środa, 19 sierpień 2009 14:56

Adam Śmiech: Antyrosyjska histeria a polityka polska

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

altAdam Śmiech

Przyjazd premiera Rosji Putina do Polski spowodował nasilenie propagandowej akcji antyrosyjskiej o niespotykanej skali. Trzeba ze smutkiem stwierdzić, że nawet najbardziej fanatyczni piłsudczycy sprzed wojny, ze słynnym oszczercą i konfabulatorem Wojciechem Spiczyńskim na czele, nie dorastają do pięt dzisiejszym nieuleczalnie chorym na rusofobię pseudopublicystom i politykierom. Zupełnie przypadkowo właśnie teraz, masowo odnajdywane są groby pomordowanych przez NKWD.

Nie zawsze jest co do tego pewność (np. Włodzimierz Wołyński), ale co już poszło w obieg, to poszło. Cel został osiągnięty. Najbardziej obrzydliwe jest przypisywanie rzeczywistych zbrodni NKWD tylko i wyłącznie Rosjanom. Z jaką odrażającą lekkością przychodzi to tzw. dziennikarzom, którzy o odpowiedzialności za słowo zapewne nie słyszeli, bo nikt ich o tym, w takim, czy innym procesie kształcenia, nie poinformował. Aparat represji i zbrodni w czasach stalinowskich w ZSRR składał się przedstawicieli rozmaitych narodowości. Niepoślednią rolę pełnili w nim np. Żydzi. Byli również Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini, Łotysze itp.

Tylko Rosjanie?

Represjom poddawano wszystkie grupy narodowościowe ZSRR. W samym Katyniu mamy, obok polskiego cmentarza, cmentarz Rosjan, którzy byli tam mordowani w latach 1937-53. Zapominamy, a czasem wulgaryzujemy ofiarę żołnierzy Armii Czerwonej, a przecież ich los to jedna z najbardziej tragicznych kart II wojny światowej. Mieli do wyboru walkę na śmierć i życie, często w sytuacji szafowania ich dobrem najwyższym, niemiecką niewolę, w której  byli mordowani i głodzeni na śmierć, bądź, w razie wycofania się, represje NKWD i wywózkę na „białe niedźwiedzie". Trzeba wyjątkowo złej woli, żeby zrzucać całą odpowiedzialność za zbrodnie Stalina (Gruzina, który ma pomniki w dzisiejszej Gruzji, co, nota bene, naszym rusofobom w ogóle nie przeszkadza) na naród rosyjski, pierwszą i największą ofiarę komunizmu w Rosji. Niektórzy z potwarców tłumaczą się tym, że Rosja przejęła zobowiązania ZSRR, a jej służby są dalszym ciągiem KGB/NKWD. No, a kto miał przejąć zobowiązania, Kirgistan?

Oczywiście, że największe państwo powstałe po rozpadzie ZSRR, czyli Rosja (tak jak Serbia przejęła zobowiązania Jugosławii). A co do kadr służb specjalnych - a jaką przeszłość mają służby ukraińskie, kazachskie itd.? A kim byli ci wszyscy Dudajewowie i Basajewowie? Sowieckimi oficerami i członkami partii. Kim byli obecni dożywotni władcy tych wszystkich Uzbekistanów i Tadżykistanów? Sekretarzami KPZR. Więc nie stosujmy podwójnej miary i nie bądźmy śmieszni. 74 lata istnienia państwa radzieckiego zdeterminowały w sposób naturalny skład władz i służb państw powstałych po upadku ZSRR. Ale już taki Dymitrij Miedwiediew jest człowiekiem nowego pokolenia.

Z każdą Rosją

Dla rusofobów jest to jednak bez znaczenia. Jest Rosjaninem, a to im wystarczy. Jak powiedział klasyk Józef Szaniawski „zdradzić można tylko na rzecz Rosji - Rosji carskiej, Rosji sowieckiej i Rosji w ogóle". Nie szukajmy w tego typu politycznym credo logiki. Rusofobia to jednostka chorobowa - irracjonalizm miesza się tu w sposób doskonały z gwałtownym uczuciem, porywem chwili. Argumenty rozumowe do tych ludzi nie docierają. Póki Rosja będzie istnieć będą z nią walczyć, w taki, czy inny sposób. Nie chciałbym być uznany za nadmiernego optymistę, ale z obserwacji społeczeństwa na różnych płaszczyznach powoli wyziera obraz odmienny od oczekiwań rusofobów - z jednej strony zwyczajny, i generalnie negatywny, marazm, skutkujący postawą "a co mnie to obchodzi", z drugiej, coraz więcej sensownych komentarzy na forach internetowych, coraz mniej korzystne dla rusofobów oceny takich szopek antyrosyjskich, jak sztubackie wyprawy p. Prezydenta do Gruzji. Stąd, być może, to obecne nasilenie antyrosyjskiej kampanii. Kilka przykładów: „Mamy zapomnieć o 17 września? Tak nam każe Putin!" - „Nasza Polska" 31/2009, "Były funkcjonariusz KGB odwiedzi 1 września Westerplatte" - strona tygodnika katolicko-narodowego(!?!) „Głos" (A. Macierewicza) 12.08.09, "Kat Powstania" (to o Rokossowskim, a wydawać by się mogło, że to von dem Bach był katem) - „Gazeta Polska", 29.07.09. Same tytuły świadczą najlepiej o piszących i o ich środowiskach politycznych. Niemniej warto przytoczyć kilka cytatów: "w przeciwieństwie do Pałacu Prezydenckiego, który o sowieckich zbrodniach milczeć nie zamierza" - „Nasza Polska", P. Jakucki. To ciekawe, bo o zbrodniach ukraińskich szowinistów milczy, a Prezydent uczestniczy w nadaniu doktoratu h.c. KUL gloryfikatorowi UPA Juszczence. Ten sam autor: „Putin, którego służby w Rosji biją i mordują opozycyjnych polityków i dziennikarzy", "milczenie o 17 września czy pakcie Ribbentrop - Mołotow udowodni, że za Tuska staliśmy się wasalem rosyjskim", "Stalin ze swoją armią pomagał Niemcom wykańczać Powstanie Warszawskie".

Absurd tych sformułowań oraz typowa doktrynerom pewność siebie bijąca ze słów redaktora, aż kłują w oczy. Nie tylko Rosjanie, ale ktokolwiek obserwujący z zewnątrz naszą scenę polityczną, czy monitorujący naszą publicystykę, dojdzie do smutnych dla Polski i Polaków wniosków, tak odnośnie poziomu dyskursu politycznego, jak i Polaków w ogóle. Nasi wrogowie wyrażą zadowolenie, że wciąż nieprzymuszeni popełniamy te same błędy, jesteśmy płytcy i nielogiczni w ocenach, zaś ci, którzy żywią do nas pewne pokłady sympatii załamią ręce, utwierdzeni w przekonaniu, że trudno jest pomóc komuś, kto sam sobie pomóc nie chce. Zaiste, tak właśnie jest.

Zamiast uczynić spokój wokół granic Rzeczypospolitej naczelną przesłanką polityki zagranicznej, specjalizujemy się, a przynajmniej pewna część sceny politycznej, w mnożeniu konfliktów, przede wszystkim z Rosją. Wtrącamy się na Kaukaz, popieramy kraje bałtyckie i Ukrainę przeciw Rosji, sytuując się w jednym szeregu z obrońcami bałtyckich kolaborantów III Rzeszy oraz milcząc wobec gloryfikacji OUN/UPA i wobec współczesnego odrodzenia szowinizmu ukraińskiego.


Z drugiej strony, niezależnie od doświadczeń historycznych, jesteśmy ślepo zapatrzeni w USA, nie potrafiąc zdobyć się na realistyczną ocenę stosunków z tym mocarstwem i ułożenie ich zgodnie z logicznymi wnioskami z tej oceny wypływającymi. Stąd rozczarowanie niektórych środowisk nową ekipą z Białego Domu, choć przecież nawet dla dziecka było oczywiste, że nastąpi poważne przesunięcie akcentów w polityce USA. Zamiast roztropnie brać to pod uwagę, i mieć gotowe elastyczne stanowisko na każdą okoliczność, głoszono hasło „wszystko albo nic" i w efekcie obrażono się na wyniki wyborów w Stanach. Niewiele mamy powodów do zadowolenia w tej dziedzinie. Dobrze, że chociaż główny nurt polityki zagranicznej obecnego rządu łagodzi wspomniane wyżej błędne działania i niebezpieczeństwa z nich płynące.

Czas pragmatyzmu

Z prawdziwą radością przyjmuję słowa szefa gabinetu politycznego premiera Tuska, Sławomira Nowaka, którego cytuje na swej stronie internetowej tygodnik „Głos": „Dla nas ta wizyta jest ważna, bo po raz pierwszy od wielu lat pan premier złoży wizytę w Polsce. To dowód na to, że polityka ocieplania relacji przynosi skutki (...) Ta wizyta jest podwójnie symboliczna, bo Putin będzie uczestniczył 1 września w obchodach rocznicy wybuchu II wojny światowej na Westerplatte. To tu zaczął się koszmar, w którym również Rosjanie ponieśli dużą ofiarę". Premier Federacji Rosyjskiej porozmawia w cztery oczy z Donaldem Tuskiem. Putin weźmie po południu także udział w uroczystościach na Westerplatte. Nowak twierdzi, iż politycy nie będą rozmawiać na temat napaści ZSRR na Polskę 17 września 1939 roku. „Jest całe mnóstwo innych tematów, takich jak mały ruch graniczny czy to, co nam się wreszcie po tylu latach udało, czyli przywrócenie ruchu w Zatoce Pilawskiej, nowy kontrakt gazowy". No i słusznie. Trudno się przecież spodziewać, aby kilkugodzinna wizyta Putina, nawet w razie poruszenia tematu 17 września, rozwiązała problem historyczny. Od tego jest komisja polsko-rosyjska, temu ma służyć współpraca instytucji polskich i rosyjskich.

Ten przykład, jak i szereg innych z ostatnich miesięcy, pokazują, że my, odwołujący się do Myśli Narodowej, do tradycji Dmowskiego, powinniśmy zrewidować nasze spojrzenie na scenę polityczną w Polsce. Automatyczne autokwalifikowanie do tzw. obozu prawicowego jest anachronizmem. Zdecydowanie nie wystarczy, jeśli ktoś afiszuje się z katolicyzmem, czy Kościołem oraz rzuca kilka, także dla naszych uszu miło brzmiących, haseł. Zazwyczaj bowiem za tym idą dalsze hasła, już nam nie tylko niemiłe, ale i obce, a przesiąknięte na wskroś ideami, które Obóz Narodowy zawsze zwalczał - rusofobią, kultem powstań, wasalstwem, a czasem nawet agenturalnością wobec Zachodu.

Zróbmy z tym coś

Czas podjąć próbę zbudowania nie związanego ze współczesną polską prawicą (taką, jaką ona niestety jest), ośrodka opiniotwórczego, który wskazywałby, jak polityka polska wyglądać powinna i oceniał uczestników bieżącej walki politycznej pod kątem zgodności prowadzonej przez nie polityki z nakreślonym wzorcem. Tygodnik „Myśl Polska" w dużym stopniu taką rolę już od dawna spełnia, niemniej należałoby zastanowić się nad możliwościami poszerzenia działalności w drodze powołania odpowiednich ciał w rodzaju instytutów, nie kryjących się za eufemizmami, ale odważnie głoszących Myśl Narodową. Przecież tak właśnie działają inni. Istnieje mnóstwo instytucji wpływu myśli giedroyciowsko - piłsudczykowskiej (Kolegium Europy Wschodniej), liberalnej (Centrum im. Adama Smitha), udeckiej (Fundacja Batorego), czy innej. Problem z powołaniem takich ciał, to nie tylko problem finansowy, to także problem mentalnego wyzwolenia ze schematów myślenia obowiązujących w ciągu ostatnich 20 lat.

Schematów, które każą nam, niemal na zasadzie odruchów Pawłowa, sytuować się automatycznie po prawej stronie, schematów, które objawiają się w dyskusjach oburzeniem na wskazywanie dobrych stron np. polityki zagranicznej rządu PO/PSL i wygłaszaniem opinii, że PO albo "nigdy" albo "zawsze". A trzeba stwierdzić, że polityka tego rządu na wielopłaszczyznowym kierunku wschodnim (Rosja, Białoruś, po części Litwa, także decyzja w sprawie rajdu banderowskiego, co byśmy o niej nie powiedzieli) jest o niebo lepsza od polityki prawicowo-katolickich poprzedników. Wiele cennych uwag wygłaszają w tej dziedzinie inne osoby, także dalekie nam w sensie ideowo-organizacyjnym, takie jak np. Leszek Miller. A pamiętajmy, że dla Ruchu Narodowego polityka zagraniczna jest kwestią zasadniczą, kwestią tożsamości. Bez własnej polityki zagranicznej, bez wielkiej przesady, przestajemy istnieć jako podmiot samodzielny (zazwyczaj kończymy wówczas w ogonie piłsudczyzny).

To wszystko nie oznacza, że mamy popierać, w rozumieniu praktycznym, np. PO. Inaczej - słuszne posunięcia KAŻDEJ opcji politycznej w Polsce, w danym momencie decydującej o polityce państwa, musimy wyławiać z medialnego szumu i jako takie pokazywać, a następnie sugerować dalsze kierunki działania. W końcu przyniesie to pozytywne rezultaty, a jeśli takowe nastąpią, powinniśmy się z tego cieszyć, właśnie z punktu widzenia interesów Polski, niezależnie od tego, czy taki rezultat spowoduje miły nam, czy niemiły polityk, bądź partia. Wydaje się, że wobec wielokrotnie potwierdzonej niemożności osiągnięcia sukcesu na scenie partyjnej, propozycja przekazywania myśli, Idei Narodowej, powolnego sączenia jej do głów Polaków, jest najlepszym rozwiązaniem dla Ruchu Narodowego na najbliższą przyszłość.

Artykuł ukazał się na portalu alt

Przekonania i poglądy polityczne autora nie wyrażają stanowiska Stowarzyszenia Europejskie Centrum Analiz Geopolitycznych.

Czytany 9426 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04