jak poprzednio TRT: za malwersacje wyborcze. Zadowolone żółte koszule ogłosiły zwycięstwo, opuściły lotniska i okupowane budynki. A w parlamencie doszło do umowy, na mocy której jeden z dotychczasowych najbliższych współpracowników Thakisna, Newin Chidchob zmienił front i zjednoczył się z siłami Partii Demokratycznej, najstarszej w kraju i będącej uosobieniem stołecznych elit. To na mocy tego układu 14 grudnia 2008 r. nowym, 27 z kolei w ramach monarchii konstytucyjnej premierem Tajlandii został młody (ur. 1964 r.) absolwent Oxfordu Abhisit Vejjajiva.

I znowu: na tym się nie skończyło. Już w lutym 2009 r. uaktywniły się istniejące już wcześniej czerwone koszule, powszechnie kojarzone ze zwolennikami Thaksina. Domagały się „prawdziwej demokracji”, obalenia Abhisita (ministrem Spraw Zagranicznych w jego gabinecie został prominentny przedstawiciel żółtych koszul) i sprawiedliwości, bo nikt z żółtych koszul nie został postawiony przed sądem ani za okupację siedziby rządu, ani lotnisk. Do przesilenia doszło w kwietniu 2009 r., akurat w święto tajskiego Nowego Roku – Songkran. Najpierw czerwone koszule storpedowały szczyt państw ASEAN w nadmorskim kurorcie Pattaya, a następnie doszło wręcz do walk ulicznych na ulicach Bangkoku (2 osoby zginęły, 121 zostało rannych). Część czerwonych koszul poddała się, ale część „zeszła do podziemia”.

I tak oto doszliśmy do ostatniej, jak dotąd, fazy tej gehenny, a więc wydarzeń w Bangkoku od 14 marca do 19 maja br. Kiedy 26 lutego Sąd Najwyższy odebrał Thaksinowi 1,4 mld dolarów z zamrożonych dotychczas na tajskich kontach 2,1 mld za transakcję sprzedaży Shin Corp., przebywający na wygnaniu w Dubaju Thaksin stwierdził, że „dopóty się nie podda, dopóki nie odzyska swoich pieniędzy” – i wezwał swoich zwolenników do walki. Ci, ubrani w czerwone koszule, ponownie wyszli na ulice z hasłami podobnymi jak przed rokiem: sprawiedliwość, odejście administracji Abhisita, demokracja, nowe wybory (bo wierzą, że w nich wygrają). Jak to się skończyło – już wiemy.

Łamigłówka

O co tu chodzi? Pozornie mamy tu wszystkie oznaki prawdziwej rewolucji: zrewoltowany lud występuje przeciwko uprzywilejowanej, stołecznej elicie, która odpowiada w jedyny sposób, w jaki potrafi – siłą wojska. Faktycznie jednak kryje się za tym istna łamigłówka.

Zacznijmy od Thaksina, dziś, po ostatnich wydarzeniach, ściganego już listem gończym za terroryzm (poprzednio był skazany na dwa lata, teraz może mu grozić nawet kara śmierci) i z obawy przed ekstradycją przebywającego w Czarnogórze, której paszportem się posługuje, a nie w Dubaju. To on podzielił kraj. Nie potrafił i nie potrafi przegrywać. Nie umiał też słuchać. Gdy niepodzielnie władał państwem, zapomniał o jednym – że jest to monarchia, a na jej czele stoi władca wybitny, przez naród uwielbiany. Król wielokrotnie, publicznie i prywatnie Thaksina upominał, by poskromił swe zapędy i żądze. Ten publicznie kłaniał się na królewskich audiencjach, a nawet wykrzykiwał Song pracha leung: „Niech żyje król!” Ale nadal robił swoje, tzn. wzbogacał kraj, ale przede wszystkim wzbogacał siebie i swoich najbliższych, bez opamiętania. Walcząc o te pieniądze ostatnio, jak wcześniej zapowiedział, podpalił Bangkok – bo nocą po pacyfikacji 19 maja spłonęło aż 35 ważnych publicznych budynków, w tym gmach giełdy i siedziby banków, ale nie tych, które należą do zwolenników dawnej TRT. Prywata pokonała instynkt państwowy. I tak interpretują te wydarzenia stołeczne elity: Thaksin terrorysta – najpierw podpalił muzułmańskie Południe, teraz podpalił Bangkok, a już zapowiada podpalenie biednej Północy, gdzie ogłasza wojnę partyzancką…

Można i tak. Tyle, że to tylko część prawdy. Trzeba zapytać: Skąd ten fenomen Thaksina?  Czy stoją za tym jego ogromne pieniądze, za które kupuje swych zwolenników, jak twierdzą jego przeciwnicy? Absolutnie nie. Thaksin był populistą, ale „kupił” zwolenników inaczej: dał ludziom biednym, na głębokiej prowincji, głównie na północy (kraina Lanna) i północnym-wschodzie kraju (kraina Issan), szansę i możliwość spełniania swych marzeń. Dał im tanie kredyty, tanie wizyty u lekarza, a nade wszystko poczucie podmiotowości i godności obywatela. Jeździł do nich i urządzał w namiocie wspólne poczęstunki i reality show transmitowane na żywo przez kontrolowaną przezeń telewizję. Przesłanie było proste: przywódca brata się z prostym ludem. To pierwszy taki premier od czasu, gdy narodziła się monarchia konstytucyjna. Za to lud mu teraz z nawiązką odpłaca.

Czy, wobec tego, czerwone koszule to sami zwolennicy Thaksina, jak się powszechnie uważa? Tu tkwi kolejna pułapka. Tak, czerwone koszule narodziły się jako ruch poparcia dla Thaksina. Część z nich, ludzi przecież biednych, na pewno była też przez niego, a raczej jego pośredników, kupowana, bo inaczej nie wytrwaliby i nie wyżyli na skwarnych ulicach Bangkoku przez miesiące. Jednak z czasem znaleźli się w tej grupie też inni. Są wśród nich radykalni lewicowcy, domagający się nawet jeśli nie obalenia, to osłabienia monarchii. Są prawdziwi demokraci, domagający się przejrzystych reguł i uczciwości w życiu publicznym. Niestety, znaleźli się też wśród nich ludzie w czarnych koszulach, wynajęci snajperzy, gotowi do walk ulicznych. Ogólnie jednak czerwone koszule to ruch oddolny społecznego niezadowolenia, radykalizmu, obywatelskiego nieposłuszeństwa. Przerósł on znacznie swojego inicjatora. Bez względu na to, co się teraz – na fali represji po ostatnich wydarzeniach – z nim stanie, pozostanie już w pamięci narodu jako ten, który też miał swe racje, o czym przypomniał w nieco lirycznym, ale mądrym liście do czerwonych koszul znany kompozytor i pisarz Somtaw Sucharitkul. Napisał w nim, jakże słusznie: „Drzwi powinny być wam otworzone już przed laty…”. Kto wie, czy w dalszej perspektywie ten ruch nie stanie się nawet zaczynem nowego porządku i ładu politycznego w państwie?

Taki ład jest konieczny, bowiem – niestety – niemal cała elita polityczna kraju jest skorumpowana, a istniejące mechanizmy i instytucje na to pozwalają, co Thaksin, z iście genialnym instynktem biznesmena, wykorzystał do swych potrzeb. Nie ma skutecznego systemu wzajemnej kontroli i równowagi władz (checks and balances), brak przejrzystości i jasnych reguł. Decyzje zapadają „podskórnie”, „za plecami”, interesy ubija się w szarej strefie, niczym w Chinach, „tylnymi drzwiami”. Jedni mają do tego dostęp, inni nie. A efekt jest taki, że rozwarstwienie społeczne, zawsze wysokie, stale narasta, rodząc materialną przepaść. To jest prawdziwe sedno i „zaplecze” ruchu „czerwonych”.

Armia, jak to było wcześniej i jak widzimy ostatnio, nie może być ostoją nowego porządku. W najnowszych dziejach Tajlandii mieliśmy trzy „krwawe zwroty”: w październiku 1973 r. zginęło 77 osób, w październiku 1976 r. – 41 osób, natomiast podczas „krwawego maja” 1992 r. – 40 osób. Tymczasem teraz ofiar było aż 88 i ponad dwa tysiące rannych. To dowód, że nie tędy droga. Armia nie może być ani stroną, ani języczkiem u wagi istniejącego ładu, a nadal jest.

I wreszcie rzecz najtrudniejsza, najbardziej skomplikowana i trudna do oceny, a na dodatek w Tajlandii objęta tabu: rola monarchii i obecnego monarchy. Król Bhumibol w moim najgłębszym przekonaniu należy do najwybitniejszych, jakich wydała ta dynastia (Chakri) i w ogóle tajska ziemia. Gdy był aktywny, jeździł po kraju, przemierzał go wzdłuż i wszerz, docierał do najbardziej zapadłych wiosek, rozmawiał z ludźmi. Tajowie mu to pamiętają, autentycznie go kochają. Ma on prawdziwe baramee, a więc potęgę i siłę moralnego autorytetu. Jednak król jest schorowany, przykuty – od września ub. r. – do szpitalnego łóżka. Jego liczne wezwania o jedność i pojednanie pozostały, jak dotąd, bez większego echa, natomiast apele do najwyższych gremiów sądowniczych (sam jest prawnikiem wykształconym w Szwajcarii) są w wielu kręgach interpretowane jako „bicz na Thaksina” i jego zwolenników.

Sędziwy król (81 lat) pozostał poza polityką i nie stał się teraz – jak w pamiętnym maju 1992 r. – „uczciwym rozjemcą”. Natomiast jego otoczenie, czy to się komu podoba, czy nie, jest w tej ostatniej „tajskiej drodze krzyżowej” stroną. Monarcha posiada baramee, ale jego następca jest go pozbawiony. Czy kraj w dobie globalizacji może polegać na jednostce? Jaka jest gwarancja, że jedna wybitna jednostka będzie zastępowana przez kolejną podobnego pokroju? Jaka my być w przyszłości roli monarchii, której obecny król, swoją pracą i moralnym przykładem, przywrócił splendor z jej najlepszych lat? Jak zagwarantować w systemie instytucjonalnym, by kraj był kwitnący, ludzie zadowoleni, gospodarka wydajna, a urzędy nieskorumpowane? Jak dać obywatelom, wszystkim obywatelom, poczucie godności i sprawiedliwości? No i jak wyjść z tych niebywałych podziałów, które tej wiosny i podczas walk w stolicy raz jeszcze się pogłębiły?

Obawiam się, że to zadania ponad siły obecnej administracji premiera Abhisita. To raczej zadanie dla wszystkich tajskich elit, bez wyjątku. Niestety, przed Tajlandią, krainą tolerancji i uśmiechu, która ostatnio zamieniła się w dolinę łez, więcej teraz pytań niż odpowiedzi. Jedno jest pewne: bez dialogu i kompromisu, o który tak trudno, żadnej dobrej odpowiedzi na rosnące pytania oraz prawdziwego wyjścia z tego zapętlenia nie będzie.

Artykuł ukazał się w Komentarzu Międzynarodowym Pułaskiego lipiec/2010 alt Publikacja za zgodą wydawcy.



[1] To temat jeszcze w literaturze światowej słabo opracowany. Kluczowa jest książka pary autorskiej Pasuk Pongpaichit, Chris Baker Thaksin, szczególnie jej drugie, rozszerzone wydanie z 2009 r. Ważne są również felietony tej pary autorskiej pisane pod pseudonimem Chang Noi, Jungle Book. Thailand’s Politics, Moral Panic, and Plunder, 1996-2008. Istotne jest także opracowanie Johna Funstona w wydanej i redagowanej przez niego pracy zbiorowej Divided over Thaksin. Thailand’s Coup and Problematic Transition. Najciekawsze bieżące analizy pisze na łamach „Bangkok Post” i innej prasy prof. Thitinan Pongsudirak ze stołecznego Uniwersytetu Chulalongkorn. Cytowany w tym opracowaniu tekst Somtaw Sucharitkula można znaleźć na stronie: http://www.somtow.org/2010/05/open-letter-to-red-shirts.html

Czytany 5110 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04