czwartek, 17 grudzień 2009 11:05

Antoni Koniuszewski: Pochyleni nad polskimi złudzeniami

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt Antoni Koniuszewski

Mądrość powszechna powiada, posługując się przysłowiem, że ktoś kto kurczowo trzyma się przegranej sprawy, zachowuje się niczym pijak przy płocie, który chroni go przed sromotnym upadkiem, ale ceną jest całkowita degradacja i odarcie z resztek godności. Na naszych oczach dochodzi obecnie do niemałej degrengolady polskiej polityki zagranicznej, chronicznego zaniku wśród rządzących gremiów tak zwanego instynktu państwowego, nie mówiąc już o narodowym.
Obserwujemy uwiąd, pośród decyzyjnych kręgów, choćby zrębów rzeczowej myśli politycznej; do naszych uszu docierają przebrzmiałe melodie dawno minionych epok, słyszymy jakieś rozstrojone instrumenty, nie tworzące orkiestry, ale zbiór przypadkowych rytmów, nie powiązanych polityczną melodyką. Ta dekompozycja, połączona z zanikiem polskiej siły zbrojnej, sprowadzonej do rangi posiłkowego korpusu; służącego na odległych teatrach wojen, bez realnych korzyści dla ojczyzny, wygląda szczególnie groźnie na tle zbliżającej się epoki, chyba powszechnego zamętu, powstającego z widocznego już osłabienia głównego supermocarstwa, tworzącego dotąd Pax Americana. Co zatem widzimy na szachownicy świata, na której toczy się nieustanna wojna o panowanie, dostęp do dostatku, przywileje, rzeczywistą władzę?

Pytania
Czy na podstawie obserwowanych symptomów możemy pokusić się o analizę dominujących trendów i prognozowanie nadchodzących zdarzeń? Na tym tle najistotniejsze wydają się cztery segmenty zagadnień. Pierwszy brzmi następująco: czy ostatnie niepowodzenia amerykańskiej polityki zanotowane przez świat po ekonomicznym kryzysie, mają charakter trwały, czy chwilowy? Kolejny problem można postawić następująco: czy Rosja po upadku radzieckiego planetarnego imperium przechodziła przez etap znany tam pod słowem smuta, a więc czy mamy do czynienia z atrofią oraz nieodwracalnym zanikiem siły, czy może północne mocarstwo z wolna staje na nogi, odbudowując utracone wpływy? Z kolei trzeci temat dotyczy samej Europy: czy kontynent przezwycięży upadek swoich narodowych potęg, w przeszłości tworzących światowy system kolonialny i w nowej formule wróci jako jeden z kluczowych segmentów politycznej układanki? I wreszcie zagadnienie czwarte: czy faktycznie ekspansjonizm chiński albo hinduski będzie zyskiwał na znaczeniu aż do osiągnięcia statusu przewyższającego Rosję?

Należy także postawić sobie przy tej sposobności temat pomocniczy: możliwość upadku geostrategicznego znaczenia Atlantyku na korzyść Oceanu Spokojnego. Prawidłowe ustosunkowanie się do tych znaczących, z punktu widzenia geopolityki dylematów, niesie także odpowiedź na temat właściwych kierunków polskiej polityki zagranicznej. Każda z powyżej zarysowanych spraw jest tak ważna i rozległa, iż sama winna być przedmiotem głębszych dociekań i empirycznych ustaleń. Z konieczności prezentujemy tutaj duży myślowy skrót, właściwy dla formuły politycznego tygodnika.

Co winniśmy zatem sądzić o tym jak będzie wyglądała mapa świata za dwadzieścia, może trzydzieści lat? Jedno wydaje się już być pewne. Glob ziemski będzie areną wpływów kilku mocarstw, a obecną supremację jednego z nich trzeba uznać za chwilową oraz przejściową. Amerykanie na dłuższą metę nie utrzymają tak teraz wyraźnej przewagi technologicznej, a za nią gospodarczej oraz militarnej. Granice możliwości jak już widzimy są jednak ograniczone. Stany, jeżeli myślą realistycznie (a chyba tak jest?) mogą jeszcze tak pokierować sprawami świata, by zyskać trwałą pozycję pierwszego wśród równych; lidera, uzgadniającego istotniejsze posunięcia z kilkoma innymi. W takich więc okolicznościach, jak widzą one rolę Polski, jako ich sojusznika. Trzeba dopowiedzieć sobie jedno: znaczenie Warszawy w waszyngtońskich globalnych kalkulacjach będzie spadało, przecież już współcześnie spektakularnie zaczyna obsuwać się. Nie znaczy to wcale, że musimy opuszczać amerykański okręt, tylko zachodzi pilna potrzeba korekty polskiej polityki w stronę zrównoważenia ich wpływów innymi.

Rosja
Kolejne pytanie odnosi się do Rosji: i ona już nie zażyje prestiżu, który posiadała po zwycięstwie nad Niemcami, aż do końca lat osiemdziesiątych dwudziestego wieku. Ale stawka i przekonanie o jej dalszej marginalizacji przez kolejne podziały jest obarczona dużym błędem. Rosja najprawdopodobniej w ograniczonym zakresie wyzyska czasy światowego rozchwiania, zahamuje demograficzną zapaść, która jej szczególnie zagraża, surowcowy potencjał zamieni na rozwój kilku przemysłowych branż o wysokiej technologii oraz odbuduje wpływy w poradzieckich państwach, w tym z pewnością na Ukrainie. Pozostanie więc ona istotnym czynnikiem oddziaływania na status, a nawet losy Polski. Ponieważ będzie aktorem rozdania na wyższym światowym poziomie niż to, w którym bierze udział Polska, zachowa głos w naszych sprawach. Dlatego należy postulować zimną kalkulację w relacjach z tym groźnym państwem, nie zaś podgrzewanie nierealistycznych resentymentów.

Ze względu na nasze europejskie, centralne położenie oraz interesujące procesy zachodzące na tym kontynencie, w tym w Niemczech, ogólny los Europy ma dla Polski nad wyraz ważne znaczenie. W Unii Europejskiej musimy być; należy zatem traktować ją jako tarczę przed zewnętrznym zagrożeniem; lecz aby zachować możliwie najszerszą suwerenność, wspierajmy zawsze te rządy, które są zagrożone niemiecką ekspansją. Dlatego niezbędne okazuje się zbliżenie do Pragi i umiejętna gra między Paryżem i Berlinem. Realizm w tych wszystkich relacjach ma właśnie polegać na tym, że jako państwo drugiej europejskiej ligi winniśmy prowadzić politykę właściwą naszemu rzeczywistemu statusowi. Każda fanfaronada, prężenie nadwątlonych muskułów jest śmieszne i żałosne. Europa będzie zatem trzecią światową potęgą obok Stanów i Rosji.

Chiny
W takim ujęciu Chiny z Indiami, razem a najprawdopodobniej osobno nigdy nie osiągną statusu wykraczającego poza brzegi wschodniego Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Wszelkie pogłoski o supermocarstwowych możliwościach, zwłaszcza tych drugich, są mocno przesadzone. Delhi, by zdobyć pierwszorzędną pozycję musiałyby pokonać i podporządkować sobie cały Pakistan, a to jest nieprawdopodobne. Bez stworzenia bowiem państwa obejmującego cały Półwysep Indyjski, o budowaniu imperium o światowych wpływach nie ma nawet mowy.

Geografia zbyt determinuje Indie i w zasadzie uniemożliwia im globalną ekspansję. Mniej danych jest ku temu, aby peryferyjny jednak los przeznaczyć współczesnym Chinom. Ich znaczenie zawsze będzie ważniejsze aniżeli południowego sąsiada zza Himalajów, jednak są ważkie przeciwwskazania, które nie pozwalają rokować, by Pekin w przyszłości mógł zająć miejsce w ekskluzywnym klubie ścisłych supermocarstw. Siłą Chin jest wciąż masa i gigantyzm, najczęściej nienajwyższego lotu. Także jak w przypadku Indii geografia polityczna przemawia przeciwko Pekinowi. Ten wielki liczbowo naród żyje przecież stłoczony nad pacyficznym wybrzeżem i wzdłuż kilku wielkich rzek, sięgających do Chin centralnych. Od wschodu bram na ocean pilnuje Japonia, Korea oraz Tajwan, wszystkie wspierane przez Stany Zjednoczone. Indochiny to wielka bariera tropikalnej flory, gór, rzek i obłędnego klimatu. Dalej są górskie, niebotyczne łańcuchy, Tybet oraz wielkie pustynie i nieprzebrane stepy. Syberyjski kierunek chińskiej ekspansji to kolejny mit. Warunki klimatyczne są tam trudniejsze, niż w wielu rodzimych chińskich prowincjach, które pomimo ogromnego zagęszczenia ich wschodnich części są i tak niezamieszkałe. Mocarstwo Han to wielki lud, z którym wszyscy musza się liczyć, brać pod uwagę jego znaczenie i ogromny potencjał, ale jednak drugorzędne. Dla naszej polityki, to wschodnie imperium nie odgrywa istotniejszej roli. Jest jeszcze jeden problem nie wymieniony na wstępie artykułu chodzi o islam, znaczenie państw muzułmańskich i ewentualności wyłonienia się z pośród nich potęgi o większych niż dotąd możliwościach. Islam jako religia oraz cywilizacja należy traktować niczym narzędzie, fundament, na którym próbuje się budować realną siłę.


Islam
Te państwa to obecnie: Turcja, Egipt, Iran, Pakistan. Przy czym zarówno Ankara i Kair – jak długo nie staną na czele krucjaty przeciwko Izraelowi, nie mogą liczyć na rząd dusz w tym rozległym i wielowątkowym świecie. Z kolei Teheran pozostaje pod szczególnie baczną amerykańską obserwacją, desygnowany na kluczowego wroga Zachodu nie może ważyć się na przekroczenie pewnej demarkacyjnej linii, którą w sam raz strzeże Rosja, zainteresowana bliskowschodnim stałym napięciem, ale nie ukształtowaniem się suwerena tego obszaru. Tutaj dotykamy amerykańsko-rosyjskiej wspólnoty interesów i znajdujemy odpowiedź na pytanie – dlaczego Izrael ma się tak dobrze? Pilnuje on bowiem ważnych spraw światowych mocarstw na Bliskim Wschodzie. Jednak ten niespokojny region, prawdziwe polityczne podbrzusze świata ma dla Warszawy zaledwie drugorzędne znaczenie.

Natomiast Pakistan, mimo że będąc muzułmańskim państwem zaopatrzonym w nuklearną broń, nie może z wielu przyczyn stanąć na czele tego świata. Przede wszystkim Islamabad to część Półwyspu Indyjskiego bez reszty uwikłanego w konflikt z Indiami. Pakistan, chory członek regionu może być narzędziem destabilizacyjnym basen Oceanu Indyjskiego, Afganistan i co najważniejsze Azję Centralną, ale nigdy nie stanie się liderem świata islamu. Dla Polski Środkowy i Bliski Wschód to dość egzotyczne obszary, przede wszystkim o gospodarczo ciekawym potencjale

Porażki prezydenta
Po tym krótkim przeglądzie wróćmy na rodzime podwórko. W naszej polityce zagranicznej wyraźniej ujawniły się ostatnio trzy niezależne od siebie ośrodki: prezydencki, rządowy premiera Tuska oraz resortowy ministra Sikorskiego, który dzięki osobistym koneksjom próbuje być Józefem Beckiem pierwszych dekad dwudziestego pierwszego wieku. Z tym, że koncepcje oraz praktyka polityczna Lecha Kaczyńskiego bliskie są ostatecznej porażki. I tak: nad rosyjską wyprawą do Gruzji z lata ubiegłego roku, świat już dawno przeszedł do porządku, gdyż każdy osiągnął już to, co było do ugrania. Ukraina, strategiczny partner prezydenta, sypie się na naszych oczach, udowadniając, że stoi na glinianych nogach.

Rosyjski cień coraz bardziej zbliża się do Kijowa i Polska nie ma żadnych realnych mocy, by temu przeciwdziałać; jeżeli tak jest, po co ten histeryczny lament nad gnijącą od środka Ukrainą? Litwa to kolejna porażka pałacu. Wilno odchodzi od antyrosyjskiej retoryki i nic sobie nie robi z polskiej mniejszości. Cóż za upokorzenie. Brak słów. Z powodu błędnego zrozumienia polskiej racji stanu, Lech Kaczyński może nie powinien już więcej być polskim prezydentem, gdyż jego fobie bywają nie tylko chwilami groteskowe, ale i groźne.

Premier i MSZ
Pozostaje nam do omówienia koncepcja premiera oraz jego ministra. Radosław Sikorski przetrzymał zmianę amerykańskiej ekipy rządzącej z Białego Domu i sądzić należy, że nieśmiało odzyskuje polityczną inicjatywę w naszych zagranicznych poczynaniach. Nawet można mniemać, że Waszyngton przestał już liczyć na obecnego polskiego prezydenta i chyba powrócą lepsze czasy dla Sikorskiego, gdyż dla Amerykanów na bezrybiu i rak ryba. Minister jest zwolennikiem amerykańskiej wojskowej obecności nad Wisłą, dając temu publiczny wyraz podczas swojego ostatniego pobytu za oceanem. Ten projekt jeszcze nie został unieważniony, dla Amerykanów jest on wciąż jakąś kartą przetargową względem Rosji i Europy.

Umiarkowane wpisywanie się w te plany nie są politycznie błędne, gdyż stawiają nas pośród graczy, którzy mogą coś jeszcze zyskać, ale mimo to bez większych złudzeń. Czasy bowiem najlepszej koniunktury już minęły. Natomiast premier Polski całkowicie i bez reszty postawił na Europę, próbując z niemieckiej szkapy nieszczerze przesiąść się na francuskiego osła.

Zwierzęta te wiadomo bywają uparte. O tym wariancie można powiedzieć, co następuje: jest lepszy od prezydenckiej wizji roli i miejsca Polski w szerszej międzynarodowej grze; co do wartości być może dorównuje koncepcjom ministra Sikorskiego; ale najlepiej by było, gdyby rząd miał jedną politykę zagraniczną, na dodatek zsynchronizowaną z Krakowskim Przedmieściem, jednak to jest politycznie niemożliwe, szczególnie w przeddzień wyborów. Grozi nam ciągły dryf, odbijanie się od ściany do ściany, a także brak wizji oraz spójności. Potrzebne są więc szybkie rozwiązania, porządkujące tę szczególnie ważną sferę narodowego bytu oraz domenę państwowej suwerenności. Przypominają się bowiem czasy osiemnastowiecznej anarchii, gdy to niekiedy powiedzenie „nierządem Polska stoi” urastało do maksymy, mogącej uratować nasz kraj przed polityczną zagładą.

Powszechna w Warszawie choroba na Moskala, popuszczanie wodzy politycznej fantazji do granic, za którymi jest już tylko śmieszność, źle służą naszej racji stanu. A na horyzoncie brak siły politycznej o takiej realnej mocy, by przezwyciężyć te zadawnione schorzenia i przeprowadzić Polskę na bezpieczny brzeg, gdzie rządzi realistyczne zrozumienie świata i trzeźwe prognozowanie.
Artykuł ukazał się w nr 51-52 (20-27.12.2009) tygodnika alt
Czytany 7008 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04