czwartek, 24 marzec 2016 07:39

Antoni Koniuszewski: Międzymorze? A co to jest?

Oceń ten artykuł
(26 głosów)

Antoni Koniuszewski

Tak jak w wiekach średnich frankońskie imperium Karola Wielkiego podzieliło się na Franków Zachodnich i Wschodnich i z tego podziału powstały dwa narody: francuski i niemiecki; tak w ciągu ostatniego okresu wśród wschodnich Słowian ukształtowały się trzy nacje: Rosjanie, Małorusini (Ukraińcy) oraz Białorusini. I tak stosunkowo nowa rzeczywistość wydaje się mieć trwały i chyba nieodwracalny charakter.

Trzeba z tym po prostu żyć i próbować budować słowiańską jedność, uwzględniając tę okoliczność. Dlatego zmasowany atak Zachodu na Ukrainę i zmuszanie Moskwy do bezwzględnej i krwawej interwencji miał na celu postawienie między Rosją a Kijowem nieprzezwyciężalnych murów. Gdyby zaś to północne imperium działało bojaźliwie i biernie, w dalszej kolejności demokratyzacja miała dotknąć Mińska. Rosja zachowała jednak wystarczająco zimną krew, zajęła Krym i wywołała na Ukrainie wojnę domową, przy umiarkowanym własnym zaangażowaniu, ku widocznej wściekłości Waszyngtonu. Wszystko jest więc wciąż w grze i Moskwa w stosunku do Rusinów ma nadal czystą kartę. Zatem jakaś forma konfederacji tych wschodnich ludów jest wciąż możliwa.

Polska nie będzie miała na to żadnego większego wpływu; niestety spełniamy podrzędną rolę przysłowiowego psa, którego od czasu do czasu Zachód spuszcza ze smyczy. Wysuwana raz po raz myśl o Międzymorzu to najzwyklejszy wybieg, by na poślad zanęcić polską rybę. I nic więcej. Nie mamy bowiem realnych atutów, by porwać się na takie nierealistyczne, w tym przypadku, cele. Skoro tak: jaki może być bieg wypadków?

Na widnokręgu widzimy dwa scenariusze. W pierwszym Rosja powraca do jakiejś formy bliższego związku z Białorusią oraz z Ukrainą i przez to właściwie w jakiejś miękkiej formie odtwarza swoją mocarstwową pozycję na terenach byłego Związku Radzieckiego. Wówczas naturalną koleją rzeczy Warszawa nie uniknie statusu państwa w niemałym stopniu uzależnionego od dyspozycji płynących z Kremla. Jednak będzie to pozycja jednego z istotniejszych sojuszników i bramy wiodącej do Berlina oraz dalej. Coś znacznie lepszego niż status Finlandii podczas zimnej wojny.

Co ważniejsze, substancja narodowa będzie mogła rozwijać się bez znaczniejszego skrępowania, z korzyścią dla polskiej racji stanu. Gdyby jednak Rosja przegrała i Mińsk oraz Kijów stały się dla Atlantydów terenem neokolonialnej eksploatacji, los Warszawy byłby przesądzony. Przecież nikt nie dopuściłby nas do grona beneficjentów tej geopolitycznej zmiany. Wówczas przyszłość samego narodu stanęłaby pod sporym znakiem zapytania. Bylibyśmy w okrążeniu między Niemcami a ich koloniami od Estonii aż po Krym. Na szczęście wciąż wybór w dużym zakresie należy do nas. Ale na jak długo?

Fot. www.bramaby.com
Tekst pochodzi z tygodnika „Myśl Polska”, nr 11-12 (13-20.03.2016).

Czytany 4625 razy Ostatnio zmieniany środa, 23 marzec 2016 06:05