wtorek, 06 maj 2014 06:08

Alain de Benoist: Ukraina: zimna wojna tak naprawdę nigdy nie zakończyła się

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

zimna_wojageopolityka  Alain de Benoist

Kwestia Ukrainy jest złożona i poważna (w innym czasie i okolicznościach mogłaby doprowadzić do wojny regionalnej, jeśli nie światowej). Jej złożoność polega na sprzecznych osądach na jej temat. W takich okolicznościach konieczne jest ustalenie, co w tej sprawie jest pierwszo-, a co drugorzędne. 

To, co uważam za najbardziej istotne, to istniejąca na arenie światowej walka o władzę. Walka pomiędzy tymi, którzy wspierają wielobiegunowość świata, wliczając w to mnie, oraz tych, którzy godzą się lub woleliby, by istniał zjednoczony świat jednobiegunowy, poddany dominującej ideologii liberalnego kapitalizmu. Zgodnie z pierwszym spojrzeniem cokolwiek umniejsza amerykańsko-zachodni wpływ na świat, jest pożądane, natomiast cokolwiek tę kontrolę zwiększa – złe.

Europa, porzucając obecnie chęć przejęcia kontroli i uniezależnienia się, sprawiła, że Rosja stała się oczywistą alternatywą dla amerykańskiej hegemonii, a przynajmniej istotnym wskaźnikiem ideologicznym dla liberalnego Zachodu. Stąd „zasadniczym wrogiem” dla niej jest właśnie Zachód.

Niemniej jednak nie współczuję zdymisjonowanemu prezydentowi Ukrainy. Wiktor Janukowycz był oczywiście wstrętnym człowiekiem, jak i mocno skorumpowanym despotą. Sam Władimir Putin zdał sobie z tego sprawę, co prawda zbyt późno. Ja też mam rezerwę wobec W. Putina, co nie zmienia faktu, że polityk ten jest rzecz jasna świetnym mężem stanu, znacznie przewyższającym europejskich czy amerykańskich przywódców. Jest również doświadczonym praktykiem sztuk walki, który podporządkował sobie zasady politycznego realizmu, lecz który również jest bardziej pragmatykiem niż ideologiem. To wszystko nie zmienia jednak faktu, że na chwilę obecną rewolucja kijowska służyła głównie interesom Stanów Zjednoczonych.

Nie wiem, czy Amerykanie zainspirowali czy też wspierali kijowską „rewolucję”, ponieważ wcześniej zafundowali różnym krajom „kolorowe rewolucje” (Ukraina, Gruzja, Kazachstan, etc.), dążąc do wywołania często nieuzasadnionego niezadowolenia w celu włączenia mieszkańców tych państw w gospodarczą i militarną orbitę Zachodu. Jakby to nie brzmiało, faktem jest, że Amerykanie wspierali te wydarzenia od samego początku i bez żadnych watpliwości. Nowy premier Ukrainy – Arsenij Jaceniuk – milioner, ekonomista i prawnik, który otrzymał zaledwie 6,9% poparcia w wyborach prezydenckich w 2010 r., został również pognany do Waszyngtonu, gdzie Barack Obama przyjął go w Gabinecie Owalnym. Zaszczyt ten jest zazwyczaj zarezerwowany dla głów państw. Z wyjątkiem nieprzewidzianych zwrotów, wydarzenia, które doprowadziły do brutalnego obalenia poprzedniego przywódcy Ukrainy w wyniku protestów na Majdanie, mogą zostać uznane za niepożądane dla wszystkich tych, którzy przeciwstawiają się hegemonii Stanów Zjednoczonych.

Wszędzie dają się słyszeć pogłoski o „powrocie zimnej wojny”. Powinniśmy jednak zadać sobie pytanie, czy tak w ogóle zimna wojna zakończyła się? W czasie ery radzieckiej Amerykanie prowadzili politykę, która pod pozorem antykomunistycznych założeń, zasadniczo była antyrosyjska. Koniec radzieckiego systemu nie zmienił niczego w dziedzinie geopolityki, a nawet sprawił, że jej fundamenty stały się bardziej oczywiste. Od 1945 r. Stany Zjednoczone starają się zapobiec ukształtowaniu się konkurencyjnej dla nich potęgi światowej. Unia Europejska, sparaliżowana i pozbawiona siły, nigdy nie przestała uważać Rosji za potencjalne zagrożenie dla swoich interesów. Po zjednoczeniu Niemiec, Unia zadecydowała, aby nie powiększać NATO o kraje Europy Wschodniej. W rzeczywistości stało się  zupełnie inaczej. NATO, które powinno przestać istnieć razem Układem Warszawskim, nie tylko dalej funkcjonowało, lecz co więcej zostało poszerzone o Polskę, Słowację, Węgry, Rumunię, Bułgarię, Litwę, Łotwę i Estonię – generalnie mówiąc – o sąsiadów Rosji. Cel zawsze był ten sam – osłabić i otoczyć Rosję przez destabilizację lub przez przejęcie kontroli nad krajami z nią sąsiadującymi. Wszystkie działania Stanów Zjednoczonych mają na celu zapobieżenie powstania jednego wielkiego „bloku kontynentalnego”. Amerykanie chcą tego dokonać, przekonując Europejczyków, że ich interesy są sprzeczne z rosyjskimi, podczas gdy tak naprawdę europejskie dążenia doskonale uzupełniają się z rosyjskimi. Dlatego „integralność terytorialna” Ukrainy znaczy dla USA więcej od historycznej integralności Rosji. Dla Amerykanów „powrót zimnej wojny” jest najbardziej pożądanym sposobem dla podporządkowania sobie Europy przez Waszyngton. Obecne negocjacje na temat projektu „wielkiego transatlantyckiego rynku” pomiędzy Unią Europejską a USA są kolejnym krokiem w tym kierunku.

Ukraińska komplikacja wynika z heterogenicznego charakteru opozycji wobec W. Janukowycza. Prasa zachodnia prezentowała ją generalnie jako „proeuropejską”, co oczywiście jest nieprawdą. Pośród oponentów byłego prezydenta Ukrainy ukształtowały się dwa trendy. Po jednej stronie znaleźli się zwolennicy rzeczywistego połączenia z Zachodem i wejścia do NATO pod kierownictwem Stanów Zjednoczonych. Po drugiej – znaleźli się zwolennicy powstania „ukraińskiej Ukrainy”, niezależnej od Moskwy, Waszyngtonu czy Brukseli. Jedyną cechą wspólną tych trendów jest całkowita niechęć do Rosji. Co więcej, protesty na Majdanie początkowo miały antyrosyjski charakter, zaś w tym kontekście „prorosyjski” był prezydent W. Janukowycz. Ukraińscy nacjonaliści, zorganizowani w ruchach „Swoboda” i „Prawy Sektor” są regularnie przedstawiani w prasie jako ekstremiści, cechujący się naonazistowskim sentymentem. Jako że nie jestem z nimi zaznajomiony, nie wiem czy to, co pisze prasa, jest prawdą. Niektóre organizacje ukraińskie wydają się rzeczywiście posiadać takie nastawienie, wyznając niepohamowaną i nienawistną formę ultranacjonalizmu, którą gardzę. Nie jest jednak pewne czy wszyscy Ukraińcy, którzy chcą uniezależnić się od Rosji i Stanów Zjednoczonych, podzielają tego typu odczucia. Wielu z nich walczyło na Majdanie. Nie czuli się zmanipulowani, walczyli z odwagą godną uznania. Pytaniem jest, czy nie zostaną oni pozbawieni swojego zwycięstwa przez „rewolucję”, której głównym efektem będzie zastąpienie „rosyjskiego wielkiego brata” jego amerykańskim odpowiednikiem.

Jeśli chodzi o Krym, w tym wypadku sprawy są dużo jaśniejsze i prostsze. Przynajmniej od czterech stuleci Krym był terytorium rosyjskim, zamieszkałym głównie przez Rosjan. Jest także siedzibą rosyjskiej floty, a Sewastopol zapewnia jej dostęp do mórz. Nie do pomyślenia jest, by W. Putin pozwolił na przejęcie kontroli nad tym regionem przez NATO. Nie musiał jednak się na to godzić, ponieważ, podczas referendum z 16 marca ok. 97% mieszkańców Krymu jednogłośnie wyraziło chęć przyłączenia Krymu do Rosji, a właściwie przywrócenia go do niej po tym, jak przypadkowo został od niej odcięty w 1954 r. decyzją Ukraińca – Nikity Chruszczowa. Tą decyzją wówczas Krym został administracyjnie przyznany Ukrainie w czasach radzieckich. Wtedy nie przyniosło to poważnych konsekwencji, mimo braku konsultacji całej sprawy z samymi zainteresowanymi. Jednak dzisiaj ważność głosowania z 16 marca, w połączeniu z osiemdziesięcioprocentową frekwencją, nie pozostawiają wątpliwości co do woli mieszkańców Krymu. W takich okolicznościach wspominanie o anszlusie Austrii, porównywanie go z radziecką  interwencją na Węgrzech w 1956 r. i w Czechosłowacji w 1968 r. są po prostu niedorzeczne i dają tylko upust wszystkim zarzutom, że referendum było „nielegalne”. „Rewolucja” z 21 lutego rzeczywiście położyła kres ukraińskiemu ładowi konstytucyjnemu i zastąpiła go władzą pretendenta do stanowiska prezydenta, co skutkowało w efekcie rozwiązaniem ukraińskiego Sądu Konstytucjonalnego. Dokładnie z tego powodu przywódcy Krymu, zorientowawszy się, że prawa tego autonomicznego regionu nie będą już dłuzej respektowane, postanowili przeprowadzić referendum w sprawie jego przyszłości. Nikt nie może posiadać zarówno władzy powstałej w wyniku złamania ładu konstytucyjnego, który uwalnia wszystkie podmioty społeczeństwa z konstytucyjnych ograniczeń, a jednocześnie odnosić swoje działania do tego samego porządku konstytucyjnego w celu stwierdzenia „nielegalności” krymskiego referendum. Łacińskie przysłowie mówi: „Nikt nie jest słuchany przez sąd, gdy powołuje się na własny występek” (Nemo auditur propriam turpitudinem allegans).

Amerykanie również pokazali, jak bardzo względnym jest ich zaniepokojenie „prawomocnością” działań parlamentu ukraińskiego na rzecz natychmiastowego wsparcia nowego rządu, wyłonionego w wyniku zamachu stanu z 21 lutego. Atakując Serbię, bombardując Belgrad w 2008 r., wspierając rozłam i doprowadzenie do niepodległości Kosowa, wypowiadając wojnę Irakowi, Afganistanowi oraz Libii, pokazali, w jaki sposób traktują prawo międzynarodowe i zasadę „nienaruszalności granic”, na które w efekcie Waszyngton powołuje się jedynie wtedy, kiedy mu to pasuje. Co więcej, wydawać by się mogło, że Stany Zjednoczone zapomniały już, że ich kraj powstał w skutek odłączenia się od Anglii, a także, że przyłączenie Hawajów do Stanów w 1959 r. nie było uprawomocnione żadnym traktatem.

Przywódcy europejscy i amerykańscy, którzy przyjęli stanowisko wyłącznych reprezentantów „międzynarodowej społeczności”, nie podważyli wyniku referendum, w wyniku którego kilka lat temu oderwano wyspę Majottę od Komorów i dołączono ją do Francji. Uznają też za fakt, że we wrześniu Szkoci będą głosować w referendum na temat niepodległości Szkocji. Dlaczego więc mieszkańcom Krymu odmawia się tych samych praw, co Szkotom? Komentarze europejskich i amerykańskich przywódców na temat „nielegalnej i bezprawnej” natury krymskiego referendum pokazują jedynie, że nie zrozumieli oni charakteru tego głosowania i nie uznali zasady prawa do samostanowienia ani też suwerenności ludu, które to pryncypia są fundamentami demokracji.

Zagrożenie „sankcjami” finansowymi i ekonomicznymi, którymi wymachuje Zachód, jest śmieszne. W. Putin miał rację, mówiąc otwarcie o swoim obojętnym podejściu do tej kwestii. Przywódca rosyjski wie, że Unii brakuje władzy, wspólnoty i chęci. Słusznie nie ufa krajom, które twierdzą, że będą „bronić praw człowieka”, jednak nie radzą sobie bez pieniędzy oligarchów. Jak powiedział Otto von Bismarck: „Dyplomacja bez armat jest, jak muzyka bez instrumentów”. W. Putin wie, że Europa rozpada się i że prowokować potrafi tylko na pokaz lub słownie, a Stany Zjednoczone same uważają całą sprawę za nieistotną („Pier...ć Unię Europejską” – powiedziała Victoria Nuland). W. Putin wie dokładnie, że jeżeli Unia naprawdę chciałaby „ukarać” Rosję, Zachód ukarałby sam siebie, wystawiając się na wielkoskalowy odwet, którego ceny na pewno nie chciałby zapłacić.

Należy pamiętać, że pochodzące z Rosji złoża ropy i gazu stanowią ok. 1/3 zaopatrzenia energetycznego dla 28 państw Unii Europejskiej, nie wspominając już o skali inwestycji europejskich, szczególnie niemieckich i brytyjskich, w Rosji. Dzisiaj można zliczyć przynajmniej 6000 niemieckich firm, aktywnych na rynku rosyjskim. We Francji minister spraw zagranicznych Laurent Fabius zagroził Rosji, że nie dostarczy jej dwóch okrętów desantowych typu Mistral, które obecnie są konstruowane w stoczni w Saint-Nazire. W kraju, gdzie żyje ponad 5 mln bezrobotnych, skutkiem byłaby strata tysięcy miejsc pracy. Co do Stanów Zjednoczonych, to jeśli chcą zamrozić rosyjskie aktywa zagranicą, to faktycznie same postawią się przed koniecznością spłaty tych kredytów, które amerykańskie banki udzieliły rosyjskim strukturom, a z kolei które mają być poddane potencjalnemu zamrożeniu.

Tłum. Marta Kramarczyk
Źródło: http://www.geopolitika.ru/en/article/ukraine-end-cold-war-never-happened#.U2eIfvtKSmh
Fot. www.marketintelligencecenter.com

Czytany 3638 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04