piątek, 30 lipiec 2010 05:47

Andrzej Makarewicz: Prorosyjska Ukraina?

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

 

 Andrzej Makarewicz

Od razu po ogłoszeniu wyniku drugiej tury wyborów prezydenckich na Ukrainie, przeprowadzonej 7 lutego 2010 r., komentatorzy ogłosili silny zwrot Ukrainy w stronę Rosji. Nowy prezydent, Wiktor Janukowycz uważany był bowiem za polityka na wskroś prorosyjskiego i, w przeciwieństwie do swojej kontrkandydatki Julii Tymoszenko, niechętnego Zachodowi.

 
Szybko jednak okazało się, że jakkolwiek prorosyjskość przypisywano mu słusznie, to postaw antyzachodnich ciężko było się doszukiwać. Pomimo tego, że Moskwa postanowiła nagrodzić Ukrainę za jej wybór wysyłając do Kijowa nowego ambasadora (który czekał w Moskwie na koniec kadencji Juszczenki), Janukowycz, jako pierwszy prezydent niepodległej Ukrainy, w pierwszą podróż zagraniczną udał się nie do Moskwy, a do Brukseli. Nawet Wiktor Juszczenko wkrótce po objęciu urzędu udał się do Rosji. Kreml odebrał krok Janukowycza jako nietakt i obniżył rangę jego wizyty w Moskwie z oficjalnej do roboczej. W Brukseli Janukowycz kolejny raz podkreślił europejski kurs Ukrainy, a także podjął poważne rozmowy o zniesieniu wiz dla Ukraińców wybierających się do krajów Unii Europejskiej.

Kto po tej wizycie sądził, że Janukowycz z polityka prorosyjskiego stał się nagle nowoczesnym prozachodnim prezydentem, grubo się jednak pomylił. Już w czasie tej właśnie roboczej wizyty nowy prezydent Ukrainy zapowiedział, że dekret Juszczenki z końca kadencji o nadaniu Stepanowi Banderze tytułu Bohatera Ukrainy zostanie uchylony. Bandera był przywódcą i głównym ideologiem działającej w latach II wojny światowej i po niej, Ukraińskiej Armii Powstańczej, poza Ukrainą uważanej za nacjonalistyczną, a nawet faszystowską – szczególnie w Rosji i Polsce. Trudno jednak uważać, że to za sprawą protestów płynących z Polski, czy Parlamentu Europejskiego, prezydent Janukowycz zdecydował się na ten krok. Również w czasie tej wizyty Janukowycz obiecał życzliwsze traktowanie stacjonującej na Krymie Floty Czarnomorskiej, jednocześnie podejmując starania o zrewidowanie niekorzystnych dla Ukrainy umów z rosyjskim Gazpromem na dostawy i przesył gazu.

Wkrótce po tym upadł rząd Julii Tymoszenko, a nowy gabinet utworzyła Partia Regionów przy wsparciu komunistów, Bloku Lytwyna i deputowanych, którzy odeszli z Bloku Julii Tymoszenko oraz niezależnych i kilku deputowanych bloku Naszej Ukrainy-Ludowej Samoobrony. Nowy premier, wybrany przez Janukowycza Mykoła Azarow od razu ogłosił, że głównym celem nowego rządu jest naprawa stosunków z Rosją oraz integracja europejska. Nowy premier ogłosił również, że Ukraina nie zamierza wchodzić do żadnych sojuszy militarnych. Oczywiście na myśli miał NATO, musiało więc się to spotkać z uznaniem na Kremlu. Jakby dla przeciwwagi Janukowycz wykonał drobny gest w kierunku Zachodu, czyniąc Azarowa osobiście odpowiedzialnym za integrację Ukrainy z Unią Europejską. Zaraz po tym Janukowycz rozwiązał komisję odpowiedzialną za przygotowanie Ukrainy do członkostwa w NATO. Należy jednak zauważyć, że większość Ukraińców od dawna sprzeciwiała się członkostwu swojego kraju w Sojuszu Północnoatlantyckim. Jednocześnie Ukraina nie zamierza kończyć swojej współpracy z NATO, jej wojska mają wejść w skład sił szybkiego reagowania sojuszu. Ponadto Ukraina powiadomiła o zwiększeniu składu swojego kontyngentu w Afganistanie.

Ostateczny dowód na prorosyjskość nowych władz Ukrainy pojawił się w kwietniu 2010 r., gdy po kolejnym już spotkaniu Janukowycza z Miedwiediewem, tym razem w Charkowie na wschodzie Ukrainy, przywódcy ogłosili podpisanie umowy, która przedłużała stacjonowanie rosyjskiej floty Czarnomorskiej o 25 lat z możliwością przedłużenia o kolejne 5, jeśli taka będzie wola obu krajów. W zamian za to Ukraina otrzymała ratujące jej gospodarkę zniżki na rosyjski gaz na następne 10 lat, o 30%, ale nie więcej niż o 100 dolarów za tysiąc metrów sześciennych. Gazprom na tym jednak nie straci, bo Ukraina zwiększy import z 30 do 40 miliardów metrów sześciennych rocznie.

Zgoda Janukowycza na przedłużenie dzierżawy bazy na Krymie była spodziewana. Nikt jednak nie sądził, że stanie się to tak szybko i na tak długi czas. Nowe władze w praktyce usankcjonowały stacjonowanie wojsk rosyjskich na terytorium ukraińskim do 2047 r., stawiając przed tym problemem nie tylko kolejne rządy, ale także kolejne pokolenia. Oczywiście ciężko stwierdzić, że prezydent Janukowycz zdecydował się na podpisanie umowy ze względu na swoje sympatie wobec Rosji. W zamian przecież uzyskał realne korzyści finansowe, dzięki którym mógł wreszcie zakończyć prace nad niezamkniętym do tej pory budżetem na 2010 r. To z kolei ma wreszcie umożliwić wypłatę kolejnej transzy kredytu z Międzynarodowego Funduszu Walutowego dla dotkniętej kryzysem Ukrainy. Z drugiej strony eksperci ukraińscy zdają sobie sprawę z tego, że Rosja nie opuściłaby Krymu bez problemów. Półwysep, który dopiero w latach pięćdziesiątych XX wieku został przekazany Ukrainie (wtedy Ukraińskiej Republice Radzieckiej), jest obecnie regionem autonomicznym i bastionem rosyjskiej mniejszości. Wpływy Rosji są tam tak duże, że mieszkańcy, często rodziny rosyjskich marynarzy, sami domagają się pozostawienia floty. Zmuszona do wycofania się Rosja mogłaby spowodować niepokoje społeczne i zdestabilizować sytuację w całym regionie, co, według najczarniejszego scenariusza mogłoby się skończyć otwartym konfliktem pomiędzy obydwoma krajami. Jednocześnie Janukowycz nie zgodził się na oddanie w dzierżawę Gazpromowi ukraińskich sieci przesyłowych, czego obawiała się opozycja, a nieprzemyślana propozycja Putina połączenia Gazpromu z ukraińskim Naftogazem, wywołała w Kijowie konsternację – dopiero po kilku dniach minister spraw zagranicznych Ukrainy Kostiantyn Hryszczenko stwierdził, że jest to niemożliwe.

Ratyfikacja umowy w Rosji przeszła bez problemów, natomiast na Ukrainie doszło do scen znanych do tej pory raczej z parlamentów azjatyckich – deputowani do ukraińskiej Rady Najwyższej blokowali mównicę, rzucali jajkami w prowadzącego obrady ochranianego parasolami. Doszło do przepychanek, a w końcu do bójek, odpalono race i świece dymne. Opozycja zarzuciła Janukowyczowi zdradę, a obóz rządowy nazywał działania opozycji przestępstwem. Jakby tego było mało niedługo po tym Wiktor Janukowycz przemawiając przed zgromadzeniem parlamentarnym Rady Europy stwierdził, że Wielki Głód na Ukrainie nie był ludobójstwem. W wyniku głodu będącego następstwem przemyślanych działań władz radzieckich czasie przymusowej kolektywizacji rolnictwa na początku lat trzydziestych XX w. w Ukraińskiej Republice Radzieckiej zmarło co najmniej 3 mln ludzi. O uznanie tej zbrodni za ludobójstwo zabiegał przez całą swoją kadencję Wiktor Juszczenko.

Jednak Janukowycz stara się swoją prorosyjskością nie narażać interesów Ukrainy: nawiązuje współpracę gospodarczą z Rosją, uzyskuje od niej wielomilionowe pożyczki, inwestycje w energetykę oraz współpracę w przemyśle lotniczym i stoczniowym, by jednocześnie stwierdzić stanowczo, że Ukraina nie po to wstępowała do Światowej Organizacji Handlu i buduje swoją politykę ekonomiczną na jej zasadach, by przystępować do unii celnej z Rosją, Kazachstanem i Białorusią. Niezwykle chętnie Janukowycz spotyka się z przywódcami rosyjskimi, Miedwiediewem i Putinem, tego ostatniego podejmując ostatnio w czasie urlopu w swojej rezydencji na Krymie. Spotkał się też z Cyrylem, patriarchą Moskwy i Wszechrusi, podczas jego drugiej już w ciągu roku pielgrzymki do Ukrainy, której oprócz znaczenia religijnego trudno nie przypisywać podtekstów politycznych. Jednocześnie po wyborze Bronisława Komorowskiego na prezydenta Polski, ukraiński prezydent wysłał list gratulacyjny, w którym podkreślił znaczenie Polski dla Ukrainy, wyraził nadzieję, że w jedną z pierwszych podróży zagranicznych polski kolega uda się do Kijowa, oraz, że przyszłoroczne przewodnictwo Polski w UE przyczyni się do przyspieszenia procesu integracji Ukrainy z Unią.

Trudno określić stopień prorosyjskości nowego prezydenta Ukrainy. Oprócz wyżej wskazanych przykładów, szereg innych działań Janukowycza pokazuje, że stara się on umiejętnie lawirować pomiędzy współpracą ekonomiczną i polityczną z Rosją, a oczekiwaną przez społeczeństwo integracją z Unią Europejską. Spowodowane jest to nie tylko położeniem Ukrainy pomiędzy Rosją, a Unią i koniecznością prowadzenia interesów z obydwoma partnerami, ale także różnicami w ukraińskim społeczeństwie. Stąd też dużo działań obliczonych na zadowolenie prorosyjskiego wschodu kraju i Rosji, jak i część takich, które mają uspokoić proeuropejskie centrum i zachód oraz partnerów z Unii Europejskiej. I dlatego zatrzymani jeszcze w czasie kadencji poprzedniego prezydenta szpiedzy rosyjscy zostali w trybie niejawnym osądzeni i przekazani Rosji, rozpoczęto prace nad napisaniem wspólnego ukraińsko-rosyjskiego szkolnego podręcznika historii, czy udzielono zgody na działalność rosyjskich służb specjalnych w bazie Floty Czarnomorskiej. Z drugiej strony, w zamian za ostateczne zdemontowanie odziedziczonych po Związku Radzieckim instalacji dla broni jądrowej podpisano największy w historii Ukrainy kontrakt na dostawę broni do Iraku, czy nieuznanie wbrew oczekiwaniom Rosji niepodległości separatystycznych republik gruzińskich – Abchazji i Południowej Osetii. Janukowycz zrezygnował z planów uczynienia z języka rosyjskiego drugiego oficjalnego w Ukrainie, ale zaraz po tym doprowadził do uznania go za język regionalny.

Na pewno nie można nazwać Janukowycza prezydentem prozachodnim,  jednak jego prorosyjskość ma swoje granice. Nie ma on wątpliwości co do niepodległości Ukrainy i na pewno nie zamierza uczynić z niej wasala Rosji, co niektórzy przeciwnicy próbują mu zarzucać. Zarówno prezydent, jak i jego środowisko, a także stojący za nimi oligarchowie, widzą konieczność współpracy zarówno z Rosją, jak i Unią Europejską. Niezwykle trudno przewidywać jaką drogą pójdzie Ukraina pod rządami Janukowycza i po nich. Jednak, choć wypowiedziane przed prawie dwoma laty, cały czas wydają się być aktualnymi słowa Jarosława Hrycaka, znanego ukraińskiego historyka: „Wiele zależy od woli ukraińskiego społeczeństwa, choć państwo obecnie nie sprzyja temu, aby tego typu mechanizmy społeczne kształtować. Ponadto nie ma większego znaczenia, kto sprawuje władzę, czy obóz pomarańczowych, czy Partii Regionów. Żadna z tych partii tego nie chce. Samo społeczeństwo musiałoby, poprzez różnorodne mechanizmy, narzucać swoją wolę elicie politycznej. Jednym słowem, Ukraina musiałaby się mocno zmienić, tak jak zmienia się świat wokół niej. (…) Teraz należałoby pokazać, na ile i w jaki sposób, w ramach projektu europejskiego, umie niezależność i wolność przetworzyć w europejskie standardy życia.”[1]

Artykuł ukazał się na stronach alt Publikacja za zgodą wydawcy.

[1] Ukraina. Przewodnik Krytyki Politycznej, z Jarosławem Hrycakiem rozmawia Iza Chruślińska, Wyd. Krytyki Politycznej, Gdańsk-Warszawa 2009, s.330.

 

Czytany 6616 razy Ostatnio zmieniany piątek, 11 marzec 2016 15:05