poniedziałek, 16 listopad 2015 08:28

Aleksander Sewastianow: „Zyski” z przyłączenia się do wojny w Syrii

Oceń ten artykuł
(18 głosów)

Aleksander Sewastianow

Od kiedy Rosja włączyła się do kolejnego konfliktu na Bliskim Wschodzie i zaczęła bombardować Syrię precyzyjnymi pociskami dalekiego zasięgu, aby zniszczyć Państwo Islamskie (PI), nazwane organizacją terrorystyczną, minęło niewiele czasu. Jednak polityczne zyski, widoczne w krótkiej perspektywie, są już dobrze widoczne.

Po pierwsze, notowania prezydenta Władimira Putina w Rosji poszybowały w górę do niebywałego poziomu 90%. Przycichli nawet najbardziej nieprzejednani krytycy W. Putina z obozu liberalnego. Rozumieją oni bowiem, że być jego przeciwnikiem oznacza obecnie sprzeciwienie się woli narodu, a to mogłoby być straszne.

Po drugie, Rosja utarła nosa Ameryce, pokazując jak trzeba walczyć i zwyciężać, przy okazji ukazując niemoc Baracka Obamy, ukazując go jako bezradnego demagoga.

Po trzecie, pokazaliśmy całemu światu nasze wspaniałe uzbrojenie, zmuszając wielu do refleksji, że z nami lepiej się przyjaźnić niż kłócić. Szczególne wrażenie wywarło wystrzelenie pocisków z okrętów znajdujących się na M. Kaspijskim, które są w stanie trafić w cel oddalony o 1500 km z dokładnością do 2 metrów.

Po czwarte, niedbałym ruchem ręki usunęliśmy z porządku dnia sprawę przynależności Krymu, a i w dużej mierze „kwestię ukraińską”, niczym uwierającą nas drzazgę. Europa szybko zrozumiała, kto jest kim w świecie realnej polityki. Znane francuskie wydawnictwo Larousse umieściło w encyklopedii Krym jako część Rosji, a były włoski przywódca Silvio Berlusconi odwiedził półwysep, ignorując protesty Ukrainy. Izolacja polityczna Rosji została przerwana. Europejczycy zaczęli mówić o zniesieniu sankcji. David Cameron zamarzył o spotkaniu z W. Putinem w formacie G-20. W pełnej krasie objawiło się malejące znaczenie Petra Poroszenki z jego pretensjami…

Po piąte, wewnątrz Rosji wzmocniono kontrolę nad imigrantami szczególnie „etnicznymi muzułmanami” (określenie Gejdara Dżemala). Pojawiły się patrole kozackie na ulicach Moskwy a środki masowego przekazu zmieniły ton. To wszystko jest zaledwie wierzchołkiem góry lodowej. Rzecz jasna, problemów przybyło Nikołajowi Patruszewowi i Aleksandrowi Bortnikowowi (odpowiednio: sekretarz Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, dyrektor Federalnej Służby Bezpieczeństwa Rosji – przyp. tłum.). Jednak zwykli obywatele Rosji mogą mieć nadzieję na bardziej sensowną politykę migracyjną władz. Nie daj Boże, żeby samobójcze doświadczenia Europy w tym względzie stały się naszym udziałem.

Po szóste… Zresztą nie będę szczegółowo wyliczał wszystkiego, co się nam wmawia ze wszystkich ekranów i stronic massmediów. Szczerze cieszę się z sukcesów W. Putina i Rosji i jestem dumny ze wszystkiego, z czego tylko można być dumnym w zaistniałej sytuacji.

Jednakże do pisania tego artykułu zmusiła mnie nie radość i duma. Lepiej porozmawiajmy o obawach i wątpliwościach, które nasuwa nie wspaniała, krótkoterminowa perspektywa, lecz ta daleka, mglista. Przecież nie ten jest przyjacielem, kto nam słodzi, raczej ten, kto powie prawdę. Zatem, co budzi moje obawy i wątpliwości?

1. Przede wszystkim całościowa interpretacja dzisiejszych wydarzeń na Bliskim Wschodzie i w Afryce Północnej jest w Rosji błędna. Oficjalnie pisze się o Państwie Islamskim, jak o jakiejś „organizacji terrorystycznej”. To po prostu śmieszne.

Jeśli spojrzeć na mapę, to może rzeczywiście tak się wydawać, ale wystarczy tylko popatrzeć na sprawę z lotu ptaka. W większych wymiarach czasowych i przestrzennych, od razu staje się jasne, że przed nami kolejna faza półtoratysiącletniego konfliktu trzech megacywilizacji: zachodnioeuropejskiej, chińskiej i islamskiej [1]. Państwo Islamskie, ten nowy kalifat – to w odróżnieniu od, powiedzmy Al-Kaidy, nie jakaś „organizacja”, a po prostu marzenie o jakimś globalnym rewanżu całego świata islamskiego, od XVIII w. zepchniętego na historyczną bocznicę. Wracają myśli do czasów, gdy kalifowie podbijali glob ziemski, tworząc imperium islamskie, a nauka i sztuka islamu (w tym również sztuka życia) porażały świat swoimi osiągnięciami. Zamkniętej Europie było do nich bardzo daleko. Muzułmanie z całego świata zazdroszczą swoim przodkom wspaniałej przeszłości i marzą o jej powrocie. Obserwując rzucający się wszystkim w oczy, upadek moralny cywilizacji europejskiej i wyrodzenie się chrześcijańskiej demokracji w dyktaturę mniejszości, mają nadzieję, że dadzą światu alternatywę. Niosą ją z sobą nauki Proroka i prawo szariatu. Muzułmanie występują tym samym w roli zbawców i dobroczyńców, oczyszczających świat z brudu. Trudno z tym dyskutować, zbyt wyraźnie to widać.

My, Rosjanie, sami widzimy całą moralną niegodziwość i sprzedajność Zachodu. Wszystkie autentycznie europejskie wartości, w których Rosjanie w XVII–XIX w. byli zakochani, z którymi się utożsamiali – zwyrodniały a dziś zostały ostatecznie zdradzone. Powojenna Europa, zapominając o Bogu w ciągu ostatnich 70 lat została przenicowana, obrócona w swoje przeciwieństwo…

PI w ten sposób staje się także globalnym projektem moralnym. Atrakcyjnym i dającym nadzieję nie tylko muzułmanom, ale i wielu innym, rozczarowanym przez Zachód Europejczykom i nie tylko.

Właśnie w tym tkwi sekret błyskawicznego sukcesu PI, które w krótkim czasie opanowało ogromne terytoria i zasoby, zmobilizowało pod swoje sztandary miliony mężczyzn i kobiet z różnych krajów. Zawiesiło na cienkim włosku los „marionetkowych reżimów” w Syrii i Iraku. Ten triumfalny pochód bierze się z bezinteresownego i spontanicznego poparcia, którego świat islamski gotów jest udzielać PI, wychodząc nie z materialistycznych, a z idealistycznych pobudek światopoglądowych.

Wojna między cywilizacjami islamską i zachodnią – to w żadnym razie nie nasza, nie rosyjska wojna. Włączenie się do niej nie ma dla nas moralnego usprawiedliwienia. Ani u jednej, ani u drugiej strony nie widzę wartości, za które powinniśmy się bić i umierać, czy poświęcać nasze dzieci.

Tu chodzi jeszcze o coś innego – wojnę można zacząć, jeśli jest się przekonanym o zwycięstwie. Czy takie przekonanie istnieje w tym przypadku?

Można pokonać organizację terrorystyczną wybijając jej ludzi i pozbawiając ją bazy materialnej. Lecz czy bomby i rakiety mogą pokonać marzenia i nadzieję, które żywi około 1,75 miliarda ludzi (jeśli liczyć tylko muzułmanów)? To jest pierwsza moja wątpliwość.

2. Podstawa demograficzna Państwa Islamskiego

Prawie co czwarty mieszkaniec Ziemi to muzułmanin. Najwięcej z nich zamieszkuje Azję (1,79 mld), dalej Afrykę (ponad 518 mln), następnie Europę (ok. 50 mln). Warto zauważyć, że znaczenie muzułmanów w świecie z roku na rok niezmiennie rośnie.

Szczególnie jaskrawym przykładem wzrostu demograficznego jest Bliski Wschód i Afryka Północna. Właśnie tam wybuchła „arabska wiosna”, która płynnie przeszła w fazę wojny. Oczywiście nie można pominąć prowokacyjnej roli USA, które rozpoczęły wojnę w Iraku, zainspirowały przewrót w Libii i rzeź w Syrii. Odegrały one jednak tylko rolę detonatora. Przystawiły zapałkę do ogniska, które zostało ułożone bez ich udziału.

Weźmy chociaż te cztery kraje, które spłynęły krwią wiosną 2013 r. W Egipcie średni roczny przyrost liczby ludności wynosi 1,3 mln. Obecnie gęstość zaludnienia w dolinie Nilu (pozostałe rejony Egiptu to pustynia) osiągnęła 1700 osób/km2. Za rządów Hosniego Mubaraka liczba ludności prawie się podwoiła. W Tunezji od 1997 do 2010 r. liczba ludności wzrosła z 9,218 do 10,6 mln. Liczba ta wydaje się niewielka, ale należy pamiętać o znaczącej emigracji zarobkowej i wzroście liczby ludności w wieku przedprodukcyjnym. W Libii liczba ludności wzrosła od 1961 r. z 1,4 mln do 5,7 mln. Jemen odnotował roczny przyrost demograficzny na poziomie 3,8% – jeden z najwyższych na świecie! Tylko w ciągu dziesięciolecia 1986–1996 liczba ludności wzrosła tam z 9,27 do 16 mln.

Dziś na jedną kobietę w Maroku przypada 2,25 dzieci, w Tunezji – 2,45 dziecka, prawie tyle samo w Libii i Mauretanii. W Iranie – 3,5, w Kuwejcie i Zjednoczonych Emiratach Arabskich liczba urodzeń jest jeszcze wyższa, ponieważ władze do tego zachęcają. Liczba ludności krajów islamskich wciąż wzrasta. Cały sekret bliskowschodniego zrywu – nowej pasjonarności arabskiej, leży w tych liczbach. Co tu można powiedzieć? Przed nami typowy skok dialektyczny – przejście ilości w jakość.

Co się dzieje w dowolnej populacji biologicznej od szarańczy i lemingów do człowieka, kiedy ich liczba przekracza pewną masę krytyczną, kiedy wszystkie osobniki zaczynają odczuwać, że zrobiło się ich jakoś zbyt dużo na tym terytorium? Przyroda włącza wtedy mechanizmy regulacji demograficznych, spośród których dwa podstawowe to wojna i migracja. To proste prawo przyrody. Po raz kolejny jego działanie widzimy w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej. Nie jest to jednak wcale wewnętrzna sprawa tych krajów. My jesteśmy tylko świadkami początku procesu. Jeśli otworzyć granice przed tymi ludźmi, zaludnią cały świat, wypierając zmarginalizowanych gospodarzy, jak niegdyś Turcy Greków w Konstantynopolu-Stambule. Jeśliby zatrzasnąć granice, zamknąć muzułmanów w ich naturalnym areale prokreacji – zaczną oni bić się z sobą. Wybuchnie wojna wszystkich przeciwko wszystkim.

Drugi wariant już został zaprzepaszczony, jest nie do zrealizowania. Europejczykom nie starczyło rozumu ani woli czy siły, by przerwać migrację na terytorium Europy. Dlatego też, choć Bliski Wschód cierpi na gorączkę z powodu konfliktów, to główna wojna – wojna Zachodu z Islamem – dopiero nastąpi. Nie przypadkowo trafia się ona obecnie. Właściwie ona już trwa.

W konflikcie tym trudno będzie zwyciężyć, nie stosując zwyczajnego ludobójstwa, potępianego przez społeczność światową. Na miejsce kolejnej setki tysięcy zabitych zwolenników PI od razu pojawi się kolejna setka tysięcy bojowników zainspirowanych przez nadzieję i marzenia. A może dwie setki tysięcy...? Przed naszymi oczami kłania się przykład Afganistanu. Kraj walczy już przez około pół wieku, a liczba ludności wciąż rośnie! Rośnie dopóty dopóki Afgańczycy mają z kim wojować, kogo składać na ofiarnym stosie wojny. Będą to robić i wojna będzie trwać. Zwyciężyć Afganistanu w takiej sytuacji nie można. Doświadczyła tego Wielka Brytania, doświadczył ZSRR, teraz doświadcza Ameryka…

Afganistan jest tylko modelem tego świata i tej wojny, do której wszedł Zachód, a do którego obecnie wchodzi Rosja.

3. Jeśliby świat islamu był jednolity, zjednoczony, miałby ogólnie uznawanego przywódcę (wodza lub organizację, wszystko jedno), Zachód nie miałby w ogóle szans w tej wojnie. W najlepszym wypadku, biorąc pod uwagę jego osiągnięcia techniczne, w tym bombę atomową, mógłby mieć szansę na pyrrusowe zwycięstwo. W rezultacie, absolutnym liderem świata stałyby się Chiny. Rosja, będąca dla Chin niezbędną, miałaby mniejszą lub większą szansę na to, by schronić się pod chińskimi skrzydłami. Świat poszedłby dalej swoją drogą, bez Europeidów, którzy prawie zniknęliby jako rasa, jeśli nie uratowaliby się w Rosji.

Jednak świat Islamu jest poróżniony politycznie i religijnie. Wszystkie próby przedsiębrane przez różne podmioty historyczne w postaci wzięcia na siebie roli lidera islamskiego, jedna po drugiej, kończyły się fiaskiem. Tej roli nie podołali ani ajatollah Ruhollah Chomeini, ani Saddam Husajn, ani Muammar Kadafi, ani H. Mubarak, ani dynastia Saudów… Teraz pojawiło się Państwo Islamskie – miraż, atrakcyjny może nie przez swoją osobowość (pełną przecież wad), ale jako idealny projekt bez odniesienia do osobowości liderów, których dodatkowo organizacja posiada wielu. Miraż ten zaczął łatwo pokonywać przeszkodę za przeszkodą, krusząc je jedną po drugiej.

Jedną z przyczyn takiego stanu rzeczy jest to, że projekt PI zorientowany jest głównie na sunnitów. To oni stanowią 83% wszystkich muzułmanów, absolutną większość w świecie. Ta większość naturalnie chce wskrzeszenia i triumfu kalifatu.

Oznacza to, że zabijanie mas szeregowych bojowników niczego nie da. Nie pomoże nawet zabijanie liderów, na miejsce których pojawią się następni, jak to miało miejsce z [rebelianckimi] dowódcami polowymi podczas wojny w Czeczenii i później. Znaczy to również, że tajnych i jawnych zwolenników PI będzie coraz więcej. Jak grzyby po deszczu, będą wyrastać wszędzie tam, gdzie mieszkają sunnici – w Europie, Ameryce, w Czarnej Afryce i rzecz jasna w Rosji, gdzie sunnici są w absolutnej większości wśród miejscowych muzułmanów.

Kto dziś powie, gdzie i w jaki sposób ci zwolennicy się pojawią, jeśli konflikt nabierze przewlekłego charakteru (nie łudźmy się, że będzie inaczej)?

Jeśli mam wątpliwości co do użycia przez USA lub Rosję broni jądrowej na Bliskim Wschodzie lub w Afryce Północnej, to nie mam ich co użycia przez zwolenników PI w Ameryce, Europie lub Rosji w postaci „brudnej bomby”, jeśli tylko wejdą w jej posiadanie. Mogą też uderzyć w elektrownie atomowe i tym podobne obiekty. Będzie mniej o 2 mld „niewiernych”. „Wierni”, którzy spłoną w atomowym kotle, dostaną się bezpośrednio do raju przed oblicze Allaha.

Pojawienie się „brudnej bomby” to tylko kwestia czasu [2]. Jeśli oczywiście w konflikt nie włączy się Pakistan, który posiada już „czystą” bombę atomową i także pretenduje do roli wszechislamskiego lidera.

4. Rosja z własnej woli włączyła się do pojedynku między Islamem i Zachodem. Wycofać się z niego z własnej woli nie może. Jak w tej anegdocie: „Wańka, złapałeś niedźwiedzia, to dawaj go tutaj! – Ale on nie chce mnie puścić!”

To nie będzie mała zwycięska wojenka. Nie możemy sobie pobombardować, a potem stanąć z boku, i z rękoma w kieszeniach patrzeć, jak wszystko się skończy. Nawet jeżeli ogłosimy pokój i opuścimy Syrię, nie będziemy już mieli ani pokoju, ani wybaczenia ze strony społeczności islamskiej, większość której nastawiliśmy przeciwko sobie. To smutne, dla mnie podwójnie, ponieważ jeszcze w połowie lat 1990’ obawiałem się podobnego rozwoju wydarzeń i przestrzegałem przed nim. W tekście pt. „Żywa tarcza lub sztuczki Czwartego Rzymu” w 1996 r. pisałem: „Okresowo nad ludzkością panuje pewne supermocarstwo, pretendent do światowego przywództwa. Również okresowo mamy gigantyczne kontyngenty relatywnie pokrzywdzonych przez los mas ludzkich o niskim szczeblu rozwoju. Pragnących ‘wszystko odebrać i podzielić’. Ironia historii polega na tym, że nieuniknione jest ostateczne zwycięstwo tych, którzy nie mają nic do stracenia i którzy mogą zdobyć cały świat, co właśnie robią. ‘Hunowie’ to pojęcie umowne, być może zjawisko narodowe, a może socjalne. Właśnie ‘socjalni Hunowie’ zburzyli kiedyś ‘Pax Moscoviana’, gdy tymczasem ‘Pax Romana’ zniszczyli Hunowie narodowi.

Dziś kolej na „Pax Americana” – świat Zachodu. „Złoty miliard” użytkujący 30% światowych zasobów i wydalających 40% światowych „odchodów”. To mizerne 5% ludności Ziemi dziś boi się nowych Hunów. Dzisiaj to z powodu Chin i świata muzułmańskiego drżą piloci morscy i nawigatorzy Zachodu. Szczególnie wiele strachu i nieprzyjemności dostarczają muzułmanie już od dawna – Żydom. Nie tylko w Izraelu, ale i w amerykańskiej cytadeli… Stąd głównym zadaniem strategicznym całego Zachodu jest odsunięcie od siebie islamskiego zagrożenia i skierowanie go na inny obiekt. Dla realizacji tego zadania nie szczędzi się sił ani środków. Wspierając chrześcijan z jednej strony, z drugiej muzułmanów w poszczególnych regionach świata (najlepiej jak najdalej od Izraela i Ameryki), ze wszystkich sił dąży się do tego, by konflikt między nimi był długotrwały. Jeszcze lepiej, by nigdy się nie skończył. Liban, Afganistan, Jugosławia, Irak, Karabach, Abchazja, Czeczenia, Tadżykistan to scena, gdzie pomyślnie rozgrywa się piekielny scenariusz. W większości przypadków Rosja już popełniła błąd i połknęła haczyk. Jej rola jako antyislamskiej ( a w przyszłości antychińskiej) tarczy Zachodu objawiła się wyraźnie jak jeszcze nigdy…”.

Przestrzegając przed sojuszem Rosji z USA i Izraelem przeciwko muzułmanom, stwierdziłem jednoznacznie: „Kontury takiego strategicznego sojuszu są bardzo jasne: ‘my’ będziemy umierać w walce z muzułmanami, a ‘oni’ będą za to dawać naszym władzom pieniądze i pilnować, żebyśmy nie uchylali się od walki. (…)

Kiedyś już, ‘jak posłuszni poddani’ trzymaliśmy tarczę między ‘dwoma wrogimi rasami: Mongołami i Europą’. Nie tak dawno jeszcze raz uratowaliśmy Europę – przed Adolfem Hitlerem. Może już wystarczy? Nie mamy już więcej zasobów ludzkich do wypełniania podobnych zadań. I nie jest to nasze zadanie! ‘Czwarty Rzym’ sam już nas zepchnął do rzędu ‘trzeciego świata’. Dziś naszym przeznaczeniem nie jest bycie ochroniarzami Zachodu! Wszystkie nasze waśnie z muzułmanami powinny zostać zakończone! Wszystko, co nasila pomiędzy nami różnice powinno zostać przekroczone i porzucone”.

Byłem wtedy w rozpaczy: widziałem, że świat zachodni ze wszystkich sił i wszelkimi sposobami wciągają nas w wojnę ze światem islamu a my posłusznie idziemy na ich smyczy wprost na rzeź. Zaczęło się od bezsensownej awantury w Afganistanie. Za czasów władzy radzieckiej przynajmniej zajmowaliśmy prawidłowe stanowisko w kluczowym punkcie świata – na Bliskim Wschodzie, gdzie staliśmy plecami do Izraela, z którym nie mieliśmy nawet relacji dyplomatycznych i staliśmy twarzą do świata arabskiego [3]. Za to prawie wybaczono nam nawet Afganistan. W Rosji jelcynowskiej priorytety zmieniły się radykalnie. Odwróciliśmy się plecami do Arabów, stanęliśmy twarzą do Izraela i od razu dostaliśmy w Czeczeni „bukiet Mudżahedinów” z różnych krajów. Wszystko rozwijało się według najczarniejszego scenariusza.

Jednak zdarzył się cud: w sprawę wmieszał się George W. Bush, oby żył wiecznie. Wepchnął Amerykę do wojny z Irakiem, a potem jeszcze z Afganistanem, kierując wszystkie strzały muzułmańskiej nienawiści, gniewu i zemsty na Zachód, na Stany Zjednoczone. Byłem wówczas szczęśliwy, odetchnąłem z ulgą. Rosja dosłownie została uratowana przez amerykańskiego, niezbyt mądrego prezydenta. Dostaliśmy wtedy szansę na przetrwanie. Otrzymaliśmy, korzystając ze starożytnej chińskiej strategii, możliwość przyjęcia pozycji mądrej małpy, która z wysokiej góry ogląda walkę dwóch tygrysów w dolinie.

Obawiam się, że obecnie przy dźwiękach fanfar tę szansę straciliśmy bezpowrotnie. Jest już za późno na roztrząsanie, jak dobrze by było dla nas patrzeć na walkę z góry. Niestety, nie wrócimy do szczęśliwego dnia wczorajszego.

Świat zachodni zaprzągł Rosję do swojego bojowego rydwanu. Ich marzenie się ziściło. Zacierają też ręce domorośli liberałowie, którzy jak, np. Grigorij Jawliński stanowczo żądali od Rosji (i osobiście od W. Putina), by wziął na swoje barki ciężar walki z PI. Tym samym zrobiliśmy Zachodowi ogromną przysługę, kierując na siebie strzały, podobnie jak w swoim czasie oddał nam przysługę G. Bush kierując je na Amerykę. Czy znaczy to, że płyniemy ze światem zachodnim w jednej łódce? Nie sądzę.

Nie liczę na wdzięczność Zachodu za jego uratowanie. Mamy wystarczająco dużo doświadczeń historycznych, żeby jej nie oczekiwać. Nieraz przecież występowaliśmy w roli wybawcy. Cóż jednak mieliśmy z tego, że zasłoniliśmy Europę przed Tatarami? Ruś Kijowską, korzystając z jej osłabienia, natychmiast zaczęli nękać nasi zachodni sąsiedzi. Co dostaliśmy za pobicie Napoleona Bonaparte? Wojnę Krymską, która nas upokorzyła i rzuciła na kolana. Za rozgromienie A. Hitlera? Zimną wojnę, która zakończyła się upadkiem ZSRR. Może już dość ratowania niewdzięczników?

Niestety… Mądra małpa to nie my. O tym co się dzieje z głupimi – lepiej nie myśleć.

5. Ameryka już próbowała sama utworzyć koalicję krajów Zachodu w celu zniszczenia PI i sukcesu nie odniosła.

Można pomyśleć, że bez interwencji Rosji wojna Zachodu z Islamem nabrałaby charakteru wojny ustawicznej. Do wzajemnego zniszczenia włącznie. Jedną z głównych tego przyczyn jest etnodemograficzna dysharmonia między ścierającymi się stronami, o czym wspomniano wyżej. Trzeba też pamiętać o niedostatecznym ciśnieniu demograficznym pośród narodów europejskich, w tym u Rosjan.

Spadek ciśnienia demograficznego jest nazbyt jaskrawy. Szczególnie widoczny w tym, że muzułmańscy imigranci zalewają dziś Europę potokiem, który wszystko zabiera po drodze. Przy tym Europejczycy nie mogą i powodowani własnymi kompleksami nawet nie chcą postawić temu potokowi twardej zapory. Już nie sprzeciwiają się swojej zgubie. Narody europejskie straciły swoje siły witalne. Pod demoralizującym wpływem pseudodemokratycznej i pseudohumanistycznej propagandy zanikł instynkt samozachowawczy i instynkt przedłużenia gatunku. Narody gniją za życia, niczym dotknięte trądem. W rezultacie ludność arabska Francji zbliża się do 20%, Turcy stanowią 10% ludności Niemiec, w Holandii działa równolegle do holenderskiej policja muzułmańska. W Wielkiej Brytanii istnieje ponad 400 organizacji muzułmańskich, w tym działające w Londynie międzynarodowe centrum islamskie, nie wspominając o nielegalnych imigrantach…

Przed nami – niewojskowe rozwiązanie zadań wojennych. To co widzimy, to nie żadna „migracja”. Europa dawno płaci daninę Trzeciemu Światu, do którego się tak bezmyślnie umizgiwała się przez cały XX wiek. Co najgorsze, cała ta sytuacja codziennie nęka świadomość Europejczyków, przybliżając ich do krachu egzystencjalnego.

Pasywność Europejczyków, ich niezdolność do odwrócenia trendu można łatwo wyjaśnić. Pasjonarność narodów wg Lwa Gumilowa, z powodu której kruszono tyle kopii, to sprawa bardzo prosta. Jest to historyczna właściwość hiperaktywności narodu, powstająca i zanikająca „w tajemniczy sposób”. L. Gumilow wysunął hipotezę o jej pozaziemskim pochodzeniu. Rozwiązanie zagadki leży w czynniku demograficznym. Pasjonarność pojawia się wyłącznie wtedy, gdy etnos ma okres wzrostu liczebności. Zanika, gdy następuje upadek demograficzny. Nigdy odwrotnie. Zrozumiałe jest w tym kontekście, dlaczego muzułmanie zwyciężają nawet bez wojny, a Europejczycy przegrywają, ustępują i wycofują się.

W rezultacie muzułmanie od dawna stanowią czynnik poważnie wpływający nie tylko na zewnętrzną, ale i wewnętrzną politykę krajów starego kontynentu. Nie zacząwszy nawet wojny, Europa już skapitulowała, tak więc nie ma co liczyć na szybkie i przekonujące zwycięstwo.

Sprawa ta jest aktualna także w przypadku Rosji. Aby zabezpieczyć swoją przyszłość, powinna zamknąć szczelnie granice, zerwać z globalizmem i postawić na autarkię oraz przestać prześladować nacjonalistów [5]. Rosja powinna zadbać o wzrost liczby swojej ludności na całym świecie. To jedyny łącznik i jedyna niezawodna rosyjska tarcza.

Co widzimy zamiast tego? Wg danych Międzynarodowej Organizacji Migrantów (MOM) Rosja ma drugie miejsce w świecie, po USA jeśli chodzi o przyjęcie gastarbeiterów… Czym to się może skończyć?

Rosja zajmuje 1/6 powierzchni Ziemi i posiada nieprzebrane bogactwa naturalne, zarówno kopalne, jak i te całkiem zwyczajne, ale niezbędne do życia: powietrze, wodę, ziemię, las. Broni tych wszystkich wspaniałości, wszystkich tych bogactw pierwszej potrzeby zaledwie 2% ludności ziemi. Pomyślmy: 2% kontra 98%, które chciałyby te nasze bogactwa „odebrać i podzielić”! 25% z nich to muzułmanie, którym dziś rzuciliśmy niewybaczalnie bezczelne, bezsensowne wyzwanie…!

Znów przypomnę: muzułmanie to nie przybysze z innej planety. Są nie tylko w pobliżu, ale i wewnątrz Rosji. Cały problem polega na tym, że my po prostu nie jesteśmy w stanie zastosować tych wszystkich naszych wspaniałych i przekonująco precyzyjnych rakiet dalekiego zasięgu w Niżnym Nowgorodzie, Kazaniu, Ufie, Groznym lub Machaczkale, lub nie daj Boże w Moskwie. W podobny sposób nie mogą użyć ich Anglicy w Londynie, Niemcy w Berlinie czy Francuzi w Paryżu. W rezultacie te stolice europejskie mogą być szantażowane przez etnicznych muzułmanów. Polityka wewnętrzna Wielkiej Brytanii, Francji, Niemiec itd. w niektórych sprawach zależy od przyjezdnych. A wkrótce zależeć będzie we wszystkich… Nie chciałbym, żeby Rosja powtórzyła ich drogę.

6. Wszyscy znają baśń braci Grimm o czarodziejskim garnuszku, który na prośbę zaczynał gotować kaszę. I oto już garnuszek pełen kaszy, a potem kaszy pełna kuchnia, dom, ulica… Żeby to przerwać, trzeba by, ktoś krzyknął: „Garnuszku, więcej nie gotuj!”

Garnuszek dzisiaj gotuje na Bliskim Wschodzie i w Afryce, gdzie poziom urodzeń jest już taki, że ludzka kasza wypełniła dom rodzinny i wylała się na ulice świata, zapełniając obszary niskiego ciśnienia demograficznego, jak to bywa w przyrodzie. Jednak demografia, jak to powiedziano wcześniej, to czynnik nie tylko migracji, ale i wojny. Dopóki w krajach islamskich będzie taka liczba urodzeń, jak dziś, liczyć na zaprzestanie wojny nie można. Ten pożar będzie płonąć, dopóki wkoło będzie paliwo.

Jeśli rządzący narodami Europy liczą, że obniżą to ciśnienie otwierając przed imigrantami wrota swoich krajów, to są w błędzie. Co więcej, swoim, „ludzkim” zachowaniem (w stosunku do przybyszów, lecz „nieludzkim” wobec swoich narodów prowokują tylko muzułmanów do rodzenia jeszcze więcej dzieci, bo przecież dzieci będą miały szanse przyzwoicie się urządzić w prosperujących krajach.

Europejczycy nie mogą kazać garnuszkowi, żeby przestał gotować. Mogą to uczynić tylko sami Arabowie. Jednak oni tego, oczywiście, nie zrobią, ponieważ dawno zdali sobie sprawę z uniwersalności i skuteczności nowoczesnej broni masowego rażenia – systemu reprodukcyjnego człowieka. Na względy i litość Europejczycy liczyć nie powinni. Ruszając drogą kapitulacji, wypiją do dna kielich przegranego.

Skoro Rosja włączyła się do wojny, to powinna zrozumieć, że będzie ona trwać nie tylko długo, a może i na zawsze. W przeciągu życia kilku pokoleń, co najmniej, zakończenia jej nie zobaczymy. Zachodzę w głowę, co teraz trzeba zrobić, żeby na serio wycofać się z tego konfliktu i odwrócić od nas jej niekończący się bieg. Jedyne niezawodne wyjście, które podpowiada logika, wygląda na nie do przyjęcia z punktu widzenia współczesnych zasad polityki. Mamy zatem związane ręce. Ciekawe, czy W. Putin wie, jak rozwiązać ten rebus…

7. Państwo Islamskie, to globalny projekt muzułmański. Nie ma sensu liczyć na to, że gdy zbombardujemy „organizację terrorystyczną”, resztę dokończy armia Baszara al-Asada, który przywróci pokój i porządek w Syrii. Podstawowy filar tego przywódcy – alawici – to w Syrii, kraju sunnitów, mizerna mniejszość. Alawici są traktowani tam jako odszczepieńcy i niewierni. Nawet jeśli za każdego zabitego alawitę przeciwnik zapłaci trzema swoimi zabitymi, ta równowaga doprowadzi do zniknięcia alawitów nie tylko jako klasy rządzącej, ale w ogóle, grupy etnicznej, jako subetnosu świata arabskiego. Ich zasoby ludzkie są ograniczone i nie mogą się w pełni odnawiać. Tymczasem syryjscy sunnici cały czas otrzymują posiłki z innych krajów i nie ma nawet ryzyka, że staną się mniejszością.

Rosyjska obecność wojskowa w Syrii uzasadniona jest ponoć zaproszeniem ze strony rządu syryjskiego. Po krótkiej fazie wojennej nadejdzie czas dla polityki pojednania narodowego i utworzenia koalicji rządowej. Mnie te wymówki do bólu przypominają o naszym byłym, tzw. „długu międzynarodowym” wobec narodu afgańskiego, jego rzekomo legalnego rządu na czele z Mohammadem Nadżibullahem, którego rzekomo nie mogliśmy pozostawić samemu sobie. Jego zwolennicy także byli w mniejszości. Wszyscy wiedzą, jak się to tam skończyło.

A jak się to skończy w Syrii? Czy zdołamy stamtąd odejść, jak z Afganistanu, i jakie będą konsekwencje takiego kroku? Nie wierzę, że w przypadku naszego wyjścia rząd B. al-Asada utrzyma się. Najpewniej spotka go los rządu M. Nadżibullaha, który ostatecznie, mimo pewnych kroków w kierunku np. uznania części zapisów prawa szariatu za obowiązujące na terenie państwa, został ostatecznie zgładzony przez Talibów w 1996 r. .

8. Reżim B. al-Asada bez Rosji nie zwycięży, jednakże nie oznacza to, że Rosja zwycięży razem z nim, bowiem na armię Syryjskiej Republiki Arabskiej w przypadku, gdyby Rosja odstąpiła od wojny, liczyć nie może. Co więc nas czeka w perspektywie długoterminowej?

W mediach pojawiają się różne głosy na ten temat. Nie będę cytował nieprzejednanych przeciwników W. Putina, jak Maksim Kałasznikow lub autorzy „Nowoj Gaziety”. Oto co pisze całkowicie lojalny główny redaktor „Russkoj narodnoj linii”, Anatolij Stiepanow: „Putin usiłuje nie dopuścić do wciągnięcia Rosji do wojny w niekorzystnych warunkach, a przynajmniej maksymalnie opóźnić początek wojny światowej”.

Niestety, rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Początek wojny, w której moglibyśmy w ogóle nie brać udziału, przybliżyliśmy na ile się dało. Warunkami, w ramach których będziemy musieli ją prowadzić, korzystnymi dla nas nazwać się nie da. Nie ma też co się łudzić, że wojna ta trwać będzie krótko. Dlatego bliższe mi jest stanowisko Stiepana Sułaszkina, pomimo różnicy zdań w innych kwestiach. Oto co pisze: „Włączanie się do wojny, jak w przypadku Afganistanu będzie dla naszego kraju brzemienne w skutkach i niebezpieczne. Dla Amerykanów jest bardzo korzystne, dlatego że będzie to jeszcze jeden czynnik, obok konfliktu w Donbasie i sankcji, powodujący wyniszczenie Rosji. Straty będą dotyczyć reputacji, geopolityki, kwestii materialnych, gospodarczych, psychologicznych, po ludzku rzecz ujmując” [5].

Sprawa nie ogranicza się do tych taktycznych rozważań. Krótkoterminowe korzyści z wojny w Syrii, o których mówiłem na początku, nie równoważą ryzyka i zagrożeń w długoterminowej perspektywie strategicznej przy uwzględnieniu podstawowych tendencji rozwoju świata.

Fot. onceuponatimeinthewest1.wordpress.com
Źródło: http://www.apn.ru/publications/article34283.htm
Tłum. Maria Rita Walczak. Skróty i redakcja: Geopolityka.org.

______________________________________

1. Szczegóły w książce: Aleksander Sewastjanow „Bitwa cywilizacji: sekret zwycięstwa” Moskwa, Kniżnyj mir, 2013.
2. Jak wiemy, niedawno udało się położyć kres próbie tranzytu wzbogaconego uranu na Bliski Wschód przez Mołdawię – chwała mołdawskiej służbie bezpieczeństwa. Ale to na pewno nie ostatnia próba…
3. Szczegóły w moim artykule „Konflikt na Bliskim Wschodzie – klucz do polityki zagranicznej Rosji” w książce: A.N.Sewastjanow „Czas być Rosjaninem”-M.2004
4. Rozbite, pozbawione możliwości rejestracji, rozdrobnione lub zakazane jako ekstremistyczne są wszystkie podstawowe organizacje nacjonalistyczne (Nowa Siła, NDP, DPNI, EPO „Russkije”(Ruch Przeciw Nielegalnej Imigracji; Zjednoczenie Etnopolityczne Rosjanie – przyp. tłum.). Osądzeni, siedzą w więzieniach lub oczekują na areszt większość ich głównych liderów (Biełow, Borowikow, Kryłow, Demuszkin i in.)
5. http://ruskline.ru/opp/2015/sentyabr/26/pryzhok_rossii_v_siriyu

Czytany 4490 razy Ostatnio zmieniany poniedziałek, 16 listopad 2015 09:47