sobota, 19 październik 2013 09:43

Błażej Popławski: Wizyta premiera Tuska w Afryce

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

goafrica  dr Błażej Popławski

Premier Donald Tusk udał się z wizytą do Zambii i RPA. To już druga w tym roku podróż premiera do Afryki subsaharyjskiej. Czy można zatem wieszczyć przełom w relacjach polsko-afrykańskich? Jak przedstawia się zaplecze instytucjonalno-prawne tej współpracy i jakie profity czekają polskich przedsiębiorców zainteresowanych działalnością na Czarnym Lądzie.

Go Africa! – program rządowy

Na początku tego roku ogłoszono inaugurację rządowego programu „Go Africa”. Pod chwytliwym hasłem kryje się inicjatywa Ministerstwa Gospodarki oraz Polskiej Agencji Informacji i Inwestycji Zagranicznych (agencji rządowej podległej Ministrowi Gospodarki, powstałej w 2003 roku) oraz dwóch łódzkich podmiotów promujących współpracę polsko-afrykańską – Instytutu Afrykańskiego oraz Regionalnej Izby Gospodarczej. Nieprzypadkowo z inicjatywą występują środowiska łódzkie – w mieście tym jeszcze w okresie PRL ulokowano centrum kształcące przybywających do Polski obcokrajowców. Z Łodzi pochodzi jeden z czarnoskórych posłów – urodzony w Nigerii John Godson.

„Go Africa” to zamierzenie śmiałe i potrzebne polskiej gospodarce, a – patrząc szerzej – ważne także dla stopniowego przełamywania europo- i polonocentrycznych stereotypów Afryki w społeczeństwie polskim. „Go Africa” stanowić ma platformę wymiany informacji, której głównym beneficjentem stać się powinni polscy przedsiębiorcy. Wizyta na stronie projektu rządowego nie napawa jednak optymizmem. Biznesmen zainteresowany wejściem na afrykańskie rynki może dowiedzieć się z niej, że głównym „targetem” polskiej gospodarki są: Angola, Kenia, Mozambik, Algieria, Nigeria oraz RPA. Wybór wydaje się słuszny, oparty na tradycji współpracy, funkcjonującej sieci ambasad, a także na stabilności politycznej i wskaźnikach wzrostu PKB tych krajów. Co jednak dalej?

Uporczywe klikanie daje szansę na uzyskanie informacji na pograniczu przekazu Wikipedii oraz dostępnego w księgarni przewodnika po danym kraju – narracji dalekiej od dyskursu ekspercko-doradczego. Na stronie „Go Africa” [1], w zakładkach poświęconych kolejnym krajom, znajdują się lakoniczne omówienia na tematy takie jak: Informacje ogólne; Sytuacja gospodarcza; Dostęp do rynku; Prawo gospodarcze; Opracowania sektorowe; Współpraca dwustronna; Praktyczne informacje; Warunki klimatyczne; Główne bogactwa naturalne; System walutowy i kurs wymiany; Religie; Infrastruktura transportowa; Wizy; Wykaz świąt państwowych. Owszem, dane te są potrzebne – zarówno maturzyście zdającemu egzamin z geografii, jak i polskim biznesmenom szukającym nisz na globalnym rynku. Czy jednak tego właśnie rodzaju przekazu należałoby oczekiwać po nagłaśnianym w mediach programie otwarcia się Polski na Afrykę?

Spóźniony maraton wizyt

„Go Africa” nie odniesie sukcesu bez wsparcia innych podmiotów – zarówno państwowych, jak i prywatnych. Rozwijanie relacji handlowych musi uwzględniać inne czynniki, takie jak organizacja wizyt dyplomatycznych. Odgrywają one rolę symbolicznego „namaszczenia” polskich przedsiębiorców, zaprezentowania ich potencjalnym afrykańskim partnerom. Nie powinna zatem dziwić ani gorszyć świta polskich biznesmenów współtworząca orszak polskiej delegacji. Biorąc pod uwagę topniejącą sieć ambasad (w „Afryce Czarnej” działają obecnie jedynie placówki w Nigerii, Kenii, RPA, Angoli i Etiopii; w Warszawie funkcjonują zaledwie cztery placówki państw Afryki Subsaharyjskiej – Angoli, Demokratycznej Republiki Konga, Nigerii i RPA) oraz niewielką liczbę instytucji państwowych odpowiedzialnych za rozwijanie współpracy polsko-afrykańskiej (Departament Afryki i Bliskiego Wschodu MSZ) wizyty dyplomatyczne są niezbędne dla utrzymywania jakichkolwiek relacji z Afryką.

W kwietniu tego roku premier Donald Tusk odbył kilkudniową wizytę w Nigerii. Podróż ta stała się pożywką dla dziennikarzy, piętnujących „egzotyczne safari”, którego terminarz obejmował datę 10 kwietnia. Abstrahując od kontekstu sporów „rocznicowych”, warto jednak dostrzec, że wizyta ta spełniła zakładane uprzednio cele. Polska nie ma najmniejszych szans konkurować z potęgami BRICS-u, czy byłymi kolonizatorami w walce o rynek afrykański. Powinna jednak szukać nisz dla polskiego biznesu. W Polsko-Nigeryjskim Forum Gospodarczym uczestniczyło 190 przedstawicieli firm nigeryjskich oraz 30 polskich. Podpisano umowę o współpracy pomiędzy Polską Agencją Informacji i Inwestycji Zagranicznych a Nigerian Investment Agency, umowę o współpracy pomiędzy polskim Ministerstwem Gospodarki i nigeryjskim Ministerstwem Przemysłu, Handlu i Inwestycji oraz umowę o partnerstwie strategicznym między polskim a nigeryjskim MSZ. Oczekiwanie, że premier Tusk „przywiezie” z Nigerii intratne kontakty, które od razu zaowocują sukcesem polskiej gospodarki, nie miało sensu. To dopiero pierwsza faza budowania relacji handlowych, sondowanie rynku, wzajemne przedstawianie partnerów biznesowych. Na kontrakty trzeba cierpliwie poczekać. W zbytnim optymizmie, a także późniejszym rozgoryczeniu części polskich analityków dostrzec można „stare grzechy” Europejczyków, traktujących afrykańskie gospodarki jako poligony inwestycyjne. Czasy kolonialne minęły, a wraz z nimi narodziła się afrykańska klasa średnia i lokalny biznes gotowy na dialog coraz bardziej partnerski. Nie można o tym zapominać i popadać w entuzjazm nadgryzienia kawałka tortu afrykańskiego.

Czego zatem należy oczekiwać po wizycie premiera Tuska w Zambii i RPA? Wybrano dwa kraje, stosunkowo wysoko pozycjonowane w rankingu Łatwości Prowadzenia Interesów (według Banku Światowego, Zambia znajduje się w połowie tego zestawienia, a RPA zamyka trzecią dziesiątkę spośród wszystkich 185 państw). Wybrano także kilka sektorów strategicznych: przemysł wydobywczy, spożywczy, rolnictwo, gospodarka morska. W branżach tych polski inwestorzy mogą złożyć Zambii i RPA ciekawą ofertę – konkurencyjną wobec najaktywniejszych w regionie Chińczyków. Decyzja ta jest właściwa i świadczy o zdrowym rozsądku polskiego rządu. Wydaje się, że przy wyborze destynacji kolejnych podróży premiera Donalda Tuska kierowano się także wskazówkami polskich parlamentarzystów o afrykańskich korzeniach (John Godson urodził się w Nigerii, zaś Killion Munyama pochodzi właśnie z Zambii). Podczas marcowego „expose” ministra Radosława Sikorskiego wątek afrykański pojawił się jedynie na marginesie dyskusji sejmowej, aczkolwiek większość opinii o konieczności intensyfikacji współpracy gospodarczej z Afryką wygłaszali J. Godson i K. Munyama. Podkreślić jednak należy, że o ile wybór Nigerii i RPA nie budzi wątpliwości (obroty z RPA wynoszą ok. 800 mln dolarów, zaś z Nigerią ok. 100 mln dolarów), wizyta polskiego premiera w Zambii może zaskakiwać (wartość wymiany z tym krajem wynosi ok. 10 mln dolarów). Owszem, w Zambii do dziś działają polscy misjonarze, przez wiele lat posługę duszpasterską prowadził tam abp Lusaki Adam Kozłowiecki – wydaje się jednak, że bardziej właściwą destynacją mogła być sąsiednia Angola lub Mozambik – kraje uwzględnione na liście priorytetów programu „Go Africa”.

Rezultaty wizyt

Premier Donald Tusk spędzi na południe od Sahary tydzień. Będzie uczestniczyć w dwóch forach ekonomicznych, spotkaniach o przebiegu zbliżonym do paneli w Nigerii. Także skutki okażą się prawdopodobnie zbliżone. Polska podpisze kilka umów i memorandów, mających stanowić zaplecze instytucjonalno-prawne dla dalszej współpracy. Liczyć należy także na kreatywność polskich przedsiębiorców, którzy – wymieniając wizytówki z mieszkańcami RPA i Zambii – stworzą kolejne przyczółki współpracy polsko-afrykańskiej.

Szkoda, że w polskim Sejmie zasiadają jedynie dwaj parlamentarzyści o afrykańskich korzeniach. Po wyprawie do Nigerii i Zambii przydałyby się jeszcze wizyty premiera w innych krajach Czarnego Lądu, których PKB rośnie szybciej niż polskie, gdzie rodzi się klasa średnia, chętna do korzystania z usług i technologii, które mogły być dostarczane przez polskie firmy.

___________________________
1. http://www.goafrica.gov.pl/
Czytany 6207 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04