poniedziałek, 15 grudzień 2014 05:58

Andrzej Dołęga: Południowa i północna flanka Drang nach Osten NATO

Oceń ten artykuł
(3 głosów)

Andrzej Dołęga

Sytuacja na Ukrainie i tocząca się wokół tego kraju geopolityczna konfrontacja na linii Moskwa (i jej sojusznicy, ostrożnie wspierający koncepcję ładu wielobiegunowego) – Waszyngton (i jego wasale, przede wszystkim europejscy), stanowi argument na rzecz wzmocnienia obecności sił Organizacji Paktu Północnoatlantyckiego (NATO) w państwach Europy Środkowej, a także – ujmując to zjawisko w nieco bardziej globalnej skali – marszu na wschód jednostek, sił i potencjału tej zdominowanej przez Stany Zjednoczone koalicji. Warto przyjrzeć się skutkom retoryki wojennej stosowanej w szeregu państw europejskich w celu uzasadnienia militarnej obecności USA i sił paktu, interesujących, a czasem dość oryginalnych prób argumentowania konieczności tego swoistego powrotu do zdawało się zapomnianej już, znanej z innego kontekstu idei Drang nach Osten.

W należących do Unii Europejskiej państwach Europy Środkowej widać wyraźnie w ostatnich miesiącach powrót do zmodyfikowanej koncepcji tzw. Nowej Europy. W skład owego bloku, zrzeszającego kraje reprezentujące interesy Waszyngtonu w Europie mają obecnie wchodzić Polska, Litwa, Łotwa i Estonia – na odcinku północnym, oraz Rumunia i Bułgaria – na odcinku południowym. Od udziału w związanych z nim inicjatywach w sposób jednoznaczny, także w kontekście zagrożeń płynących z konfliktu ukraińskiego, odżegnały się wszystkie poza Warszawą stolice państw tzw. Grupy Wyszehradzkiej – Bratysława, Budapeszt i Praga.

Północny odcinek natowskiej strefy zmilitaryzowanej ma obejmować Polskę, od lat, niezależnie od zmieniających się ugrupowań rządzących stanowiącą rozsadnik koncepcji atlantyzmu w Europie, oraz trzy kraje bałtyckie, znane z motywowanego agresywnym nacjonalizmem stanowiska w sprawie Rosji. Przedstawiciele władz polskich od samego początku wojny domowej na Ukrainie publicznie zapraszali NATO do zwiększenia swej obecności nad Wisłą i Odrą. „Chyba będę wyrażał pogląd nie tylko polskich władz, ale i sporej części społeczeństwa, jeśli powiem, że życzylibyśmy sobie większej i stałej obecności sojuszników na naszym terytorium tak, aby wszyscy członkowie NATO mieli takie samo poczucie bezpieczeństwa i poziom bezpieczeństwa” – deklarował w kwietniu w przededniu spotkania ministrów spraw zagranicznych państw NATO ówczesny szef polskiej dyplomacji Radosław Sikorski. Oświadczenia ministra można by uznać za stanowiące jego znak rozpoznawczy proamerykańskie wypady blisko związanego z Waszyngtonem polityka, gdyby nie fakt, iż zostały podparte analogicznymi wypowiedziami ówczesnego premiera Donalda Tuska. „Będziemy działali na rzecz zwiększenia obecności NATO w Polsce” – deklarował szef rządu, jednocześnie utyskując na zbyt wolne, w jego przekonaniu, postępy militaryzacji.

Jeszcze bardziej prowaszyngtońskie stanowisko konsekwentnie wygłasza największa partia opozycyjna; np. poseł PiS Marek Opioła nawoływał wprost do powstania nowych baz sojuszu w Polsce, postulując ponadto zwiększenie obecności wojsk amerykańskich w całej Europie oraz udzielenie wsparcia militarnego autorom lutowego przewrotu w Kijowie. Przedstawiciel SLD Jerzy Wenderlich zachwycał się we wrześniu powołaniem natowskich sił szybkiego reagowania stacjonujących na terytorium Polski. Z podobnymi oświadczeniami występowali reprezentanci pozostałych mniejszych ugrupowań parlamentarnych, sprawiając wrażenie, że kwestia militaryzacji stanowi konsensus wśród najistotniejszych sił politycznych. Praktycznie nikt nie wspominał o możliwych negatywnych następstwach tego procesu, a wszelkie próby dyskusji podejmowane przez środowiska eksperckie, nie związane z rządzącym establishmentem, były ignorowane jako głosy ludzi reprezentujących interesy Moskwy. W efekcie osiągnięty został cel strategiczny USA, polegający na uzyskaniu zielonego światła dla zwiększania obecności militarnej sił amerykańskich na terytorium Rzeczypospolitej. Pierwszym krokiem tego procesu ma stać się stacjonowanie w Szczecinie, w ramach związku taktycznego NATO, znanego jako Korpus Północno-Wschodni sił szybkiego reagowania liczących do 5 tys. żołnierzy. Szczyt NATO w walijskim Newport we wrześniu tego roku potwierdził, że – swoiście interpretując zawarte w akcie założycielskim Rady NATO – Federacja Rosyjska z 1997 roku zapisy – można doprowadzić do „rotacyjnego i ciągłego” stacjonowania na terytorium nowych państw członkowskich sojuszu jednostek obcych wojsk, nie posługując się przy tym określeniem „stałej” obecności. Oczywiście, Rosja nie dostrzega semantycznych niuansów tych sformułowań, słusznie uznając podjęte w Newport decyzje za złamanie istniejących zobowiązań.

Nowy dowódca sił amerykańskich w Europie gen. Frederick Hodges (używający przydomka – pseudonimu „Ben”), zapowiedział ponadto zwiększenie liczby żołnierzy amerykańskich w krajach bałtyckich, w tym na Litwie. Rotacyjna obecność wojsk Stanów Zjednoczonych ma rozpocząć się już w roku 2015. Według amerykańskiego dowódcy, wśród wyposażenia nowych „frontowych” jednostek US Army mają znaleźć się m.in. czołgi Abrams oraz bojowe wozy opancerzone Bradley, które stacjonować będą na terytorium Litwy, Estonii i Polski. Hodges mówi otwarcie: obecność wojsk amerykańskich ma stanowić gwarancję bezpieczeństwa w obliczu oczekiwanej agresji ze strony rosyjskiej. „Jestem absolutnie przekonana, że NATO jest i pozostanie źródłem stabilności i bezpieczeństwa na naszej przestrzeni transatlantyckiej” – deklarowała niedawno litewska prezydent Dalia Grybauskaitė, znana z publicznego uznawania Federacji Rosyjskiej za „państwo terrorystyczne”. Atmosfera polityczna w Wilnie jest już jednak znacznie mniej jednoznaczna od tej w Warszawie. Istnieją znaczące siły polityczne, w tym w ramach rządzącej obecnie koalicji, wyrażające swój sceptycyzm wobec militaryzacji w ramach paktu. Głośnym precedensem stał się fakt, iż D. Grybauskaitė wykluczyła udział w debacie na temat problematyki bezpieczeństwa przedstawicieli jednej z największych litewskich partii politycznych. „Jeśli chodzi o kwestie związane z bezpieczeństwem Litwy i NATO, nie będę mogła dyskutować ich z kandydatami i liderami Partii Pracy. Mamy informacje, że kierownictwo tego ugrupowania może znajdować się pod wpływem Kremla” – mówiła w marcu prezydent. Ciesząca się niesłabnącym poparciem partia kierowana przez Viktora Uspaskicha, z uwagi na udział w koalicji rządowej, wyraża jedynie ostrożną rezerwę wobec planów ekspansji NATO. W społeczeństwie litewskim poglądy na temat militaryzacji nie są jednak tak jednoznacznie sprzyjające planom USA.

Obecność mniejszości rosyjskiej, w tym dyskryminowanych apatrydów, sprawia, że istotne znaczenie w planach USA ma Łotwa, traktowana jako obszar potencjalnej konfrontacji. 20 listopada w Rydze pojawił się sekretarz generalny NATO Jens Stoltenberg, który podczas spotkań z miejscowymi decydentami podkreślał, iż sojusz zamierza radykalnie zwiększyć swą obecność i aktywność w krajach bałtyckich. Niedawne manewry NATO w Estonii miały dowieść gotowości tego kraju do odparcia „agresji ze wschodu”, dość dobrze oddając atmosferę panującą wśród dużej części miejscowych elit w Tallinie. Łotwa i Estonia, w dużo większym stopniu niż wspomniana wcześniej Litwa, traktowane są w planach Waszyngtonu jako jeden z obszarów potencjalnego konfliktu z Rosją wywołanego kwestią mniejszości rosyjskojęzycznej w tych państwach. Należy się w tym kontekście spodziewać szczególnie intensywnej, permanentnej militaryzacji ich terytoriów.

Podobnie, jak w przypadku Polski na flance północnej, tak i w przypadku Rumunii na flance południowej, postawy atlantyckie dyktowane są przekonaniem o możliwości odegrania roli regionalnego przywódcy przez Bukareszt. NATO i konfrontacyjne zbrojenia traktowane są przez ten kraj jako sposób na regionalne wzmocnienie przede wszystkim związane z planami realizacji geopolitycznego planu znanego jako Wielka Rumunia, zakładającego inkorporację Mołdawii. W tym kontekście geopolitycznym konkurentem jawi się Federacja Rosyjska proponująca zbliżenie Kiszyniowa wraz z separatystycznym Naddniestrzem do bloku integracji eurazjatyckiej.

Bardziej skomplikowana sytuacja panuje w Bułgarii, która jest podmiotem stosunkowo niestabilnym w zakresie preferencji geopolitycznych. Tradycyjna bliskość z Rosją blokuje otwarte wspieranie inicjatyw amerykańskich realizowanych pod szyldem NATO. Jednocześnie w kraju tym udało się uzyskać dominację polityczną tych sił, które nawołują do udziału w procesie regionalnej militaryzacji. Debata na temat orientacji geopolitycznej jest w Sofii czynnikiem polaryzującym scenę polityczną. W dalszym ciągu istotne znaczenie, pomimo spadku poparcia wyborczego w ostatnich wyborach, ma nacjonalistyczna partia Ataka. Jej lider Wolen Siderow, w jednym ze swoich ostatnich wystąpień z trybuny parlamentarnej apelował o referendum w sprawie dalszego udziału Bułgarii w NATO i UE, mówiąc: „pora zadecydować, czy dalej będziemy oddychać euroatlantyckim pyłem aż się udusimy, czy sięgniemy do naszych narodowych korzeni sięgających dawnej Eurazji”.

Pomysłom wzmocnienia NATO w Europie Środkowej i Wschodniej wyraźnie przeciwni są obywatele najistotniejszego z państw unijnych – Niemiec. Jak wynika z sondażu przeprowadzonego na zlecenie ARD sondażu Deutschlandtrend z września tego roku, 60% ankietowanych nie chce militarnego wzmocnienia wschodniej flanki sojuszu. To oczywiście tylko głos opinii publicznej, jednak rządząca koalicja, a przede wszystkim odpowiedzialni w gabinecie Angeli Merkel za sprawy zagraniczne socjaldemokraci, zapewne wezmą takie opinie pod uwagę. Okazuje się zatem, że inicjatywy podejmowane przez zwolenników militaryzacji Europy Środkowej i Wschodniej nie spotkają się raczej ze zrozumieniem najważniejszego partnera gospodarczego i gracza inwestycyjnego w regionie. Grozi to powrotem do relacji z czasów agresji na Irak, gdy w ostrych niekiedy słowach koalicja niemiecko-francuska ustosunkowywała się do świeżo upieczonych członków UE, w tym Polski. To wówczas pojawiło się właśnie wspomniane już przekonanie, że tzw. Nowa Europa odgrywa w istocie rolę konia trojańskiego Waszyngtonu w Europie.

Fot. www.pnnl.gov

Czytany 5946 razy