środa, 09 wrzesień 2009 14:04

Adam Śmiech: Kontratak 'wiary ukraińskiej'

Oceń ten artykuł
(1 głos)

alt Adam Śmiech

Zmiana w polityce zagranicznej Polski jest faktem. Wizyta premiera Putina, podpisane przy tej okazji polsko-rosyjskie umowy, zapowiedzi współpracy na przyszłość, widoki rozwiązania problemów gospodarczych (gaz), interesujące propozycje rosyjskie skierowane do Polski (elektrownia atomowa w obwodzie kaliningradzkim), wreszcie - można powiedzieć - uzupełniające się w wielu miejscach wypowiedzi szefów rządów Polski i Rosji, świadczą dobitnie o takiej zmianie.

Wiele wskazuje na to, że to nie tylko jednorazowa, krótkotrwała próba, ale coś więcej. Rząd zdaje się, że zaczyna rozumieć konieczność odmiennego usadowienia Polski na scenie politycznej. W USA neokonserwatywny eksperyment agresywnej polityki jastrzębi, dążący do osaczenia Rosji amerykańskimi instalacjami wojskowymi, został na razie odłożony ad acta. Polska była w tym eksperymencie, pomimo wysokiej miary lizusostwa wobec wymarzonego hegemona, traktowana całkowicie instrumentalnie. Obecne władze USA stanęły niemal na pozycji izolacjonistycznej wobec Europy, dążą do porozumienia militarnego z Rosją, zaś Polskę traktują, a właściwie ignorują, jako państwo dryfujące na marginesie polityki i zupełnie nieprzydatne (a nawet niebezpieczne, ze względu na silny i nieprzewidywalny obóz rusofobiczny) w trudnym procesie układania stosunków z Rosją. Rząd polski rozpoznał te nowe tendencje w polityce światowej i próbuje Polskę, delikatnie, ale jednak nieco inaczej ustawić na arenie politycznej. Cóż zostaje wobec izolacjonizmu USA?

Zostaje układ europejski. Obserwacja rzeczywistości prowadzi do wniosku, że istotną rolę w najbliższych latach będzie na nowo odgrywać polityka narodowa silnych państw o starej tradycji. Nowy podmiot jakim jest Unia Europejska okazuje się być zupełnie bezpłciowym (jak, nie przymierzając, przemówienie p. Jerzego Buzka na Westerplatte), nie władnym do podejmowania poważnej gry politycznej i nie mającym perspektyw na zdobycie realnych atrybutów władzy w przyszłości. W takiej sytuacji, obok formalnie obecnej miałkiej retoryki paneuropejskiej, mamy do czynienia z powrotem do polityki narodowo-państwowej. Trwają poważne przymiarki do zbudowania układu Francja-Niemcy-Rosja, być może z udziałem Włoch, jako istotnym podmiotem. Polska, realistycznie oceniająca instrumentalną politykę Anglosasów wobec niej, ma w zasadzie tylko jedno wyjście - podjąć kroki celem dołączenia do tego układu i zapewnienia w nim naszemu krajowi jak najlepszej pozycji. Obecność Niemiec rodzi naturalnie szereg problemów. Ale szansą na ich zneutralizowanie jest właśnie udział w układzie, a nie pozostawanie poza nim. Stare wskazania Dmowskiego pozostają wciąż aktualne. Jeżeli nie chcemy niebezpiecznego układu Niemcy-Rosja powinniśmy mieć jak najlepsze stosunki z Rosją. Rząd zdaje się i to rozumieć, efektem czego są ostatnie małe, ale ważne kroki. Tymczasem jednak, potrzebujemy kroku mocnego, zdecydowanego, gdyż tylko taki może załagodzić nasze słabości i zniwelować dotychczasowe błędy.

Podstawowy wniosek - w nowym układzie nie ma miejsca dla antyrosyjskiej, będącej ciągłym zarzewiem konfliktu, Ukrainy. Jest to wniosek nie do przyjęcia dla obozu rusofobicznego. To uderzenie w jeden z dwóch fundamentów (obok stałej, irracjonalnej nienawiści do Rosji - zdaniem Dmowskiego, właściwej ludziom o mentalności zbuntowanych niewolników) ich politycznego credo - w „wiarę ukraińską". Kiedyś chodziło im o zbudowanie niepodległej Ukrainy, dziś chodzi im o utrzymanie za wszelką cenę Ukrainy będącej wrogiem Rosji. Pragnienie ich nie jest poglądem - jest dogmatem wiary. Gotowi są poświęcić wiele w imię imperatywu „dołożenia Moskalom", choćby bezpieczeństwo i międzynarodowe stanowisko Polski. Stąd ich histeryczna reakcja na wizytę Putina, stąd zaproszenie i wizyta Wiktora Juszczenki, którego obecność obóz prezydencki próbuje wykorzystać do storpedowania zmiany kierunku polityki rządu. Przy tym, nie tylko popełnia potężne błędy, ale czyni to, stosując szeroko moralny relatywizm, podwójne standardy, ośmieszając i ośrodek prezydencki, i Polskę.

Oto niespełna tydzień po Westerplatte, tak tam wojowniczy w stosunku do Rosji Prezydent Kaczyński przyjmuje z uśmiechem na twarzy i z szerokim gestem notorycznego gloryfikatora OUN/UPA, który w rozmaity sposób przyczynia się do renesansu banderowszczyzny na współczesnej Ukrainie. Zamiast zaciętej miny, mamy szeroki uśmiech, zamiast upomnienia się o 200 tys. ofiar banderowskiego ludobójstwa, mamy słowa Prezydenta o głodzie z lat 30., dalej, stałe zapewnienia o strategicznym partnerstwie, o przyjaźni, o ostatecznie wyjaśnionych problemach wspólnej historii (?!), wreszcie, kolejny raz wyrażone poparcie dla wstąpienia Ukrainy do NATO i UE itd. Pan Prezydent nie po raz pierwszy poświęca ofiary eksterminacji banderowskiej na ołtarzu polityki antyrosyjskiej. Tu widzimy jak na dłoni destrukcyjne działanie wspomnianego imperatywu. Przed chwilą, Prezydent rzucał w twarz Putinowi słowa o prawdzie, o Katyniu, o ludobójstwie, teraz, o ludobójstwie dokonanym przez tych, których Juszczenko uważa za bohaterów i za właściwe wzorce dla ukraińskiej młodzieży, milczy, przechodzi nad nimi do porządku dziennego.

Czyni to z jednego powodu - z powodu Rosji, żeby być przeciwko Rosji, żeby podtrzymać Juszczenkę w postawie antyrosyjskiej, żeby „dołożyć Moskalom" i to nawet bez jakichkolwiek widoków powodzenia. Byle być. Przy czym, jak wspomniałem, popełnia błędy, wynikające z tego, że ocena sytuacji międzynarodowej podporządkowana jest dogmatowi antyrosyjskości. Fakty wyglądają tak, że p. Juszczenko jest już politycznym trupem, ze śladowym poparciem, zaś jego następcy, czy to będzie Tymoszenko, czy Janukowycz, nie będą kontynuowali polityki obecnego szefa państwa.

Tymoszenko będzie lawirować, ale nie pozwoli sobie na otwarty konflikt z Moskwą, Janukowycz zaś już zapowiedział, że nie dopuści do rozwoju radykałów z prawa i z lewa. Chcąc zachować Ukrainę przed dezintegracją, będą musieli utrzymywać dobre stosunki z Rosją. Tymczasem cały wysiłek naszego obozu rusofobicznego skierowany jest i będzie na podtrzymanie antyrosyjskich sił na Ukrainie, a to, samo przez się, wiąże się z podaniem pomocnej dłoni elementom banderowskim. Obyśmy nie dożyli czasów, w których Polska zostanie wplątana w międzynarodową awanturę pod hasłami obrony ukraińskiego Lwowa. Dziś świat obserwuje przedziwne zachowania naszych rycerzy walki z Rosją i wyciąga wnioski - bardzo dla nas przykre, co nie zmienia w niczym faktu, że część spośród obserwatorów będzie nas w złej drodze utwierdzać.

Życiowym interesem naszego kraju jest doprowadzić do zniwelowania wpływów obozu rusofobicznego na państwo, co pozwoli nam, obok ustrzeżenia się przed niebezpieczeństwami, także na prowadzenie szeroko zakrojonej polityki, nie zamkniętej w oparach fobii, ale godnej wielkiej tradycji przeszłości. Nie chodzi o to, żebyśmy, mówiąc brutalnie, podzielili się z Rosją obszarem między Bugiem a Smoleńskiem. Chodzi o wykreślenie na nowo naszego stosunku do państw istniejących na tym obszarze i znalezienie właściwej proporcji pomiędzy nami, nimi, a Rosją. Wystarczy pamiętać i rozumieć, myśląc o Polsce i jej najbliższych sąsiadach, że czym innym są Belgia, Dania, czy Luksemburg, a czym innym Francja i Niemcy. Od nas samych zależy w jakim towarzystwie znajdziemy się w niedalekiej przyszłości...

Artykuł ukazał się na portalu alt

Czytany 6374 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04