sobota, 06 marzec 2010 07:54

Andrzej Jonas: Ami go home?

Oceń ten artykuł
(1 głos)
alt   Andrzej Jonas
Tytułowe zawołanie nieśli na ustach i karabinach ludzie Castro i Guevary. Ale nie tylko. Widziano je na ulicach miast amerykańskich i europejskich. Moskiewska propaganda niespecjalnie musiała się natężać, by rozpalać nim namiętności. Stany Zjednoczone robiły to same. Polityką, wizerunkiem, zachowaniem. Przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej.geopolityka  
Na wybrzeżu morskim w meksykańskim Cancún piasek jest tak przecudnej urody, a ziarenka tak niepowtarzalnie drobniutkie, że miejscowi twierdzą, iż Ami kradną je statkami na swoje plaże. Może właśnie dlatego Cancún było dobrą scenerią, by dziś przypomnieć stare hasło.
 
Społeczność Państw Ameryki Łacińskiej i Wysp Karaibskich – tak ma się nazywać nowa organizacja 33 państw, o której powołaniu przywódcy zdecydowali podczas Szczytu Jedności w Cancún. Od Organizacji Państw Amerykańskich różni ją wszystko – nieobecność Stanów Zjednoczonych i Kanady. Gdzieś tam czai się natomiast analogia do Wspólnoty Niepodległych Państw. Tyle że Wspólnota jest spadkobiercą, a Społeczność ma być protoplastą.
 
Czy Społeczność będzie bytem przede wszystkim papierowym, podobnie jak Wspólnota, to się jeszcze okaże. Natychmiast po podjęciu decyzji o jej zawiązaniu doszło do ostrej kłótni między Hugo Chavezem (prezydent Wenezueli) a Álvarem Uribem (prezydent Kolumbii), lecz w tym gronie to nic szczególnego, temperamenty grają. Ale nawet jeśli Społeczność nie przeistoczy się szybko z papierowego w realnego tygrysa, błędem byłoby lekceważenie jej.
 
Stany Zjednoczone szukają dla siebie nowego miejsca w świecie. Nie ma co do tego najmniejszych wątpliwości. Globalne zmiany polityczne i gospodarcze, a także zmiany w samym kraju, tworzą nową rzeczywistość. Jeszcze nienazwaną, jeszcze niezdefiniowaną. Jesteśmy w stadium rearanżacji świata, a sztuka polega na tym, by odbywało się to według jakiegoś mądrego planu, a nie wyłącznie na zasadzie zarządzania chaosem. Ami nie opuszczą Ameryki Łacińskiej już choćby dlatego, że jest to sprzeczne z jakąkolwiek logiką historyczną, polityczną bądź gospodarczą. Ale nawet jeśli Społeczność pozostanie papierowym tygrysem, relacje w regionie się zmienią. Już tak się stało, ale dalsze i głębsze przemiany są nieuchronne. I zapewne od samego Waszyngtonu najwięcej zależy, jaki nowy typ związków zostanie ukształtowany. Jeśli nie taki jak kiedyś, to jaki?
 
Obecnie Ameryka Łacińska nie jest chyba priorytetem Waszyngtonu. Irak, Iran, Afganistan, Chiny… Listę tę można ciągnąć jeszcze długo, a nawet dłużej, jeśli dołączy się problemy wewnętrzne, zanim pojawi się na niej ogromny sąsiad z południa. Dziś z pewnością już nie jest to słabszy kolega z własnego podwórka. Mimo rozmaitych obciążeń historycznych, w tym wywołanych sąsiedztwem z północy, urósł, zmężniał i dojrzał. Dla sąsiada z północy lepiej, aby to jak najszybciej dostrzegł i wyciągnął właściwe wnioski.
 
Artykuł ukazał się w numerze 10/2010 tygodnika alt
Czytany 7451 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:34