piątek, 28 luty 2014 07:55

Andrzej Dołęga: Fiasko wschodnie, czyli opłakane konsekwencje planu Sikorskiego i Bildta

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

system-failuregeopolityka  Andrzej Dołęga

Program „Partnerstwa Wschodniego” Unii Europejskiej miał, w zamyśle jego autorów, stanowić przeciwwagę dla integracyjnych projektów planowanych na obszarze byłego Związku Radzieckiego przez Rosję. Po zeszłorocznym szczycie uczestników tego projektu w Wilnie, możemy jednak już z całym przekonaniem stwierdzić, że – zgodnie z przewidywaniami prezentowanymi przez nas już wcześniej [1] – zakończył się on całkowitym fiaskiem, nie tylko nie oferując żadnemu z państw biorących w nim udział rzeczywistej pomocy i alternatywy względem koncepcji integracji eurazjatyckiej, ale pośrednio przyczyniając się do głębokiego konfliktu grożącego wojną domową na Ukrainie. 

Druzgocącą porażkę projektu zmuszeni są przyznać nawet zwolennicy konfrontacji z Moskwą na terenie poradzieckim; były wiceminister spraw zagranicznych Polski w rządzie Prawa i Sprawiedliwości Witold Waszczykowski oznajmił niedawno, że „wymyślono Partnerstwo Wschodnie, czyli atrapę, która nie dawała możliwości przystąpienia Ukrainy do UE”. Rozczarowanie programem zauważalne jest też w innych kręgach politycznych i eksperckich. Nieznaczący wymiar finansowy i stosunkowo niewielkie przywiązywanie wagi do całej koncepcji partnerstwa wynika również z tego, że czołowe kraje członkowskie UE większe nadzieje wiążą z rozwojem partnerskich relacji gospodarczych z Federacją Rosyjską. Poseł koalicyjnego Polskiego Stronnictwa Ludowego Marek Sawicki słusznie zauważa, że „chodzi o brak przekonania i determinacji dwóch (…) najistotniejszych państw europejskich w tej sprawie. Polska była liderem, Polska ze Szwecją, ale tak naprawdę decyzje były w rękach Niemiec i Francji”. Pozbawiona poparcia tych krajów, w szczególności Berlina, koncepcja od samego początku skazana była na porażkę. Realizowała ona geopolityczne interesy Waszyngtonu, stąd trudno się dziwić chłodnemu jej przyjęciu przez elity niemieckie, a nawet francuskie – zainteresowane bardziej basenem Morza Śródziemnego i Afryką. To właśnie na wniosek Paryża z projektów umów stowarzyszeniowych UE z państwami PW wykreślono zdanie mówiące o potencjalnej perspektywie otwarcia się na negocjacje akcesyjne.

Nie  budzi większego zdziwienia fakt, że po podpaleniu Ukrainy minister spraw zagranicznych Polski Radosław Sikorski oznajmił na spotkaniu szefów MSZ państw Grupy Wyszehradzkiej oraz Rumunii, Bułgarii i Grecji, że Rosja powinna wykazać „dobrą wolę” i skierować kolejną transzę udzielonego Kijowowi kredytu. Unia Europejska otwarcie przyznaje, że nie dysponuje potencjałem finansowym pozwalającym na jakiekolwiek formy wsparcia państw byłego ZSRR, które tak ochoczo rzuciły się w pewnym momencie w brukselskie objęcia. Deklaracja Sikorskiego razi bezczelnością, bo czyniona jest w wyraźnie widocznym kontekście – porozumienie, któremu minister patronował pomiędzy ukraińską opozycją a prezydentem Wiktorem Janukowyczem zostało złamane niemal w dzień po jego podpisaniu przez strony. Minister zaś bez cienia zażenowania stwierdza, że w ostatnich wydarzeniach w Kijowie nie dostrzega znamion zamachu stanu. Lansowany przez niego od 2009 roku na forum UE program osiągnął wyjątkowo mizerne rezultaty w obszarze realnych działań pomocowych. Pomimo wyasygnowania pewnych ograniczonych środków na realizację wynikających z koncepcji zadań, większość wspomnianych kwot wydatkowana została na projekty miękkie, polegające na różnorodnych szkoleniach, seminariach i konferencjach, nie interesujących dla szerszych mas społeczeństw, a stanowiących raczej pożywkę dla miejscowych pozarządowych „grantożerców”. Lektura kolejnych sprawozdań polskiego MSZ dobitnie dowodzi, że w istocie PW sprowadza się do nie niosących za sobą żadnej realnej aktywności deklaracji przyjmowanych podczas kolejnych spotkań. 

Co pozostało z projektu „Partnerstwa Wschodniego”, który prowadzić miał do stowarzyszenia szeregu państw poradzieckich z UE oraz podpisania z nimi umów o strefie wolnego handlu?

Ukraina stanowić powinna w tym kontekście przedmiot odrębnych rozważań, bowiem krach polityczny, ustrojowy, społeczny i gospodarczy tego państwa sprawia, że już teraz stwierdzić można, iż zagadnienie jego uczestnictwa w jakichkolwiek projektach integracyjnych przesunąć można ad calendas graecas; uprzednio trzeba by odpowiedzieć na pytanie, na ile państwowość ukraińska w ogóle przetrwa najbliższe kilka lat. Rozmowy z Gruzją w tym zakresie wydają się znajdować w martwym punkcie. Pozostaje Mołdawia. Podczas wystąpienia w Sejmie 21 lutego premier Donald Tusk podkreślał, że z podpisaniem umowy stowarzyszeniowej z Kiszyniowem trzeba się wyjątkowo śpieszyć, by zdążyć przed wyborami parlamentarnymi zaplanowanymi na tegoroczną jesień. Nie sposób bowiem wykluczyć, że w ich wyniku do władzy dojść może Partia Komunistów Republiki Mołdowa, której lider Władimir Woronin wykonał niedawno kolejną geopolityczną woltę, deklarując wstrzemięźliwość wobec planów snutych w Bukareszcie, a polegających na faktycznej inkorporacji Mołdawii w skład Wielkiej Rumunii, co stanowiłoby wyjątkowy i niespotykany do tej pory tryb rozszerzenia UE. Przeprowadzone 2 lutego w autonomicznej Gagauzji referendum dotyczące kierunków polityki zagranicznej Kiszyniowa oraz wsparcie baszkana Michaiła Formuzala przez władze całego szeregu innych regionów kraju pokazują zresztą, że wśród ludności mołdawskiej (włączając w to nie tylko mniejszości narodowe, ale również etnicznych Mołdawian) euroentuzjazm traci na znaczeniu. Z wielkich planów ekspansji na wschód – „Partnerstwo Wschodnie” miało zbliżyć do UE wszystkie, poza środkowoazjatyckimi republiki byłego ZSRR – pozostała zatem karta mołdawska, niepewna zresztą i niewiadoma, nie mówiąc już o wątpliwej jakości pogrążającego się od początku istnienia w upadku i odmętach korupcji państwa.

Losy programu „Partnerstwa Wschodniego” po ostatnich wydarzeniach w Kijowie, ale też uprzednim wycofaniu się z podpisania traktatu stowarzyszeniowego z UE przez Armenię i przedłużających się negocjacji z innymi krajami pozostają dziś sporą niewiadomą. Skala problemów wywołanych realizacją koncepcji zawartej w programie przewyższa co najmniej kilkunastokrotnie w sferze potencjalnych kosztów dotychczasowy budżet na PW przeznaczany. Nie sposób raczej oczekiwać wyasygnowania przez Brukselę nowych środków na reanimację programu, który w praktyce poniósł dotkliwą porażkę. Prawdopodobnie dojść będzie musiało do radykalnego przeformatowania całej koncepcji polityki wschodniej UE. Przeformatowanie to doprowadzić może do różnych nowych kierunków, ale w każdym z dyskutowanych obecnie wariantów dostrzega się raczej niezbędność zauważania i liczenia się z rolą na obszarze poradzieckim gracza strategicznego, jakim pozostaje Federacja Rosyjska. Dlatego warto zastanowić się nad słowami Iana Kearnsa, dyrektora Europejskiej Sieci Przywództwa (European Leadership Network), który twierdzi, że europejscy przywódcy muszą „odrzucić retorykę cywilizacyjnego wyboru i podziału wewnątrz Europy i przejść do koncepcji Wielkiej Europy, niezależnej i obejmującej nie tylko Ukrainę, ale też Rosję i Turcję”. „Partnerstwo Wschodnie” zaś przejdzie do historii co najwyżej jako partnerstwo Brukseli z Kiszyniowem, jeśli władze mołdawskie nie przemyślą w swoim czasie jeszcze raz rachunku zysków i strat, jak uczynili to Ukraińcy i Ormianie.

Fot. spontaneousfinance.com

_____________________________________________
1. http://www.geopolityka.org/komentarze/2362-partnerstwo-wschodnie-5-lat-porazki; http://www.geopolityka.org/komentarze/908-geopolityczne-podloze-partnerstwa-wschodniego

Czytany 3482 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04