poniedziałek, 29 wrzesień 2014 06:02

Andrzej Zapałowski: Ukraina - poligon wojny hybrydowej

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

ukr_mapka765geopolityka  dr Andrzej Zapałowski

W 1991 roku podczas referendum niepodległościowego na Ukrainie ponad 80% ludności obwodów wschodniej i południowej części kraju poparło jej niepodległość. Jedynie Krym głosował bardziej umiarkowanie, ale i tak za niepodległością było ponad 50% społeczeństwa. Wydawało by się, iż nic nie ma w tym dziwnego, a jednak...

Obszary te zamieszkiwała i zamieszkuje kilkunastomilionowa społeczność Rosjan oraz Ukraińców i mniejszości narodowych o tożsamości rosyjskiej. To była prawdziwa szansa dla powstającego ukraińskiego państwa. Nie minęło kilka lat a tendencje powoli zaczęły się odwracać. Jednakże mając możliwość gry wyborczej (niezależnie od rzetelności wyborów), społeczność Ukrainy, pomimo głębokich podziałów wewnętrznych, nadal utożsamiała się z państwem. Do czasu, aż postanowiono z tego wielosektorowego politycznie państwa zrobić poligon wpływów.

Dla USA i Zachodu było jasne, iż Rosja nie odda tego obszaru wpływów bez walki, i nie chodziło tylko o konflikt polityczno-gospodarczy. Pisał o tym w swoich notkach dyplomatycznych amerykański ambasador w Moskwie Wiliam Burns w depeszy datowanej na 1 lutego 2008 roku „Aspiracje Ukrainy i Gruzji do przystąpienia do NATO tak mocno godzą w interesy Rosji, że rodzą poważne obawy co do ich konsekwencji dla stabilności regionu. Rosja nie tylko postrzega to jako próbę okrążania i osłabianie jej wpływów w regionie, ale też boi się nieprzewidywalnych i niekontrolowanych skutków dla jej bezpieczeństwa. Rosja jest szczególnie zaniepokojona, iż silny podział Ukrainy w kwestii przystąpienia do NATO może doprowadzić do poważnego rozłamu z udziałem przemocy lub co najgorsze wojny domowej. W tej ewentualności Rosja będzie musiała podjąć decyzję, czy interweniować; decyzję, z którą Rosja nie chce się zmierzyć” (WikiLeaks).

Rosjanie przez ostatnie dwie dekady, dążyli do utrzymania na Ukrainie nie tylko swoich wpływów polityczno-gospodarczych, ale także kontroli jej potencjału militarnego. Dla nikogo z obserwatorów nie było dziwne, iż np. ministrem obrony został w 2012 r. Dmytro Sałamatin, który był zięciem byłego wicepremiera Rosji Olega Soskowca, a ukraiński paszport zdobył dopiero w 2005 r. Taka sytuacja byłaby nie do pomyślenia w każdym innym europejskim kraju. Innym przykładem przeplatania się interesów w ukraińskiej armii jest niedawno ujawniony przez dziennikarkę Annę Babineć fakt, że brat zastępcy dowódcy ukraińskiej operacji antyterrorystycznej generała Wiaczesława Nazarkina, Siergiej jest zastępcą dowódcy rosyjskiego garnizonu w Omsku i walczy po stronie Donieckiej Republiki Ludowej. Bracia przy tym mieli się regularnie kontaktować. To tylko przykłady wewnętrznego nakładania się różnych interesów w Kijowie. Tragiczne jest przy tym to, że konsekwencje wykorzystania w walce w dużej części neutralnej ludności wschodu państwa doprowadziło do konieczności zbrojnego wystąpienia przeciw sobie współobywateli, dla których nie było dotychczas powodu do siebie strzelać.

Straty podawane przez separatystów w odniesieniu do armii ukraińskiej są porażające. Ukraińcy mieli stracić 43.027 ludzi (27.888 zostało zabitych albo rannych, 1.649 wzięto do niewoli a 13.500 zdezerterowało albo zaginęło bez wieści). Przez cztery miesiące Kijów utracił 43 samoloty i 22 śmigłowce, a także 6 dronów. Zniszczono 448 czołgów, 826 transportery opancerzone, 37 baterii artylerii rakietowej „Grad”, 19 baterii artylerii rakietowej „Uragan” i około 100 sztuk innych rodzajów artylerii. Według oficjalnych komunikatów ukraińskiej armii straty te miały wynieść do 1000 zabitych żołnierzy ukraińskich. Oczywiście nikt nie wierzy w te ostatnie dane, gdyż jak przyznał ostatnio prezydent Ukrainy, straciła ona około 65% ciężkiego sprzętu bojowego, co pokrywało by się ze stratami podanymi przez separatystów. Jeżeli prezydent przyznaje się do utraty ponad tysiąca czołgów i transporterów opancerzonych, to jest oczywiste, iż w każdym z nich musiało zginąć kilku żołnierzy, nie licząc „piechoty”. Straty po stronie separatystów i wspomagających ich ochotników (nie licząc ofiar cywilnych) zapewne idą także w setki, jeżeli nie tysiące. Pytanie tylko co ta wojna dała?

Obydwie strony wspierające konflikt (Zachód i Rosja) znały prawdopodobny jej finał jeszcze przed rozpoczęciem tej wojny. Pytanie drugie, które należy zadać – jakie cele minimalne założyły sobie obydwie strony?

Zapewne celem Rosji było odzyskanie kontroli nad południowo-wschodnią Ukrainą, niezależnie od jej formy organizacyjnej. Celem Zachodu zapewne utrzymanie kontroli nad zachodnią i środkową Ukrainą. Pozostałe zyski terytorialne to wartość dodana dla stron. Moim zdaniem jedno jest pewne – Rosja już nie chce zachodniej Ukrainy i zrobi wszystko, aby zmusić ten region do tworzenia własnej państwowości. Nie chce, aby „zaraza nacjonalizmu” rozprzestrzeniała się na wschód. To będzie powodowało przeciąganie się tej wojny.

W całej grze politycznej mocarstw światowych na Ukrainie jakby wielu badaczy i obserwatorów nie zauważało trzeciego istotnego podmiotu w tej rozgrywce. Chodzi mianowicie o sojusz oligarchów ukraińskich z nacjonalistami. Pierwsi grają o obszar, na którym nieskrepowanie robili dotychczas swoje interesy, kreując nawet pod siebie prawo i wykluczając administracyjnie konkurencję, a drudzy walczą o narodowe państwo ukraińskie, które wykluczy z życia państwowego 1/3 obywateli, dążąc jednocześnie do wygrania wojny, którą ponad siedemdziesiąt lat temu przegrała OUN i UPA. Pytanie tylko, jak długo się ten alians utrzyma? Nie ulega wątpliwości, iż przyjdzie moment, w którym państwo narodu ukraińskiego stanie w sprzeczności z formą jego własności (teraz oligarchowie kontrolują 80% ukraińskiego PKB). Tak więc, wojna na Ukrainie nie jest tylko hybrydowym zaangażowaniem militarnym wielu metod działania w wojnie buntowniczej, jest także sposobem politycznym prowadzenia wojny.

Mamy obecnie do czynienia w Kijowie z nachodzeniem się interesów cząstkowych graczy zewnętrznych i wewnętrznych, których cele są bardzo odległe. Pytanie tylko, ile wytrzyma jeszcze społeczeństwo tego państwa i czy nie stanie się wkrótce osobnym podmiotem tego konfliktu. Ten nowy gracz może stanąć poza strukturami państwowymi i nacjonalistycznymi. Walka o to się dopiero zaczyna, gdyż strony konfliktu i ich promotorzy wiedzą, że to jest nieuniknione. Pytanie tylko, gdzie w tym wszystkim były i są polskie interesy?

Fot. www.theparliamentmagazine.eu

Czytany 5613 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04