czwartek, 15 październik 2009 07:57

Antoni Koniuszewski: Wojna w Europie?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt Antoni Koniuszewski

Geostrategiczne wątpliwości odnoszące się do współczesnej nam Europy brzmią następująco: czy wciąż jest ona centrum całego znanego świata? I czy każda tutejsza wojna, będzie jak dawniej, walką o władztwo nad istotnymi częściami globu?

Europa schyłku minionego już wieku podejrzewana była bowiem o cywilizacyjną schyłkowość, technologiczną drugorzędność, brak woli i ducha walki. Naturalnie, rzecz całą należy jednak uściślić. Stary kontynent jako polityczna całość faktycznie nie istnieje, nie będąc rzeczywistym podmiotem międzynarodowych stosunków. Pytanie zatem o tę stronę świata dotyczy w istocie zaledwie jej trzech państwowych podmiotów: Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii; przy założeniu, iż wschodnią granicą jest polska rzeka Bug.

Naturalnie, rzecz całą należy jednak uściślić. Stary kontynent jako polityczna całość faktycznie nie istnieje, nie będąc rzeczywistym podmiotem międzynarodowych stosunków. Pytanie zatem o tę stronę świata dotyczy w istocie zaledwie jej trzech państwowych podmiotów: Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii; przy założeniu, iż wschodnią granicą jest polska rzeka Bug.

Znaczące zdaje się również jeszcze jedno zagadnienie: czy aby Europa nie stała się – lub w najlepszym razie stanie się – przedmiotem rozgrywki i każde ewentualne militarne starcie będzie w rzeczy samej batalią o nią; i nigdy nie zdarzy się już tak, że każda tutejsza wojna domowa wywołuje dalekosiężne skutki, obejmujące nawet najdalsze skrawki świata, jak choćby bywało to w kolonialnych czasach. Widzimy przecież obecnie, jak niedawne kontynentalne potęgi rezygnują z przejawów mocarstwowości na rzecz nowomowy, właściwej podbitym ludom; gdy sztuka politycznej poprawności skrywa system cenzury, tak chętnie narzucany przez rzeczywistych suwerenów. W Europie zlokalizowano obce militarne bazy, a różne kolorowe rasy oraz islamiści stali się jej trwałym pejzażem, który w końcu może rozsadzić ją od wewnątrz, w sposób oraz w okolicznościach zbliżonych do tych, towarzyszących upadkowi starożytnego Rzymu w piątym wieku po Chrystusie. Spór zatem o możliwość wojny w Europie, to nie tylko futurystyczna zabawa, ale przede wszystkim próba odpowiedzi na temat aktualnego położenia świata w geopolitycznym ujęciu.

Historyczny rzut

Panowanie Europy, jej militarno-cywilizacyjno-polityczna przewaga rozciąga się na okres od epoki geograficznych odkryć (1492 r.) do tak zwanego kryzysu sueskiego w 1956r., gdy słabość starych potęg została obnażona w wyniku cichej współpracy USA ze ZSRR, co doprowadziło do załamania się anglo-francuskiego ataku na Egipt Nasera. Era europejskiego dyktatu trwała więc około czterech wieków. W tych wiekach biały człowiek opanował obie Ameryki, zasiedlił Australię, skolonizował Afrykę, zdobył Indie, podbił bezkresną Syberię, eksploatował zacofane Chiny, stał się bezapelacyjnym panem mórz i wszystkich oceanów. Wówczas ostatnim liczącym się pozaeuropejskim państwem była muzułmańska Turcja, władająca jeszcze na początku dwudziestego wieku całym Bliskim Wschodem, która jednak podupadła na skutek przebiegu I Wojny Światowej. Wówczas Zachód mocno usadowił się w tym newralgicznym regionie, jednakże ów istotny sukces czasowo wiąże się z ważnymi rysami na europejskim ciele.

Po raz pierwszy bowiem na losy kontynentalnej wojny wpływ miała zewnętrzna siła: Stany Zjednoczone. O losach starych mocarstw zdecydowała kolejna wojna i wtedy status globalnych imperiów, na politycznym europejskim pobojowisku, potwierdziły USA oraz Moskwa. W długiej erze naszej dominacji każda bitwa toczona w Europie miała wpływ na zmiany granic i stref wpływu na całym świecie. Można bez obawy o grubą przesadę rzec, że wszystkie konflikty z udziałem tutejszych państw, przynajmniej tych o średnim statusie, niosły za sobą planetarne skutki. W tym sensie, w owej chwili, Europa była geopolitycznym środkiem świata, leżąc centralnie w stosunku do całych kontynentów. Ze względu na kulistość ziemi, każdy naród, osiągający mocarstwową pozycję, czuje się pępkiem świata, a nawet i bez mała, kosmosu. Tak dotąd było.

Nowożytne zjawiska zepchnęły Europę na dalszy plan. Miejscowe państwa nie mają wielkich celów, nie kreśląc globalnych programów politycznego, albo choćby gospodarczego podboju. Europa wypaliła się, zużywając przede wszystkim swoje podstawowe duchowe zasoby. Projekt znany jako Unia Europejska, z jej niebywałą biurokratyczną, a właściwie biuralistyczną administracją, ukrywanie się niemieckiego suwerena za sztucznymi kostiumami, brak wiodących idei, poza religią praw człowieka, holokaustem, materialną zasobnością – jest próbą opóźniania skutków upadku przez naiwną wiarę, że coś się zmieni. Dlatego zasadne zdaje się pytanie o to, czy wojna w Europie jest możliwa, a nawet prawdopodobna; czy bardziej realna może okazać się batalia o nią samą?

Co z tą Europą?

Przyszłość skrywają mroki, lecz niektóre symptomy współczesności pozwalają na ostrożne kreślenie przewidywanych zdarzeń, rozwojowych kierunków, duchowych trendów, etc. Mimo realnej marginalizacji kontynentu, będącego siedliskiem mocarstwowości, Europa jako geopolityczny obszar jest wciąż ważna i to co się tutaj dzieje rzutuje jednak na obraz całości. Tak więc każda wojna w tym regionie, będzie miała zwielokrotnioną moc w stosunku do wszystkich innych zbrojnych starć. Tutaj wciąż koncentruje się znacząca siła zbrojna współczesności, przy uwzględnieniu, że doktryny wojenne Waszyngtonu oraz Rosji, zawsze uwzględniają Europę, gdyż ten obszar w dalszym ciągu zachowuje status centralnego globalnego punktu.

USA oraz Moskwa są o tyle planetarnymi mocarstwami – o ile wpływają na europejską scenę. Z powyższego założenia wypływa zatem następujący wniosek: każda wojna w tym kluczowym miejscu, będzie miała głębszy i szerszy rezonans, stając się zaczątkiem ogólnoświatowego starcia. Wszystkie bitwy o ropę, władzę nad morzami, innymi ważnymi surowcami podtrzymującymi nowożytny świat były, są i będą bardzo ważne, lecz wciąż wydają się zaledwie funkcją oraz przykrywką do zmagań o ten ląd i okalające je morza. Okazuje się, że wyłącznie państwa zdolne wpływać na tutejsze wydarzenia posiadają realną ogólnoglobalną wagę. A są nimi tylko dwa mocarstwa: zdecydowanie Stany Zjednoczone i w umiarkowanym stopniu Rosja.

Inni, np. Chiny, na które zapanowała moda w strategicznych analizach wciąż nie mają wpływu na europejską panoramę, dlatego można im przypisać zaledwie regionalną moc i wiele na to wskazuje, że nigdy nie przekroczą pewnej krytycznej masy, koniecznej by porwać się na walkę o cały świat. Istotna do rozstrzygnięcia pozostaje i taka kwestia: czy czyjeś zwycięstwo nad Rosją bądź Ameryką poza terytorium Europy, może doprowadzić do opanowania jej przez triumfatora. Na podstawie posiadanych danych należy sądzić, że w przypadku Moskwy, trzeba udzielić twierdzącej odpowiedzi, zaś porażka Waszyngtonu, na innym obszarze niż Bliski i Środkowy Wschód już niekoniecznie. Taki scenariusz można uznać za najbardziej prawdopodobny.

Sam wewnątrzeuropejski konflikt bez udziału Waszyngtonu i Rosji jest mało prawdopodobny, gdyż europejski duch walki oraz wojowniczości już dawno powędrował do historycznego lamusa, głównie pod wpływem absurdalnego piekła, które rozpętały Niemcy pod władzą Adolfa Hitlera. Europa w tym szerszym duchowym sensie jest więc cmentarzyskiem minionej chwały, wielkich idei i imperialnego języka. Wciąż pozostaje jednak ważną składową przestrzennego myślenia o polityce; poza tym dużo produkuje, a jeszcze więcej konsumuje.

Trwa zatem jako swoisty relikt, który może być przyczyną kolejnej światowej wojny. Natomiast jest już chyba pewne, że zasadnicze stolice, w tym przede wszystkim Waszyngton, nie pozwolą na bratobójcze zmagania bez wyraźnego zewnętrznego pozwolenia, a nawet jawnej zachęty. Poszczególne czynniki tego systemu, który nazywamy Europą, będą jednak pozostawały między sobą w stosunkach pewnej rywalizacji, który niekiedy może przybierać ostrzejsze formy, jak na przykład na Bałkanach. Ale suweren usadowił się na zewnątrz i on zdecyduje o lokalnym układzie sił. Tak jak w starożytności Persja, a później Macedonia Aleksandra Wielkiego w stosunku do greckich miast – państw. Analogie są bardzo czytelne. Dlatego zasadnicza reorientacja polityki polskiej na rzecz Europy (Niemiec), pod impulsem amerykańskich decyzji na temat tarczy, należy ocenić jako zdecydowanie, a przynajmniej przedwczesną.

Artykuł ukazał się w nr 41 (11.10.2009) tygodnika alt

Czytany 10431 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04