czwartek, 28 styczeń 2010 08:45

Amal El-Maaytah: Jemen - Raj utracony

Oceń ten artykuł
(0 głosów)
alt alt Amal El-Maaytah
Jemen, kraina historyczna, którą w źródłach starożytnych można odnaleźć pod nazwą Arabia Felix – Arabia Szczęśliwa. Szczęśliwa, bo zielona, urodzajna, piękna, bogata. Dziś nikt już nie pamięta legend o Królestwie Saby, królu Salomonie i tamie M’arib. Ta kolebka cywilizacji arabskiej, przez którą przechodziły niegdyś największe szlaki handlowe prowadzące do Indii, kojarzy się obecnie ze szlakami…przemytników, żuciem Katu, terroryzmem i porwaniami zagranicznych turystów dla okupu. Coraz częściej Jemen nazywany jest państwem „upadłym”.
Przyszłość Jemenu stoi obecnie pod znakiem zapytania. Właściwie, tych znaków zapytania jest wiele: wojna, terroryzm, pogłębiające się ruchy separatystyczne, problemy gospodarcze i demograficzne – wymieniać dalej? Nie dość, że wszystkie te czynniki, to dla każdego rządu na świecie puszka Pandory, to w Jemenie, owo połączenie może stać się mieszanką wybuchową, swoistym koktailem Mołotowa, których na Bliskim Wschodzie i w pobliżu jednak nie brakuje. Co jednak wyróżnia ten kraj na tle innych, to niestety przytłaczająca bieda - w 2009 r. PKB tego kraju wynosiło 2,335 USD, w rankingu UNDP (Human Development Index) Jemen znalazł się na 134 miejscu.
 
 
I choć 75% wszystkich swoich dochodów kraj ten czerpie ze złóż ropy, te życiodajne żyły powoli się kończą, a populacja kraju za kilkanaście lat osiągnie próg 40 mln. ludzi (przyrasta ona o 3% rocznie!).  W kraju, którego ludzie są bardzo mili, otwarci, ciepli i gościnni, szerzy się przemoc, która wynika przede wszystkim z biedy, braku perspektyw, frustracji i anarchii. Do niedawna, zanim w mediach nazwa tego kraju zaczęła pojawiać się obok nazwy pewnej znanej międzynarodowej organizacji terrorystycznej, kraj ten znany był z porwań dla okupu. I bynajmniej nie miały one podłoża politycznego, lecz stanowiły (i stanowią również dziś) alternatywne źródło dochodu w regionach górzystych, mało dostępnych i niekontrolowanych przez władzę centralną. Ponadto, porwania są sposobem na załatwiania plemiennych konfliktów i napięć. Jest to zwyczaj tak stary, jak arabska cywilizacja. Różnica jednak między starożytną Arabią, a dzisiejszym Jemenem polega jednak na tym, że dzisiejsi „beduini” są uzbrojeni po zęby radzieckimi kałasznikowami. Dużo silniejsze od jakichkolwiek nakazów prawa konstytucyjnego są reguły panujące od pokoleń wśród lokalnych plemion. To właśnie tradycja, zwyczaj, prawo plemienne z domieszką prawa muzułmańskiego stanowią reguły gry, według których działają mieszkańcy terenów wiejskich i małych miast. Dlatego też prezydent- Ali Abdullah Saleh – pomimo największych chęci – nie potrafi całkowicie kontrolować tego, co dzieje się w jego kraju, a jego obietnica zwalczenia Al.-Kaidy w Jemenie wydaje się być złudna i służąca innym celom.
 
 
Sa’ada
Objawem takowej właśnie nieumiejętności jest wojna domowa w górzystej Sa’adzie, niedaleko granicy z Arabią Saudyjską. To tam, na północy kraju, od pięciu lat rząd próbuje pokonać zajdyckich rebeliantów, którzy – jak twierdzą Saudyjczycy – podżegają do buntu żyjących w sąsiednim kraju szyitów. Niektórzy twierdzą, że jest to konflikt religijny – między sunnitami (Arabia Saudyjska), a szyitami (zajdyccy rebelianci z plemienia Houthi). Inni mówią, że jest to poletko doświadczalne dla Arabii Saudyjskiej i Iranu, które wspierają swoje grupy interesów. Jeszcze inni, podtrzymują tezę o walkach plemiennych, które są nieodłącznym elementem krajobrazu tego pięknego kraju. Konflikt w Sa’adzie jest połączeniem wszystkich tych elementów.
 
 
W 1962 roku rewolucja w Jemenie zakończyła trwający ponad 1000 lat okres panowania zajdyckich imamów, którzy utrzymywali, że pochodzą w prostej linii od Proroka Muhammada. Zajdyzm jest szyicką odmianą islamu, mimo iż w dużej mierze praktyki religijne bardziej przypominają islam sunnicki. Miasto Sa’ada na północy kraju stanowiło ich główny fort, a od czasu upadku imamatu, region był w dużej mierze ignorowany i zaniedbywany przez władze centralne. Podczas wojny domowej w 1994 roku, wahhabici (ortodoksyjny odłam sunnickiego islamu) z Arabii Saudyjskiej pomagali władzom Jemenu w pacyfikacji secesyjnego Południa. Od tamtej pory zajdyci narzekają na to, iż władze pozwoliły wahhabitom zbyt intensywnie ingerować w wewnętrzne sprawy kraju. Sama zaś Arabia Saudyjska obawia się, że owa szyicka „sekta”, może stać się przyczyną problemów z saudyjskimi szyitami. Dlatego też coraz głośniej oskarża Iran o wspomaganie szyitów w Jemenie, na co Teheran odpowiada w typowy dla siebie sposób - ani nie potwierdzając, ani nie przecząc. W 2004 roku konflikt stał się intensywniejszy ze względu na rządową próbę aresztowania zajdyckiego przywódcy duchowego - Hussejna al.-Houthiego, byłego parlamentarzysty, za którego głowę ogłoszono nagrodę w wysokości 55 tys. USD. Al.-Houthi został zabity podczas ataku na wioskę, w której się ukrywał. Obecnie, przywódcą rebeliantów jest Abdulmalik al.-Houthi. W mediacji pomiędzy stronami konfliktu próbowały pomóc kraje Zatoki Perskiej, którym zależy na tym, by ich sąsiad nie prowadził regularnej wojny. Za pomocą Kataru podpisano w 2008 roku układ pokojowy, który jednak nigdy nie wszedł w życie. W sierpniu zeszłego roku, Arabia Saudyjska zaczęła ostrzeliwać Sa’adę ze swojego terytorium twierdząc, że Houthi atakują ich granicę.
 
 
Al.-Kaida
Teraz władze wypowiedziały nową wojnę starym wrogom - Al.-Kaidzie, bo to właśnie przez nią nazwa Jemen pzekazywana jest ostatnio z ust do ust przez pracowników Białego Domu. Jednakże, ani dla Białego Domu, ani dla Saleh al.-Kaida w Jemenie nie jest zjawiskiem nowym. Jednak ponieważ Jemen trawią wewnętrze problemy każdej możliwej natury, można porównać go do osłabionego organizmu, do którego chętnie i często lgną choroby.
 
 
Przygoda Jemenu z al.-Kaidą zaczęła się już w latach 80-tych, kiedy to ogromna liczba Jemeńczyków wzięła udział w antysowieckim dżihadzie w Afganistanie. Po zakończeniu wojny rząd jemeński zachęcał zarówno swoich obywateli, jak i obcych weteranów wojny w Afganistanie do osiedlania się w Jemenie. Wielu weteranów zostało zatrudnionych w służbach bezpieczeństwa.
 
 
Już w 1993 roku amerykański Departament Stanu zauważył, że Jemen stał się kluczowym przystankiem dla wielu bojowników, którzy opuszczają Afganistan. Raport, który dopiero niedawno został upubliczniony, stwierdza, że jemeński rząd albo nie chciał, ale nie umiał poradzić sobie z ich działalnością ekstremistyczną. Ekstremizm był zresztą nie tyle ignorowany, co wykorzystywany w polityce wewnętrznej kraju lat 80. i 90. do pokonywania wewnętrznej opozycji, a podczas wojny domowej w 1994 roku do walki z oddziałami Południa.
 
 
Po kilku poważnych atakach terrorystycznych na początku obecnej dekady – na amerykański niszczyciel USS Cole, czy francuski tankowiec MV Limburg - w Jemenie nastąpił okres relatywnego spokoju. Była to zdecydowanie zasługa „paktu o nieagresji” zawartego między rządem a ekstremistami, a także wzmożonej współpracy antyterrorystycznej na linii Waszyngton - Saana.  Jednakże zaledwie kilka lat później, zmiana pokoleń oraz wydarzenia międzynarodowe spowodowały silną radykalizację ekstremistów i bojowników różnej maści, którzy nie byli zainteresowani negocjacjami z rządem, który uważali za całkowicie nieprawowity i antymuzułmański, a na dodatek współpracujący z Zachodem. Ponadto, z więzienia uciekło kilku doświadczonych i niebezpiecznych działaczy, którzy jeszcze silniej wpłynęli na ideologię rodzącego się na nowo ekstremizmu. A za tym szły konkretne działania: w 2006 roku dwie bomby prawie w tym samym czasie wycuchły przy polach naftowych. Od tamtej pory ataki na rurociągi, czy nawet pracowników rafinerii mają miejsce regularnie i choć nie wszystkie te ataki przeprowadza al.-Kaida, to można powiedzieć, że ona właśnie wprowadziła ten „trend”. (Uważa się, że wieloma atakami stoją plemiona opłacane przez Arabię Saudyjską, która za wszelką cenę chce zniszczyć potencjał naftowy Jemenu.) W latach 2007 – 2009 częste były śmiertelne ataki na turystów. Od marca 2008 roku przemoc przeniosła się w kierunku stolicy, gdzie ostrzelano amerykańską ambasadę, jemeńskie budynki rządowe oraz osiedle zamieszkiwane przez obcokrajowców. To tylko nieliczne przykłady.
 

 
Jemeński ekstremizm
Warto także przypomnieć, dlaczego muzułamński ekstremizm znajduje w Jemenie tak podatny grunt. Otóż z pewnością można część zasług przypisać systemowi edukacji religijnej, który niegdyś był jedynym dostępnym, a po dziś dzień dla ogromnej części kraju stanowi jedyny rodzaj wykształcenia, szczególnie na terenach wiejskich. Politycznie zaś, wpływ na atrakcyjność ortodoksyjnego islamu miała także Arabia Saudyjska, która wspierała przywiązaną do religijności i religijnej tradycji Północ kraju. To wsparcie polegało nie tylko na pomocy finansowej udzielanej konkretnym plemionom i ich przywódcom, lecz także na zakładaniu i finansowaniu szkół i szkółek teologicznych, w których propagowano wahhabizm, czyli saudyjską i bardzo konserwatywną odmianę islamu. To właśnie te miejsca stały się zalążkiem pierwszych ruchów muzułmańskich w latach 70., które prócz ośrodków kultury i religii, stanowiły także punkty rekrutacyjne przyszłych mudżahedinów, którzy potem walczyli w Afganistanie. Prezydent Ali Abdullah Saleh, który w owym czasie usilnie próbował wzmocnić swoją pozycję, wspierał islamskie ugrupowania i umacniał ich pozycję w kraju.
 
 
Po zjednoczeniu kraju w 1990 roku, wpływ ugrupowań muzułmańskich wzrósł. Południe stało się dzikim, jeszcze nie podbitym terenem, na którym do tej pory nauczano jedynie marksizmu, a na którym teraz wahhabici z Północy pojawili się, by szerzyć swoje nauki. W tym samym czasie do kraju wracali przesiąknięci muzułmańską ideologią weterani z Afganistanu. Wielu z nich zajęło się po powrocie do kraju polityką, zasiadło w parlamencie, czy przebiło do slużb bezpieczeństwa. Wśród nich znalazł się np. Abd al.-Madżid al.-Zindani, jeden z założycieli partii Islah, założyciel Uniwersytetu al.-Iman w Saanie. Partia Islah stała się dominującą siłą polityczną po zjednoczeniu kraju i była połączeniem konfederacji plemion Haszid, Bractwa Muzułmańskiego i ludzi biznesu. Jednak choć oskarżano ją o związki z al.-Kaidą, najbardziej radykalne jemeńskie ugrupowania nie uznały jej jako swoją polityczną reprezentację, odrzucając zarówno jej program, jak i autorytet całej władzy centralnej w kraju. Powstały w związku z tym niezależne grupy i bojówki, wśród których jako główne można wymienić Islamski Ruch Dżihadu oraz Muzułmańską Armię Aden-Abyan. To właśnie te grupy odpowiedzialne były za dużą częśc porwań zagranicznych turystów i ataki na obiekty rządowe w kraju. Ze względu na powiązania niektórych członków z Osamą bin Ladenem, twierdzi się, że grupy te mają silne związki z al.-Kaidą.
 
 
Wpływy zewnętrzne
Położony na skraju Półwyspu Arabskiego kraj, stał się miejscem, na którym swoje walki toczą także inne kraje, np. Arabia Saudyjska, której cień rzuca się na codzienne życia polityczne Jemeńczyków. Od dawien dawna oba kraje zaangażowane były w kłótnie o tereny graniczne, roponośne ziemie oraz ideologię. Saudyjskie wpływy w kraju przybrały formę pomocy materialnej skierowanej wobec przywódców plemiennych i wypędzonych liderów opozycji. Jemen, w którym żyją zarówno szyici, jak i sunnici, stał się także obiektem ideologicznej indoktrynacji ze strony saudyjskich konserwatywnych wahhabitów (sunnitów). Za czasów podziału na Jemeńską Republikę Arabską (JRA, czyli Północ ze stolicą w Sa’anie) i Ludowo-Demokratyczną Republikę Jemenu (LDRP, czyli Południe ze stolicą w Adenie), Arabia Saudyjska obawiając się rosnącej w siłę Północy, celowo kłóciła ze sobą tamtejsze największe rody i plemiona, chwiejąc tym samym równowagę sił. Podobnie zresztą działo się na Południu, gdzie kwitło niezależne marksistowskie państewko, którego opozycję bardzo chetnie wspierał sąsiad z Północy. Owe napięcia, pomimo finansowych zastrzyków fundowanych przez Rijad najbardziej wpływowym klanom (a nie rządowi centralnemu), były odczuwalne także po zjednoczeniu kraju w 1990 roku. Jednakże miara przechyliła się rok później, po irackiej inwazji na Kuwejt. Jemen wyraźnie sprzeciwiał się jakimkolwiek militarnym krokom wobec Saddama Husejna, co silnie zatruło relacje. Jemeńscy pracownicy zostali wydaleni z Arabii Saudyjskiej, a pomoc finansowa została wstrzymana. Wkrótce w Jemenie wybuchła wojna domowa, w której nieoficjalnie Saudyjczycy wspierali Południe, co było celowym zagraniem w celu zdestabilizowania władzy centralnej.
 
 
Wydobywanie ropy to kolejna kość niezgody pomiędzy dwoma krajami. Saudyjczycy wielokrotnie wywierali wpływ na zachodnie koncerny naftowe, by nie inwestowały one w Jemenie. Twierdzi się, że wiele z ataków przeprowadzonych na rury naftowe w Jemenie to sprawka Rijadu.
 
Wydaje się, że Arabia Saudyjska bezwzględnie dąży do tego, by utrzymać Jemen w swojej orbicie wpływów i na rękę są dla niej wszelkie objawy destabilizacji i chaosu w kraju, który jeśli pozostanie pogrążony w anarchii, zawsze będzie potrzebował opiekuna, jakim chętnie widzi się Rijad. Silny Jemen, to Jemen bogaty w ropę, niezależny, o dużo bardziej liberalnym nastawieniu do szariatu i praw kobiet. Taki scenariusz Saudyjczycy najprawdopodobniej chcą wykluczyć.
 
 
Prócz Rijadu, Jemen musi zmierzyć się z jeszcze jednym przeciwnikiem, który pomimo geograficznej odległości, żywo interesuje się wewnętrznymi sprawami tego kraju. Od czasu ataków na USS Cole w 2000 roku, Jemen stanął przed bardzo trudną kwestią dotyczącą tego, w jak dużej mierze jest w stanie współpracować z Waszyngtonem, a jak bardzo może go od siebie dystansować. Tuż po wymienionych atakach, kraj ten całkowicie zaprzeczał, jakoby istniały jakiekolwiek powiązania z al.-Kaidą i niechętnie zaoferował współpracę amerykańskim ekspertom, którzy przyjechali zbadać sprawę. Wsparcie było tak drobne, że Waszyngton zawiesił nawet program współpracy wojskowej.
 
 
Realia zmieniły się jednak drastycznie po 11 września 2001. W Stanach Zjednoczonych wypowiedziano wojnę globalnej siatce teroorystycznej kryjącej się pod nazwą al.-Kaida. Dla Sa’any oznaczało to, że może znaleźć się na liście państw – celów, które stanowią wylęgarnię terrorystów. Nauczony wcześniejszymi doświadczeniami i obawiający się wrogości Waszyngtonu prezydent Ali Abdullah Saleh, wbrew nastrojom panującym w rządzie, postanowił obiecać USA swoją pełną wpsółpracą i zaangażowanie w zwalczanie terroryzmu. W zamian za to otrzymał zapewnienie, że: A – Jemen nie stanie się amerykańskim celem, oraz B - że kraj otrzyma dodatkową pomoc rozwojową.
 
 
Decyzja, jaką podjął prezydent niosła ze sobą konkretne, trudne konsekwencje. Chodziło przede wszystkim o niechęć, jaką społeczeństwo jemeńskie pałało wobec Stanów Zjednoczonych. Negatywny wizerunek tego kraju zdołał się utrwalić w wyobrażeniach Jemeńczyków poprzez konflikt palestyńsko-izraelski, pierwszą wojnę w Iraku, a następnie  inwazję na Afganistan, który dużą część Jemeńczyków własnoręcznie wyzwalała spod okupacji radzieckiej. Ponadto, Saleh podjął się zadania wyplenienia z Jemenu Al.-Kaidy, czym właściwie szedł na rękę zarówno USA, jak i swojemu krajowi. Gdyby nie ta obietnica, kolejnym krajem, do którego wkroczyć mogłyby US Marines, byłby być może Jemen.
 
 
I choć wojska amerykańskie wkroczyły do Jemenu, to jednak tylko po to, by asystować oddziałom jemeńskim w ich walce z terroryzmem. Miały one za zadanie koordyować i asystować jemeńskim służbom specjalnym. Z raportów na temat współpracy wynika, że Jemeńczycy zostali wyszkoleni w działaniach antyterrorystycznych. Amerykanie zasponsorowali także systemy monitoringu na lotniskach i przejściach granicznych. Mówi się także o ponad 3 tys. wyszkolonych przez Amerykanów żółnierzach, którzy zostali wysłani w trudne wiejskie rejony kraju, by móc ścigać terrorystów. Wszystko to jednak działo się bez zbytniego upubliczniania amerykańsko- jemeńskiej współpracy. Wiadomość o obecności jakichkolwiek obcych oddziałów na terenie kraju mogłaby doprowadzić do wewnętrznego kryzysu, zamieszek, a nawet prób przewrotu. Ponadto, świadomość obecności amerykańskich wojsk działa przyciągająco na bojowników al.-Kaidy z całego świata: w 1992 roku bowiem bojownicy zbombardowali hotel w Adenie, w którym zamieszkiwały amerykańskie oddziały kierujące się do Somalii. Podobnie było z tankującym w Adenie USS Cole, który został zaatakowany przez zamachowców-samobójców. Dlatego też informacje na temat Amerykanów pomagających Jemeńczykom w zwalczaniu bojowników al.-Kaidy są skrzetnie ukrywane, czasami zaś podawane są informacje sprzeczne, żeby zmylić potencjalnych zamachowców.
 
 
Polityka prezydenta Saleha wydaje się być pod tym względem dobrze przemyślana. Polega ona również na tym, by obwiniać bojowników islamskich za konieczność obecności amerykańskich wojsk z powodu ataków na zachodnie cele. Wytyka on palcami konkretne plemiona i ich przywódców, mówiąc, że to, co się dzieje w Jemenie nie tylko wpływa negatywnie na sytuację na świecie, ale przede wszystkim na politykę wewnętrzną kraju. To właśnie dlatego obce rządy wtrącają się sprawy kraju. Saleh chce załagodzić społeczne nastroje, u których podłoża leży wrogość wobec USA oraz, co za tym idzie, coraz mniejsze wsparcie dla jego rządu. Inna metoda zakłada bezpośrednią krytykę amerykańskiej polityki w Palestynie i Iraku. Utrzymanie takiego zdrowego dystansu pozwala utrzymać wiarygodność rządowi i prezydentowi.
 
 
Rząd wykorzystuje swobodę, jaką zyskał dzięki walce z al.-Kaidą na Półwyspie Arabskim, by zdyscyplinować wojujące i niepokorne jemeńskie plemiona. Wojska ingerują w wewnętrzne sprawy plemienne, rząd wydalił tysiące obcokrajowców, a kilkuset Jemeńczyków i obcokrajowców aresztowano i przetrzymywano w więzieniu. Te aresztowania wywołały oburzenie wśród organizacji broniących praw człowieka, które twierdzą, że wiele osób przetrzymywanych jest bezprawnie, przez dłuższy czas i w dodatku bez postawienia im zarzutów. Ponadto, owe masowe aresztowania doprowadziły do podkładania bomb pod prywatne domy i budynki Organizacji Bezieczeństwa Politycznego w Sa’anie w 2002 roku. Grupa, która nazwała się „Sympatykami al.-Kaidy” wzięła odpowiedzialność za te zamachy i zażądała wypuszczenia 173 więźniów. Sądząc jednak po tym, że bomby wybuchały bardzo wcześnie rano, kiedy nikogo jeszcze nie było w biurach i że liczba ofiar jest stosunkowo niska, wydaje się, że „Sympatycy al.-Kaidy” składają się z członków plemion, którzy próbują jedynie uwalnić z więzienia swoich krewnych.
 
 
Splot ostatnich wydarzeń, a więc próba zamachu samobójczego w samolocie lecącym do Detroit przeprowadzona przez Nigeryjczyka, który jak się okazało szkolony był w Jemenie oraz słuchy o odrodzeniu się al.-Kaidy na Półwyspie Arabskim właśnie w Jemenie, sprawiają, że widmo coraz groźniejszych i wzmożonych ataków jest coraz bliższe. Powtarza się scenariusz sprzed kilku lat - Saleh obiecuje światu rozprawić się z terrorystami i w tym celu bombarduje wioski, gdzie rzekomo ukrywają się bojownicy. Wielka Brytania odwołuje loty do Jemenu, co zwiększa napięcie panujące w szeregach najwyższej władzy. Czy wobec podwyższonego stanu zagrożenia, które tak naprawdę istaniało od co najmniej 10 lat, prezydent Obama zdecyduje się na ostateczność, czy pozwoli by Jemen sam się zmagał z wewnętrznymi problemami, które wylewają się jednak daleko poza grancie tego kraju?
 
 
Nie ma gotowej odpowiedzi na te pytania. Jemen jest bardzo specyficznym krajem, o krótkiej hisotorii rządów centralnych. I pomimo iż może pochwalić się parlamentaryzmem i wyborami, obywatele związani są zupełnie innymi relacjami niż własne preferencje polityczne. W kraju nie ma tradycji parlamentaryzmu, istnieje zaś bardzo silna tradycja posłuszności plemiennej i klanowej. Nawet prezydent kraju, Ali Abdullah Saleh kieruje się właśnie zasadami lojalności plemiennej, otaczając się krewnymi z plemiennej konferederacji Haszidów. Jednym daje więcej niż innym, przez co komplikuje i tak już mocno zagmatwany krajobraz polityczny kraju. Być może, jedyne, co świat może w tej sytuacji zrobić, to delikatnie stąpać po bardzo kruchym lodzie i finansować reformy w kraju. Jednak, aby taka pomoc przyniosła jakiekolwiek efety, musi ona być wzmożona, skoncentrowana i dobrze wycelowana, a więc skupiać się na głównych przyczynach problemów: edukacji, gospodarce i szwankującym systemie polityczno-społecznym. Montowanie kamer na lotniskach i szkolenie żołnierzy w kwestii wychwytywania potencjalnych terrorystów nie wystarczy, bo jak widać, nie przyniosło ono oczekiwanych rezultatów, a być może pogorszyło sytuację.
 
Artykuł pochodzi ze strony Miesięcznika Stosunki Międzynarodowe
redagowanego przez Instytut Badań nad Strosunkami Międzynarodowymi.
Czytany 8427 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 10 marzec 2016 18:32