wtorek, 13 maj 2008 17:28

Marcin Domagała: Nieobecni nie mają racji

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

alt

Marcin Domagała

Pobrzękiwania polską szabelką w Pekinie nikt nie usłyszy

Polityka honoru przynosiła Polsce zawsze więcej szkód niż pożytku. Polscy decydenci polityki zagranicznej ponownie wyciągnęli szable i z ułańską fantazją ruszyli na odsiecz. Tym razem Tybetu. Po raz kolejny emocje wzięły górę nad zimną rachubą zysków i strat. Tymczasem nawet dobrze nie zdefiniowano celu tych działań...

Z tonu wypowiedzi domniemywać można, że chodzi o zaprzestanie represji wobec obywateli Chińskiej Republiki Ludowej zamieszkujących tzw. Tybetański Region Autonomiczny. Gdzieś w tle padają też żądania zmian obecnego systemu politycznego Państwa Środka na system w założeniach zbliżony do wzorca politycznego kręgu kultury zachodnioeuropejskiej. W związku z niechęcią Chin do współpracy konsekwencje zostaną wyciągnięte kosztem igrzysk olimpijskich mających się odbyć w Pekinie w sierpniu tego roku.

Nawracanie świata

Dla wielu tzw. ludzi Zachodu taki punkt widzenia jest całkowicie logiczny. Europa w końcu zawsze nawracała świat. Tymczasem dla przeciętnego Chińczyka szczytne europejskie hasła przypominają mało zrozumiały bełkot. Dzieje się tak z powodu znaczących różnic historyczno-kulturowych. Każde bowiem wtrącanie się obcych państw, zwłaszcza z kręgu kultury europejskiej, w wewnętrzne sprawy Chin było kwestią drażliwą i w efekcie przynosiło odwrotny do zamierzonego skutek. W Chinach wciąż bowiem żywa jest m.in. pamięć o destrukcyjnej polityce kolonialnej względem Cesarstwa Chińskiego w XIX i na początku XX w. oraz o pobudzonym wzorcami europejskimi ekspansjonizmie japońskim.

Opary absurdu zagęszcza dodatkowo decyzja o niewzięciu udziału w otwarciu igrzysk olimpijskich w Pekinie w geście solidarności z Tybetem przez premiera niespełna 40-mln kraju z Europy Centralnej z jednym dostępem do morza. Kraju, którego stolica, w chińskich realiach porównywalna jest wielkością do stolicy powiatu. Obszar Polski to niewiele ponad 3 % obszaru Chin. Populacja polska to z kolei niecałe 3 % liczebności populacji chińskiej. Polski PKB, wg parytetu siły nabywczej, to ok. 6 – 7 % chińskiego. Chiny na swoją armię wydają ok. 4,7 % swojego PKB, Polska tylko 1,7 %. W Chinach w ciągu kilkunastu lat zbudowano blisko 35 tys. km autostrad, w Polsce ok. 700 km. Chiny finalizują przygotowania do olimpiady,

Polska boryka się z dziurawymi drogami i kilkoma stadionami na Euro 2012. Jednocześnie polscy politycy „zabijają się” w krytyce Chin za akcję porządkową, brutalnie mówiąc, jakiejś narodowościowej ruchawki prowadzonej w typowo azjatyckim stylu, odbywającej się w jednym z najtrudniej dostępnych miejsc na świecie. Widać zresztą wyraźnie, że w demonstracjach i radykalnych wystąpieniach celuje tylko część Tybetańczyków, podobnie jak tylko część z nich brała udział w napaściach na miejscową ludność etnicznie chińską, o których u nas się dyplomatycznie milczy. Tak to przynajmniej wygląda z geopolitycznego punktu widzenia.

Polska jako mąciciel

W Polsce jednak nie myśli się o konsekwencjach. Na arenie międzynarodowej jesteśmy postrzegani nie jako wyraziciel woli UE, ale samodzielny kraj, który „mąci wodę” w sprawach, na które nie ma żadnego realnego wpływu. Odmowa premiera Tuska wyjazdu na olimpiadę nie przynosi nam żadnych korzyści, a jedynie straty. Zwłaszcza że powód jest wyjątkowo infantylny. Protest Polski nie ma bowiem żadnego wpływu na wewnętrzną politykę Chin. Niestety, wywołał lawinę podobnych decyzji w innych państwach tym samym stawiając nas na pozycji prowodyra. Przypomnieć trzeba, że już jedno embargo polscy eksporterzy z trudem przeżyli. Teraz zaczynamy pogrywać z następnym kolosem.

W efekcie Polska tylko zamyka Chiny na idee wolnościowe. Głosu rozsądku, który w dodatku pochodzi paradoksalnie z tybetańskiego środowiska politycznego, nikt nie słucha. Mało kto zwrócił uwagę na dalekowzroczne stwierdzenie Dalajlamy XIV Tenzina Gjatsy o tym, że Chiny na olimpiadę jak najbardziej zasługują. Bojkot z jego punktu widzenia jest niepotrzebny, a wręcz szkodliwy. Co ciekawe, bynajmniej nie chodzi w tym stwierdzeniu tylko o wymiar sportowy, ale jak najbardziej polityczny. Igrzyska olimpijskie są bowiem najlepszą drogą do zmian polityki chińskiej.

To nie tylko możliwość własnej promocji dla Państwa Środka, ale także doskonała okazja ze strony zachodnich sportowców pokazania Chińczykom atrakcyjności własnego stylu życia. I to nie za pomocą tyle spektakularnych, co agresywnych wobec Chin „gestów Kozakiewicza”. Najbardziej liczy się sama obecność, która pokazuje tym samym możliwość istnienia i funkcjonowania zupełnie innych standardów, z których do woli można czerpać wzorce. Olimpiada jako wydarzenie rangi globalnej, na którym w jednym miejscu obecni będą ludzie z każdego zakątka globu, to jednocześnie kolejne okno wystawowe świata w Chinach.

Dobry przykład – nie krytyka

Ten punkt widzenia wcale nie jest nowy. Patrząc na historię najwięcej trwałych zmian dokonywało się nie krytyką poczynań, ale ukazywaniem za pomocą handlu i kultury przykładów i różnorodności rozwiązań, które w efekcie okazywały się w oczach społeczeństw bardziej atrakcyjne od istniejących. Handel i kultura stały się najbardziej trwałym z wzorców politycznych na podbitych przez Rzym terytoriach. W średniowieczu rolę tę spełniała m.in. Hanza. Kupcy hanzeatyccy byli nośnikami idei, które w efekcie zmieniły historię wielu narodów.

Budowa nowoczesnego państwa japońskiego, mimo że zapoczątkowana armatnią demonstracją komandora Matthew Perry’ego w Zatoce Tokijskiej, dokonała się nie na drodze podboju, lecz dzięki handlowi i pobudzonemu przezeń importowi wzorców politycznych. Sięgając do nieodległej przeszłości liberalne podejście władz PRL do rozwoju kultury powodowało jej wielką atrakcyjność wśród obywateli państw bloku sowieckiego. Ta polityka w niemałym efekcie przyczyniła się do zmian w myśleniu elit intelektualnych w bloku państw znajdujących się pod wpływem ZSRR, a także w nim samym. Ten sposób powinien być najwłaściwszym do ewentualnych zmian w Chinach.

Przykład zostanie pokazany, jednak drogę do ewentualnych zmian winni określać Chińczycy samodzielnie jako ludzie posiadający najlepsze doświadczenie w zarządzaniu największym na świecie społeczeństwem liczącym ponad 1,3 mld ludzi. Zresztą te zmiany już nastąpiły, bowiem Państwo Środka przeżywa przecież jeden z najlepszych okresów w swoich dziejach. Zmiany, które dzieją się kosztem olbrzymich dysproporcji społecznych, często nie do wyobrażenia dla przeciętnego Europejczyka, jeszcze 30 lat temu byłyby nie do pomyślenia.

Co możemy zrobić?

Poza oficjalnymi kanałami możemy się nie zgadzać z chińską polityką narodowościową. To nasze obywatelskie prawo. Jednak na forum międzynarodowym Polska nie może wywoływać ducha kolonializmu. Polska raison d’etat leży zupełnie gdzie indziej. Afrontem w stosunku do władz chińskich było oficjalne zaproszenie dalajlamy przez premiera Donalda Tuska. Przecież dalajlama może przyjechać do Polski, ale na zaproszenie jakiejś organizacji pozarządowej lub religijnej. Na spotkaniu takim mógłby się najwyżej pojawić jakiś poseł (nawet z partii rządzącej). Nic ponadto.

Nie zmienia to faktu, że prezydent Lech Kaczyński winien pojechać na olimpiadę i uścisnąć rękę prezydentowi Hu Jintao w geście gratulacji za zorganizowanie olimpiady. To samo winien uczynić premier Donald Tusk wobec swojego odpowiednika Wen Jiabao. Kwestia Tybetu, gwoli spełnienia polskich oczekiwań, mogłaby zostać wspomniana co najwyżej w prywatnej rozmowie. Jednakże głównym przesłaniem tej wizyty powinny być rozmowy gospodarcze oraz możliwość głębszego zacieśnienia kontaktów w świetle spodziewanej masowej krytyki ze strony pozostałych państw. Byłaby to dla Polski doskonała okazja do zajęcia ciekawej pozycji w kontaktach z Chinami, ale również do otwierania następnych okien, z których Chińczycy zaczęliby czerpać przykłady do przyspieszenia zmian w Państwie Środka.

(artykuł ukazał się w nr 111 (5532) w dniu 13.05.2009 w dzienniku alt)

Czytany 7467 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04