wtorek, 21 wrzesień 2010 06:28

Antoni Koniuszewski: Absurdy prometeizmu

Oceń ten artykuł
(6 głosów)

alt Antoni Koniuszewski

W naszym narodowym politycznym języku, historycznej wiodącej narracji, występuje wiele szkodliwych koncepcji, utopijnych przekonań, błędnych mniemań. Geneza tego rodzaju poglądów sięga ery zaborów i romantycznego mesjanizmu, który opanował dusze elit, umieszczając nasze narodowe myślenie w koleinach obłędu, prowadzącego do samozniszczenia, przez forsowanie kolejnych, coraz gorzej przygotowanych, narodowych powstań. Symptomatyczne jest i to, że w narodowej nekropolii, poza koronowanymi głowami, członkami królewskich rodów, wielkimi wodzami leżą doczesne szczątki poetów, których z namaszczeniem zwiemy wieszczami.

Chyba jest to ewenement aż na europejską skalę, gdyż tam literatura - nawet najwyższego lotu - nie przenika polityki, nie tworzy dla niej pojęć, nie dostarcza schematów dla konkretnych rozwiązań. Polskim ideałem stał się heroiczny bohater, cierpiący nie tylko za swoją ojczyznę, ale też za ludzkość, jej ideały i wyzwolenie z władzy tyranów. Nie ma co ukrywać: był to międzynarodowy rewolucjonista, gotowy dla tak zwanej sprawy rzucić losy swoich rodaków i ich ojczyzny na zagładę. Cała twórczość Mickiewicza oraz Słowackiego aż ocieka od przykładów na tego typu postawę. Jest jasne, iż źródeł tak pojmowanego przeznaczenia narodu, czyli jego dziejowej misji, należy poszukiwać w żydowskiej koncepcji narodu wybranego i dopływu przykładów z tego kręgu do naszych umysłów, zatrutych przez cierpienie, wynikające z upadku państwowości. Jedyną literacką rzetelną odtrutką na ten nihilizm jest sztandarowa sztuka Zygmunta Krasińskiego „Nie-Boska komedia”, z jej historiozoficzną koncepcją zasadniczości sporu chrystianizmu z wrogami krzyża. Poza tym trzeba też zalecić późniejszą powieść Józefa Korzeniowskiego „W oczach Zachodu”, gdzie demaskuje on jako wysoce nikczemny i podły typ zawodowego rewolucjonisty, gotowego zniszczyć cały świat.

Na tej jałowej glebie wyrósł także w przedwojennej Polsce polityczny prometeizm, jako rodzaj mesjanistycznej koncepcji budowania kordonu państw położonych między Warszawą a sowiecką Moskwą. Idee te powstawały na zapleczu intelektualnym  marszałka Józefa Piłsudskiego. Ówczesną Rosję uznano za głównego wroga Polski, a ponieważ pod wpływem faktów trzeba było zrezygnować z zamysłu odbudowania państwa w jagiellońskich granicach-w to miejsce pojawił się koncept na federację narodów tak zwanego Międzymorza: od Estonii aż po Gruzję; głównie jednak chodziło o Ukraińców oraz Białorusinów. Temu służyła majowa wyprawa roku 1920 wojsk Rydza-Śmigłego na Kijów, uznanie rządów Petlury nad Ukrainą oraz gospodarczo-polityczno-wojskowe porozumienie z jego Ukraińską Republiką Ludową. Wszystkie te pociągnięcia okazały się chybione, a dla Polski nawet niebezpieczne. Międzywojenna Rzeczpospolita uwikłana w konflikty z własnymi mniejszościami narodowymi (głównie Ukraińcami i Żydami), przeżywająca trudności scalenia w jedno obszarów wcześniej wchodzących w skład państw zaborczych, nie miała rzeczywistych możliwości, by te projekty ze sfery mitów przenieść do świata faktów. Wikłaliśmy się więc w sytuację narodu o wypaczonym mniemaniu na temat własnej potęgi o mocarstwowych możliwościach, historycznej misji wyzwoliciela ujarzmionych narodów Europy Wschodniej. Niespełnione państwa zawsze cierpią na polityczne rozgorączkowanie, co może okazać się śmiertelne. Właściwie rezygnowaliśmy z pozycji państwa europejskiego, które dobrze pojmuje, że jego żywotnym celem jest szczególna dbałość o Kresy Zachodnie oraz naszą obecność nad Bałtykiem, gdyż Wisła, Warta oraz Odra są podstawą dla naszego niepodległego bytu – nie zaś Dniepr. Dla tego kierunku politycznego zaangażowania nie znajdowano wówczas w oficjalnej Warszawie należytego zrozumienia. Jednocześnie terytorium Związku Sowieckiego nie miało wówczas właściwego klimatu dla narodowo-wyzwoleńczych zrywów. Nierosyjskie narody spały, a jak się wydaje, ich poczucie narodowej odrębności było bardzo ograniczone. Ponadto Polska-pomijając jej słabości - wcale nie jawiła im się jako szczególnie atrakcyjna wyzwoleńcza siła. To właściwie wewnętrzna spójność Rzeczypospolitej zdawała się o wiele bardziej zagrożona aniżeli radzieckiej Moskwy. Prometeizm jako koncepcja polskiej wschodniej ekspansji, realizowanej pod przykrywką walki o wolność wschodnich nacji, należało czym prędzej odłożyć na historyczną półką, ale tego wtedy nie uczyniono. Zamiast tego karmiono się niepotrzebnymi koncepcjami zrealizowania własnych mocarstwowych ambicji, przez działanie zmierzające do rozkładu sowieckiego imperium po narodowym szwie. Ten kierunek myślenia nie został nawet zarzucony po wrześniowej klęsce i szkodził bardzo w lepszym układaniu relacji londyńskiego rządu z Sowietami.

Po wojnie zaś z całym dobrodziejstwem inwentarza został przyjęty jako sztandarowy projekt przez Jerzego Giedroycia i jego paryską Kulturę i aż do dzisiaj wywołuje wiele wymiernych politycznych szkód, gdyż wciąż unosi się nad oficjalną Warszawą.

Gdy Związek Radziecki w końcu uległ dekompozycji, rozpadając się na wiele narodowych państw, w Warszawie uznano, że nadszedł wreszcie czas prometejskich ideałów, zaś paryski ośrodek urósł do rangi politycznego sanktuarium. Jakoś jednak zapomniano, że owe zjawisko ma mało wspólnego z polską potęgą, zaś rozczłonkowanie Rosji jest mimo wszystko kontrolowane, a niepodległość uzyskały nawet nacje, które (można tak podejrzewać) niewiele wiedziały o własnym istnieniu – np. Kirgizi. W Warszawie odgrzewano niepotrzebnie zjełczałe prometejskie kotlety, wdając się choćby w konflikty targające Ukrainą. Została ona z wyraźną szkodą dla naszych relacji ze współczesną Moskwą, strategicznym partnerem Polski, zaś apogeum niedorzeczności osiągnęliśmy w 2008 r. gorąco popierając Gruzję w starciu z Moskwą. Jednak sam Kijów w relacjach z nami jest bardziej pragmatyczny i to nawet w okresie rządów tak zwanych pomarańczowych. Ukraina mająca problem z unifikacją, gdyż jej terytorium przepoławia granica cywilizacyjna, stosunkowo drugorzędną wagę przywiązuje do tego sojuszu, który przecież i dla niej jest egzotyczny. Ciekawe, że Petlura i jego krótkotrwałe rządy nad Kijowem nie są tam wspominane jako czas budowania niepodległości. W tym stołecznym mieście podobno nie upamiętniono go nawet skromną ulicą. Chętnie natomiast sięga się do UPA z jej krwiożerczą antypolską postawą.

Z całą pewnością obecny prezydent Janukowycz skorygował politykę historyczną Ukraińców, lecz – jestem o tym przekonany – nigdy całkowicie nie odeśle do lamusa banderowskich tradycji, bo to nie leży w ich żywotnym interesie, cokolwiek sami byśmy o tym sądzili. Z Ukrainą nie łączą Polskę żadne znaczące związki, nie mamy najmniejszego wpływu na to, co się tam dzieje, zaś język prometeizmu brzmi coraz  bardziej osobliwie i nie na miejscu.

Partnerstwo Wschodnie, które w ramach Unii Europejskiej jako rezultat anglosaskich wpływów, będąc zgodne z prometejskimi zapatrywaniami Warszawy nie stanowi już rzeczywistego zagrożenia dla relacji Rosji z Brukselą czyli Niemcami oraz Francją. Jest to, co najwyżej forma politycznego nacisku na Moskwę, lecz dlaczego mamy ponownie odgrywać rolę zacną, ale naiwną?

Polska przede wszystkim musi mieć ekonomiczny program podwojenia w ciągu kolejnych dziesięciu lat dochodu narodowego, co da realne wpływy do budżetu, tworząc też podwaliny pod efektywną politykę zagraniczną, ale na to jakoś się nie zanosi. Interesy polityczne muszą iść w parze z interesami gospodarczymi, gdyż inaczej będziemy grzęźli w koncepcjach budowanych przez poetów, nie zaś realistycznie nastawionych polityków. Dlatego też dziejową koniecznością jest intelektualna rozprawa z prometeizmem, jako wielce szkodliwą chorobą polskiego umysłu. Inaczej nigdy nie wybijemy się na skuteczną, efektywną nowoczesność. Najpierw silna gospodarka, dobra organizacja życia społecznego – dopiero później można myśleć o atrakcyjności własnego państwa dla innych.

Artykuł pochodzi z najnowszego numeru tygodnika „Myśl Polska”, nr 37-38/2010.

Czytany 6764 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04