wtorek, 10 maj 2011 06:58

Przemysław Sieradzan: Na manowcach europocentryzmu

Oceń ten artykuł
(8 głosów)

Europecent  dr Przemysław Sieradzan

Imigracja nie jest rezultatem fanaberii leniwych i skłonnych do przemocy dzikusów, którzy nie lubią pracować. Jest naturalną konsekwencją zbrodniczej kolonizacji, w wyniku której społeczności zatraciły umiejętność życia zgodnie z własnymi wartościami – pisze w polemice z tekstem Bartosza Mroczkowskiego "Porażka multikulturalizmu" dr Przemysław Sieradzan.

Po przeczytaniu tekstu Bartosza Mroczkowskiego „Porażka multikulturalizmu”, poczułem silny imperatyw napisania repliki. Jestem zwolennikiem pluralizmu wypowiedzi, nie mogę jednak milczeć w obliczu treści z którymi głęboko się nie zgadzam. W omawianym tekst autor wyraźnie odcina się od poglądów byłego prezesa Bundesbanku Tillo Sarrazina, uznającego imigrantów za niższy gatunek ludzki, jednak w moim przekonaniu obecne są w nim jednak wątki ksenofobiczne. W artykule zaprezentowany został skrajnie zniekształcony obraz muzułmańskich imigrantów, oparty na stereotypach i uprzedzeniach. Moja polemika, choć zainspirowana lekturą artykułu o klęsce multikulturalizmu, będzie miała charakter znacznie szerszy. Zamierzam poddać w niej krytyce coraz silniejszy w mediach europejskich nurt krytyki imigrantów z państw Azji i Afryki, którego konsekwencją są wezwania do obrony europejskiej tożsamości kulturowej i bezpieczeństwa przed afroazjatyckim zagrożeniem. Uznawanie cywilizacji Zachodu, sprawującej obecnie światową hegemonię, za ofiarę, nie zaś za agresora, jest w moim przekonaniu głębokim nieporozumieniem.

 

Zaprezentowany przez Bartosza Mroczkowskiego sposób myślenia ma swoje źródło jeszcze w mrocznych czasach kolonializmu. To właśnie wówczas gdy – parafrazując osławiony wiersz Rudyarda Kiplinga – Europejczycy brali na siebie „Brzemię Białego Człowieka” i usiłowali przeobrażać odległe kontynenty na swój obraz i podobieństwo. W imię uniwersalnych rzekomo ideałów „chrześcijańskiej Europy” unicestwiali miliony rdzennych mieszkańców zajmowanych przez siebie terytoriów zamorskich i niszczyli cywilizacje częstokroć starsze o całe tysiąclecia od cywilizacji europejskiej. Powyższym aktom ludobójstwa i ślepej destrukcji towarzyszyła grabież majątku dokonująca się na niewyobrażalną skalę. „Terytoria zamorskie” (cóż za żałosny eufemizm!) europejskich mocarstw zostały zdegradowane do roli rezerwuarów bezpłatnych surowców naturalnych i taniej siły roboczej. Ich ludności odmawiano statusu pełnoprawnych przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Degradacja cywilizacyjna państw Azji, Afryki i obu Ameryk, która dokonała się w wyniku zbrodniczej kolonizacji, nie ma swojego precedensu w całej historii ludzkości. Dość przytoczyć szacunki historyków ekonomii – w 1750 roku Europa wytwarzała zaledwie około 23% światowej produkcji, podczas gdy „barbarzyńskie” (czytaj: nie podzielające europejskiego czy raczej chrześcijańskiego systemu wartości) narody Azji i Afryki nawet 73%. W roku 1900, na który przypadało apogeum kolonizacji, Europa wytwarzała 62% światowej produkcji, Azja i Afryka zaledwie 11%. Dlaczego przytaczam te dane w kontekście dyskusji nad imigracją? Ktoś może powiedzieć, że kolonizacja jest fenomenem historycznym od momentu, gdy portugalskie imperium kolonialne jako ostatnie przestało istnieć w 1975 roku. Kolonizacja jednak – w zmodyfikowanej formie wyzysku ekonomicznego „Trzeciego Świata” przez „Pierwszy Świat”, wszechwładzy międzynarodowych instytucji finansowych i korporacji trwa nadal. Dominacja kolonialna dawnych metropolii została utrzymana – przybrała jedynie nowe formy. Państwa Azji i Afryki w swojej dużej części nadal pozostają terytoriami zdegradowanymi cywilizacyjnie przez kolonializm i neokolonializm; są traktowane przez państwa Zachodu jako rezerwuary surowców i taniej siły roboczej. 

Moja replika bynajmniej nie jest obroną zjawiska imigracji w takich formach, jakie przybiera obecnie. Zjawisko to ma niewątpliwie charakter patologiczny. Jego rezultatem są nędza i wykluczenie. Imigracja nie jest rezultatem fanaberii leniwych i skłonnych do przemocy dzikusów, którzy nie lubią pracować. Jest naturalną konsekwencją zbrodniczej kolonizacji, w wyniku której społeczności zatraciły umiejętność życia zgodnie z własnymi wartościami. Dla wielu mieszkańców dawnych kolonii państw europejskich emigracja to po prostu konieczność egzystencjalna. Wbrew rozpowszechnionemu poglądowi imigranci nie pasożytują na opiece społecznej państw Zachodu, lecz wykonują najpośledniejsze, najbardziej niewdzięczne i najgorzej opłacane zawody sprzątaczy, zamiataczy ulic, śmieciarzy, pracowników kanalizacji, dozorców, budowlańców, magazynierów. Nie dzieje się tak dlatego, że mają do tych profesji szczególne zamiłowanie czy predyspozycje, ani też dlatego, że nie potrafiliby wykonywać innych. Europejczycy sami nie chcą wykonywać tego rodzaju zadań, potrzebują jednak tych, którzy wykonywać będą je za nich. Co więcej, potrzebują siły roboczej – pracowników utrzymujących rosnące rzesze emerytów w starzejących się społeczeństwach Zachodu. Państwa azjatyckie i afrykańskie, zdegradowane cywilizacyjnie i gospodarczo przez stulecia europejskiego wyzysku, który z kolei umożliwił Zachodowi skok cywilizacyjny,  dostarczają Europie współczesnych niewolników. Niewolnicy ci nie są już przywożeni na okrętach przez handlarzy. Przybywają sami, powodowani egzystencjalną koniecznością i potrzebą utrzymania swych rodzin. Przymus ekonomiczny skutecznie zastąpił knut i kajdany.  Gdy imigranci upominają się o podstawowe prawa, marginalizuje się ich i wyszydza, nazywając „pasożytami”.  

Nie mniej ważnym wątkiem jest zachodni militaryzm. Nie znam ani jednego przypadku państwa muzułmańskiego okupującego militarnie państwo Zachodu. Odwrotnych przypadków wymieniać można aż nadto. Brutalne agresje Zachodu w Iraku, Afganistanie i Libii są dowodem na to, że kolonializm bynajmniej nie odszedł w przeszłość. Stany Zjednoczone i NATO, podobnie jak niegdysiejsi kolonizatorzy, nie tylko dążą do przejęcia kontroli nad strategicznymi surowcami państw afrykańskich i azjatyckich, ale również narzucają im przemocą swoje wartości i model funkcjonowania społecznego (kapitalistyczną gospodarkę wolnorynkową i system liberalnej demokracji parlamentarnej).

Zachodnia przemoc wobec Trzeciego Świata ma wymiar nie tylko ekonomiczny i militarny, ale również kulturowy. Jak pisał Edward Said, półki zachodnich księgarni uginają się od książek, prezentujących groteskowy, zniekształcony i przepełniony krzywdzącymi stereotypami obraz Afrykanów i Azjatów. Tego rodzaju stereotypy są przekazywane młodym Europejczykom w procesie socjalizacji. Europejskie dzieci od najmłodszych lat uczą się o wyjątkowości swojej cywilizacji, ufundowanej na wartościach chrześcijańskich i grecko-rzymskich, będącej oazą wolności i tolerancji na światowej pustyni barbarzyństwa. Historia Europy uznawana jest za historię powszechną, prawodawstwo europejskie – po prostu za prawodawstwo stworzone przez cywilizację ludzką, a kultura białego człowieka za jedyną godną poznania i zainteresowania. Na europejskich uniwersytetach (poza nielicznymi wyjątkami) wykłada się wyłącznie dzieje filozofii europejskiej. Inne kultury traktowane są jako niewiele znaczący margines lub całkowicie pomijane.   

Artykuł Bartosza Mroczkowskiego przedstawia fałszywy Europy jako dostatniej, acz dekadenckiej i niezdolnej do samoobrony przestrzeni kulturowej. Autor przedstawia budzący trwogę obraz przywodzący na myśl płótna Hieronima Boscha – obraz barbarzyńskiej inwazji krwiożerczych, bezlitosnych barbarzyńców, którego ofiarą mają padać szlachetni, miłujący pokój i nie wadzący nikomu Europejczycy. Europa nie jest ofiarą, lecz agresorem. Za absolutne kuriozum należy uznać jednostkowy i przytoczony poza jakimkolwiek kontekstem opis aktu brutalnej przemocy, dokonanego przez dwóch młodych imigrantów na starszym mężczyźnie pochodzenia europejskiego. Autor nie zadaje sobie trudu, aby wykazać, że ten – skądinąd bez wątpienia godny bezwarunkowego potępienia – akt przemocy kryminalnej jest jakkolwiek skorelowany z pochodzeniem etnicznym czy wyznaniem bandytów. Opis jednostkowego aktu przemocy kryminalnej i nieuprawnione uogólnienie go na całą grupę społeczną jest niewątpliwym aktem manipulacji.  „Sprawcami byli oczywiście imigranci” – tym zdaniem Autor podsumowuje swój opis bandyckiego pobicia. Dlaczego fakt, że to właśnie „imigranci” mieliby dokonać haniebnego czynu ma być oczywisty? Przemoc i bandytyzm są zjawiskami patologicznymi, występującymi w każdym okresie historycznym. Żadna grupa etniczna nie jest od nich wolna. Islam, podobnie zresztą jak wszystkie pozostałe wielkie systemy religijne, zakazuje kradzieży i posługiwania się bezmyślną przemocą, ponadto nakazuje otaczać osoby starsze szczególną czcią. Młodzi bandyci złamali zatem nie tylko niemiecki kodeks karny, ale także zasady własnej religii (o ile rzeczywiście, co sugeruje Autor, byli muzułmanami). O jakim zatem cywilizacyjnym konflikcie wartości mówimy w tym przypadku?   Polska prasa lokalna pełna jest podobnych opisów pobić na tle rabunkowym i innych aktów bezmyślnej agresji, dokonywanych przez Polaków na Polakach. Nikt przy zdrowych zmysłach nie będzie doszukiwał się korzeni tego rodzaju patologicznych zachowań w pochodzeniu etnicznym czy wyznaniu napastników. Dlaczego zatem w percepcji mas bandyta europejskiego pochodzenia jest po prostu „bandytą”, natomiast bandyta wywodzący się z państw muzułmańskich postrzegany jest przez pryzmat swojej narodowości czy wiary? Odpowiedzią mogą być tu jedynie ksenofobiczne stereotypy głęboko zakorzenione w nieświadomości zbiorowej Europejczyków, mające swoje źródło w czasach kolonializmu.

Warto zastanowić się jak zostałby odebrany artykuł, którego autor obliczyłby odsetek osób pochodzenia żydowskiego wśród aferzystów finansowych, po czym stwierdziłby, że jest on wyższy od przeciętnego i na tej podstawie zacząłby pisać o problemie żydowskim w Europie, z którym nie mogą sobie poradzić „poprawni politycznie” Europejczycy. Autor takiego tekstu bez wątpienia zostałby słusznie uznany za antysemitę i przyrównany do propagandzistów nazistowskich. Cóż może być bardziej niesprawiedliwego od odpowiedzialności zbiorowej, obarczającej całą grupę etniczną czy wyznaniową odpowiedzialnością za zbrodnie i występki popełniane przez jej przedstawicieli?

Istotną (i zastanawiającą) słabością tekstu jest całkowita nieobecność w nim świadomości ekonomicznych uwarunkowań patologicznych zjawisk społecznych. Imigranci dokonują przestępstw, ponieważ są spychani na margines życia społecznego przez sytych, zamożnych Europejczyków. Nie religia czy pochodzenie, a nędza, bezrobocie, brak dostępu do wykształcenia, nieustanne poniżanie, płynąca zewsząd pogarda stanowią źródło zachowań patologicznych.

Krytyka społeczności imigranckich w Europie nie jest wcale aktem heroicznym i „niepoprawnym politycznie”. Przeciwnie – swoista political correctness nakazuje dziś uznawać cywilizację Zachodu za wyjątkową, nieskazitelną i doskonałą.  Lekceważenie Afrykanów i Azjatów – współczesnych die Untermenschen, pogarda wobec islamu (rzekomej religii przemocy i terroryzmu), uniwersalizm wartości europejskich – oto standard współczesnej publicystyki i dyskursu publicznego. Aktem odwagi jest dziś wyrażenie sprzeciwu wobec europocentryzmu; niezgoda na współczesny wariant ideologii „Brzemienia Białego Człowieka”.

Przeczytaj tekst Bartosza Mroczkowskiego "Porażka multikulturalizmu".

Czytany 9383 razy Ostatnio zmieniany czwartek, 30 październik 2014 00:04