środa, 19 luty 2014 06:05

Bartosz Mroczkowski: USA vs Rosja, czyli dwie hipokryzje na Ukrainie

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

maidan_flags  Bartosz Mroczkowski

Polityczny kryzys na Ukrainie w jaskrawy sposób pokazuje bezradność europejskich instytucji, brak wspólnych celów oraz słabnącą efektywność w realizowaniu określonych zadań. Z drugiej strony coraz bardziej widoczna staje się mało powściągliwa mentalność Rosjan, podobna do tej sprzed wojny z Gruzją w 2008 r. Wbrew pozorom, na kontynencie europejskim iskrzy co raz częściej i ostrzej. Możemy wręcz mówić o Zimnej Wojnie 2.0. 

Idąc za prof. Mirosławem Sułkiem z Uniwersytetu Warszawskiego – każdy system międzynarodowy czy to lokalny, regionalny, czy globalny opiera się na równowadze sił. Z tego punktu widzenia Europa jest idealnym miejscem dla ustanowienia pokojowych relacji między państwami. Jest to jednak proces rozłożony w czasie, który ulega zmiennym, w zależności od potęgi poszczególnych państw i organizacji międzynarodowych. Miejsca konfliktowe pomiędzy szeroko rozumianymi Zachodem i Rosją, to przede wszystkim region Bałkanów, Europy Wschodniej i Azji Centralnej. Jednak Unia Europejska coraz częściej przypomina "wydmuszkę" polityczno-militarną, niezdolną do spójnego określenia własnych interesów międzynarodowych, nie mówiąc już nawet o ich realizacji. Sytuację tę skutecznie wykorzystują Rosjanie, a ostatnio nawet Stany Zjednoczone. Efektem tych starć jest właśnie Ukraina.

Większe zaangażowanie się Waszyngtonu w Azji Centralnej i Europie Wschodniej wynika przede wszystkim z ochłodzenia relacji obydwu mocarstw. Powodów jest wiele: nierozwiązana sprawa przeciągającej się krwawej wojny w Syrii, azyl udzielony przez Rosjan byłemu pracownikowi NSA – Edwardowi Snowdenowi, rosnąca pozycja Rosji w Azji Centralnej w postaci budowy przrz nią Unii Euroazjatyckiej, której największym beneficjentem może być Armenia oraz wiele innych krajów. W ubiegłym roku prezes Gazpromu Aleksiej Miller mówił, że Armenia jako członek planowanej przez Moskwę Unii Celnej, będzie otrzymywać gaz po cenach dla rosyjskiego konsumenta. Jest to "łapliwy" chwyt zwłaszcza, że Erywań posiada ograniczone możliwości dywersyfikacji dostaw nośników energii. Jedynym realnym konkurentem na tej płaszczyźnie jest Iran, regularnie zresztą ograniczany na arenie międzynarodowej przez politykę Stanów Zjednoczonych – tym samym Waszyngton ogranicza po części własne możliwości działania.

Rosja obecnie eksportuje 1,9 mld m3 gazu rocznie do Armenii. Według ministra ds. energii i zasobów naturalnych Armena Movsisiana, cena gazu sprzedawanego na granicy armeńsko-rosyjskiej wynosić będzie 189 USD za 1000 m3, natomiast jego cena końcowa dla konsumentów, po nałożeniu marży, ma wynosić 391 USD za 1000 m3. Warto w tym kontekście zwrócić uwagę na politykę Iranu, który dąży do przejęcia rubnków dostaw nośników dla swoich sąsaidów. Teheran sprzedaje gaz do państw ościennych w cenie 400 USD, co tylko pozornie jest dla Armenii mało opłacalne. Dotychczasowe negocjacje między oboma państwami dotyczyły wymiany barterowej „elektryczność za gaz”, zgodnie z którymi Armenia od strony perskiej ma otrzymywać z 1 m3 gazu w zamian za 3 kW energii elektrycznej. Na tych warunkach cena wynosi już tylko 181 USD za 1000 m3 dostarczanego gazu.

Ostatecznie, wskutek zawiroń i negocjacji, Erywań zdecydował się podążać do Unii Celnej, w której wiodącą rolę będzie pełnić Moskwa. Schemat armeński Rosjanie chcieli zastosować również na Ukrainie i prawie im się to udało. Według podpisanej umowy z Rosją w grudniu ubiegłego roku, cena gazu z 400 USD za 1000 m3 miała zostać obniżona do 268,5 USD. Dodatkowo Ukraińcy mieli otrzymać 15 mld USD na rozruch własnej gospodarki. Tym samym oferta rosyjska była znacznie bardziej korzystna od unijnej. Jednak w przypadku Ukrainy nie tylko o cenę gazu się rozchodziło, ale przede wszystkim o zmęczenie części obywateli obecną władzą i całym ukraińskim „systemem oligarchicznym”.

Obecnie, większe zaangażowanie Stanów Zjednoczonych na analizowanym obszarze jest podyktowane bezradnością UE. Wojna w Gruzji, w której wygaszenie mocno zaangażował się francuski prezydent Nicolas Sarkozy, szczęśliwie zakończyła się pokojem. Jednak faktem jest przedmioty tego starcia – Abchazja i Osetia Południowa – pozostają odseparowane od Gruzji i są uznane za niepodległe byty tylko przez Rosję, Nikaraguę, Nauru, Wenezuelę i małe „państewko” Tuvalu, którego jednym z głównych dochodów budżetowych jest sprzedaż domeny internetowej „.tv”. Natomiast dyplomatyczne wizyty Radosława Sikorskiego i Guido Westerwelle na Białorusi w listopadzie 2010 r., które miały doprowadzić do reorientacji tego państwa na Zachód, kompletnie nic nie zmieniły, a wręcz utrwaliły Aleksandra Łukaszenkę na pozycji „lokalnego satrapy”. Ostatecznie także Białoruś weszła do Unii Celnej, lansowanej przez Rosję.

Pomimo autentycznych starań polskiej dyplomacji, działającej w ramach unijnego programu Partnerstwa Wschodniego, Mołdawia dalej boryka się z trudnościami gospodarczymi. Jej odbudowa uzależniona jest od pomocy z zewnątrz, głównie Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Dodatkowym kłopotem dla władz w Kiszyniowie są coraz większe aspiracje niepodległościowe Autonomicznego Terytorium Gagauzji, w którym językiem urzędowym, oprócz rumuńskiego, jest rosyjski i gagauski. Rosja wykorzystuje także swoją pozycję na kolejnym problemowym terytorium – formalnie należącym do Mołdawii, jakim jest Naddniestrze. Jej dążeniem jest również utrzymywanie podziałów między Mołdawią i Rumunią przez jednoczesne podtrzymywanie niepodległościowych aspiracji Naddniestrzan (Naddniestrze oficjalnie uznane jest za niepodległe państwo tylko przez Abchazję i Osetię Południową).

We wszystkich wyżej wymienionych przykładach Rosja albo odgrywa wiodącą rolę, albo przynajmniej połowicznie osiągnęła swój cel, obnażając jednocześnie bezsilność europejskiej dyplomacji. Podobnie sytuacja wyglądała z przejęciem litewskiej rafinerii w Możejkach z rąk polskiego Orlenu. Zaraz po transakcji i podpisaniu umowy przejęcia przez stronę polską, rosyjski rurociąg dostarczający ropę do rafinerii, przestał funkcjonować. Powodem była jego rzekoma modernizacja... 

Przykładów można byłoby mnożyć nieskoczenie wiele, ale w sprawie Ukrainy, Rosja nie odpuści i wykorzysta każdy możliwy scenariusz, który będzie zadowalał władze na Kremlu. Przykładem jest niedawno opublikowany na stronach Geopolityka.org przekład wywiadu z doradcą prezydenta Federacji Rosyjskiej Siergiejem Głazjewem, w którym bez ogródek mówi on o potrzebie federalizacji Ukrainy – „Należy dać regionom tyle praw ile trzeba, a także możliwość samodzielnego tworzenia budżetów i częściowego samookreślenia się pod względem polityki zagranicznej. Są takie przykłady na świecie, choć może dziwnie wyglądają z punktu widzenia prawa międzynarodowego, kiedy w ramach jednego państwa działają różne reżimy handlowo-gospodarcze. Na przykład, w skład Danii wchodzi Grenlandia; Dania jest częścią Unii Europejskiej, a Grenlandia – nie. Czyli jest to rozsądna propozycja dla Ukrainy” [1].

Z drugiej strony działania Stanów Zjednoczonych także pozostawiają wiele do życzenia. Amerykanie znów popełniają identyczny błąd jak w Syrii – popierają tylko opozycję, pozbawiając siebie roli uczciwego rozjemcy konfliktu na Ukrainie. Tymczasem nawet polski rząd w tej sprawie zachowuje się wstrzemięźliwie. Pomoc dla ukraińskiej opozycji oczywiście to nie tylko puste hasła, ale realne pieniądze dla protestujących. Brukselę, w czasie trwania kryzysu, stać jednak tylko maksymalnie na wizyty niektórych eurodeputowanych na Majdanie. Poza tym Kijów mamiony jest ciepłymi hasłami o tym, że Ukraina w dalszym ciągu może przystąpić do umowy stowarzyszeniowej z Unią Europejską. Inną rzeczywiście sprawą jest poziom uprawianej polityki przez Wiktora Janukowycza, który w rzeczywistości jest „nieautentyczny” w swoich działaniach.

Ukraina to dziś miejsce, w którym rozgrywa się przyszłość Europy. Jeśli bowiem „EuroMajdan” upadnie a Ukraina z czasem wejdzie do Unii Celnej, granica tej organizacji będzie graniczyć bezpośrednio z Unią Europejską, a więc i z Polską. To arcyważne dla polskiej racji stanu i polskiej dyplomacji, by poprawnie oceniać sytuację. Ten aspekt będzie miał ogromny wpływ chociażby dla polskiego przemysłu spożywczego, który z pewnością napotka na obostrzenia prawne płynące z obydwu „Unii”...

W tej sytuacji Waszyngton i Moskwa stają na przeciwległych barykadach. Rosyjski establishment wzywa ukraińską opozycję do rozmów, wytyka protestantom łamanie prawa, przy czym jednocześnie Rosjanie popierają obóz W. Janukowycza. Z drugiej strony „karłowata” Unia Europejska, jest przytłoczona działaniami Amerykanów, którzy popierają opozycję i krytykują aktualny rząd w Kijowie. Administracja Baracka Obamy jednego może być pewna – jeśli W. Janukowycz się utrzyma i „EuroMajdan” upadnie, z pewnością Ukraina dążyć będzie do Unii Celnej z Rosją, zwłaszcza, że prezydent Ukrainy już raz podpisał porozumienie ze stroną rosyjską. Tym samym granica pomiędzy Zachodem, a Wschodem nie będzie przebiegać przez Berlin (jak za czasów Zimnej Wojny), ale przez Kijów. Kontynent ostatecznie się zregionalizuje w postaci dwóch, teoretycznie przeciwnych sobie, organizacji międzynarodowych. To realny scenariusz, ponieważ Rosjanie planują utworzyć wspólną Unię Celną do 2015 r. Dlatego Stany Zjednoczone są zdeterminowane, aby wspierać ukraińską opozycję, która dzisiaj nie jest w stanie wziąć odpowiedzialności za kraj. Podobne rozdzieranie państwa pomiędzy dwa przeciwległe obozy skończyło się wojną domową w Syrii. Ukrainie daleko do takiego scenariusza, ale działania obu mocarstw tylko radykalizują strony konfliktu.

Fot. footage.shutterstock.com

_______________________________________________
Czytany 3154 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04